Category Archives: Nepal 2010 – Makalu BC

Nepal – Makalu Base Camp, październik 2010

29.IX-1.X.2010 – Tumlingtar.

Pierwszy dzień w Tumlingatrze zaczyna się w iście kolonialnym stylu. Wstaje późno, bo lekko po 0700, śniadanie jem godzinę później w miłej altance w ogrodzie. Sadzone jajka, tosty, owsianka, czarna kawa (po raz pierwszy od dwóch tygodni). Brązowy chłopak, który podaje mi jedzenie stara się jak może – bardzo mi odpowiada jego zaangażowanie.

Continue reading

2.X.2010 – Tumlingtar-Khandbari.

Z radością wyrywam się z Tumlingtaru. Ucieczka nie była łatwa, znów ponad godzinę czekałem aż zbierze się komplet pasażerów jeepa, którym zdecydowałem się pojechać.

W Tumlingtarze zdecydowałem się zatrudnić na kilka dni Sherpę. Ciekaw jestem takiego doświadczenia, poza tym jestem chyba pierwszą osobą w sezonie, która idzie pod Makalu – spodziewam się całkowitego odludzia, co w połączeniu z obawami o reakcję na duże wysokości jest dodatkowym bodźcem do znalezienia sobie towarzysza.

Znalezienie portera do łatwych nie należy. W jednym z hoteli trafiam na Sherpę, który obiecuje mi kogoś znaleźć. Niestety, lokalsi niechętnie dzwonią na mój polski numer, więc jedyny kontakt ze mną jest przez hotel. Właściciel hotelu natychmiast wyczuwa okazje do zrobienia interesu i w ten sposób pojawia się kolejny pośrednik. Ma to też swoje dobre strony – interview z porterem zostaje umówione w hotelu w Khandbari, we w miare cywilizowanych warunkach.

Po godzinie w jeepie docieram na miejsce. Portera rzecz jasna nie ma. Pojawia się po dwóch godzinach, ma 14 lat i nigdy nie był dalej niż Num (dwa dni drogi stąd 1500 mnpm, Makalu BC jest 9 dni drogi stąd i 4900 mnpm). Do tego życzy sobie 1100 rupii dziennie, czyli jakieś 2x więcej niż powinien. Wściekam się lekko i gonie precz tak portera, jak właściciela hotelu, który asystował w rozmowach.

Mija troche czasu i pojawia się kolejny kandydat. Kiepsko mówi po angielsku, ale zgadza się na 600 rupii dziennie i 1000 za dzień, w którym dotrzemy do base campu. Gość jest solidnej budowy, ma ponad 20 lat i generalnie mam ochotę go zatrudnić. Okazuje się jednak, że nie ma żadnego sprzętu, trzeba mu kupić buty i plecak albo kosz. Do tego zaczyna narzekać na zdrowie – ‘I eat medicine’, mówi. Pokazuje na mapę i stwierdza ‘Sedua, rest’. Sedua jest 3 dni stąd, a rest planowałem po powrocie do Khandbari. Interview znowu kończy się porażką. Gość potem zaczepia mnie jeszcze na ulicy, ‘we go’, mówi. ‘I go’, odpowiadam, ‘You eat medicine, you need rest’ i ruszam dalej. ‘No problem’, woła za mną, ale stracił swoją szansę.

Na koniec młody chłopak, ok. 15 lat. Bardzo ambitny, chce się ścigać do BC niemalże. Stwierdzam, że szukam kogoś w swoim wieku. Pytają ile mam lat – 34, odpowiadam. Z pewnym zadowoleniem obserwuje konsternacje i niedowierzanie. Później wyjaśniam, że jednak pójdę sam, dziękuje wszystkim stronom za udział i mam spokój.

Jutro ruszam więc samotnie. 

3.X.2010 – Khandbari-Chichila.

Niziny wciaż trzymają mnie w swoich lepkich, gorących łapskach. Mimo że planowałem wyruszyć ok. 0730, do 1000 muszę czekać na otwarcie banku. Jedyny bankomat w mieście nie działa i tracę kolejne pół godziny na pogaduszki z dyrektorem banku, który w międzyczasie stara się zmusić maszynę do współpracy. Ciekawe doświadczenie, po tych 30 minutach niemalże potrafię administrować bankomatowym softwarem.

Przed wymeldowaniem się z hotelu zaczepia mnie mój ostatni kandydat na portera. Jest tu jego rodzina, jak się okazuje właściciele kilku lodge’y od Tashigaon do Yak Kharka (kilka godzin drogi od BC). Chcą, żebym dzielił z nimi portera, ale decyduję, że do Tashi dotrę samodzielnie. Obiecują mi kogoś tam znaleźć i tą obietnicą się żegnamy.

Ostatecznie wyrywam się z nizin. Ścieżka przez parę godzin pnie się łagodnie w strone Bohtebas i wychodzią na długą, łagodną grań, na której leżą zarówno Chichila, mój dziesiejszy cel, jak i Num, cel na kolejny dzień. Widoki z każdą chwilą coraz lepsze, do tego ostatni odcinek grani praktycznie płaski.

W dobrym czasie docieram do Chichila, znajduję miły lodge i skupiam na sprawach logistycznych – mycie, pranie etc. Po zmroku idę na spacer po wsi, okoliczne wzgórza i szczyty lekko zamglone, atramentowe niebo, zapach palonego drewna, dźwięki cichych rozmów po nepalsku. Staję na krawędzi grani, sto kilkadziesiąt metrów pode mną mały staw, a dalej kilometry przestrzeni poprzetykanej mgłą. Cykady uzupełniają dźwiękowe tło. Bardzo uspokajający moment, czuję się pogodzony ze wszystkim, co w środku i na zewnątrz – dobrze znów być w drodze.

W moim lodge’u dwóch Australijczyków. Idą do MBC, a potem przez Sherpani Col i kilka wysokich przełęczy do Solu Khumbu i dalej, do Rolwaling. Mają dwóch przewodników i siedmiu tragarzy, cały entourage. Nie mają pojęcia o lodge’ach za Tashigaon, więc niosą jedzenie na całą trasę… Kolejne ofiary agencji trekkingowych. Rozmawiamy chwilę, potem idę spać. 

4.X.2010 – Chichila-Num.

Dobry początek dnia, budzę się niepogryziony przez insekty, mimo że przed pójściem spać wygoniłem z pokoju potężnego pająka. Na śniadanie, punktualnie o 0630, naleśniki z dżemem i litr herbaty. Rozliczam się z właścicielem (740 rupii, w tym 200 za piwo) i zbieram do wyjścia.

W chwilę później pojawiają się spotkani wczoraj Australijczycy. Zamykają się w odosobnionym pomieszczeniu i tam, odseparowani o ciężkiej nepalskiej rzeczywistości konsumują coś wyrafinowanego. Wczoraj wieczorem to samo. Nie do końca to rozumiem, jeden z nich podczas wczorajszych rozmów deklarował, że największym przeżyciem w Nepalu są dla niego kontakty z ludźmi. Może chodziło o australijskiego kolegę?  Nie ukrywam, że irytuje mnie takie otaczanie się kilkoma warstwami abstrakcji. Australijczycy większość czasu spędzają we własnym towarzystwie, mieszkają we własnych namiotach, jedzą w zamkniętych komórkach. Jedyny kontakt z Nepalem mają przez dobrze mówiącego po angielsku przewodnika. Czasem pożartują trochę z tragarzami, ale są to łaskawe, naciągane, nieco za głośne żarty sahibów, z wysokości cywilizowanego zachodniego podejścia. Angielskie słowo, które dokładnie trafia w sedno sprawy to “patronizing”. Ci ludzie są uosobieniem, modelową definicją takieog podejścia. Dobrotliwi ojczulkowie, którzy łaskawie schodzą z wyżyn, żeby pożartować z prostym Sherpą…

Droga do Num bez niespodzianek, trochę płaskiego, trochę potem długie, nudnawe zejście. Po drodze mgła, więc żadnych widoków, nawet nie wyciągam aparatu. Zaraz za Chichila spotykam małpę, w odróżnieniu od tych w Swayabhu, w całkowicie naturalnym środowisku. Niestety nie reaguje na zachęcające odgłosy, jakie wydaję i znika w przydrożnych krzakach zanim zdążę wyciągnąć z plecaka aparat – zreszą i tak była za daleko, żebym mógł ją złapać swoją 50-tką.

Pewnych atrakcji dostarczają też osuwiska, w tym jedno naprawdę strome i potężne. Przed wejściem zatrzymuje mnie kobieta Rai i woła ‘danger!’. Uśmiecham sie i mówie ‘danger, but I’ll go anyway’. Nie do końca rozumie, dopytuje ‘jahne?’, ‘czy idziesz?’, ‘jahne, jahne’, odpowiadam i ruszam na pewną śmierć.  Na środku osuwiska spotykam grupę lokalsów idącą z naprzeciwka, ładuję się na w miarę stabilny kamień i przepuszczam towarzystwo. Przechodzą ostrożnie, zerkając na mnie nieufnie. W końcu zostaję sam na środku piargu, nawet mi się tam podoba. ‘Miro’, myślę, ‘jak pierdolniesz, to skończysz gdzieś pod lotniskiem w Tumlingtarze, a tam nikt nie chciałby skończyć’. Działa na mnie ta mantra, bo przechodzę przez osuwisko bezpiecznie, choć lekko rozgrzany. W końcu mam na plecach 20-kilka kg, do gibkiej kozicy nieco mi brakuje.

Wcześnie, bo około południa docieram do Num. Godzina w sumie młoda i rozważam dotarcie dzisiaj do Sedua, ale nie do końca widzę uzasadnienie, w końcu nigdzie mi się nie spieszy. Siadam więc na ganku z piwem, wyciągam nogi na barierce i grzeję się w słabym słońcu, lekko chłodzony zachodnim wiatrem, leniwie pisząc dziennik.

Ciekawskie dziewczęta – niechybnie córki właścicieli – zaglądają mi przez ramię. Pytam w którą stronę jest Makalu. Pokazują potężny front chmur na północy, mam nadzieję, że do BC nie będę szedł w deszczu.

Siedząc na swoim ganku obserwuje lokalne zwyczaje… Jedna rzecz rzuca się w oczy – nie istnieje tu coś takiego jak kosz na śmiecie. Śmieć rzuca się na ziemię, tam gdzie się stoi, a rankiem wymiata się go z bezpośredniego otoczenia domu na ulicę. Tam zostaje na wieczność. 

05-06.X.2010 – Num-Sedua-Tashigaon.

Przejście z Num do Sedua męczące – bardzo gorący dzień, 1000 metrów w dół, do marnych 600 mnpm, a potem kolejne 1000 w górę. Sedua leży praktycznie na wprost Num, ale po drugiej stronie głębokiej doliny. Na miejscu rejestruję się w punkcie straży parkowej. Tradycyjnie nikt nic nie wie, dziwią się, że jestem sam. Wspólnie wypełniamy wielką tabelę w równie wielkim zeszycie. Po długich deliberacjach w pole “agency” wpisują “TIMS”.

Nieco pobolewa mnie gardło i ogólnie czuje się nędznie, więc łykam ibuprofen i aspirynę, po czym wcześnie idę spać.

Kolejny dzień krótki, w sumie ok. 3h chodzenia. W Tashigaon mam spotkać swojego portera i rodzinę, która poznałem w Khandbari. Rodzina jest potężna, właściwie to cały, kilkudziesięcioosobowy klan, reprezentowany między innymi w Czechach i Włoszech. Zdominowali większość trasy do Makalu BC, budując lodge praktycznie na każdym postoju – Tashi, Khongma, Dobate, Yangle Kharka i Yak Kharka. Ich wpływy nie sięgają jedynie base campu, ale podejrzewam, że to jedynie kwestia czasu.  Wśród rodziny jest młoda Sherpani, która uczy się w Tokio, i wpadła tu tylko na krótkie odwiedziny. Sherpani wyraźnie jest na etapie poszukiwania męża. Pokazuje mi album rodziny, w którym dominują zdjęcia jej siostry, co to wyszła za mąż za Czecha i w Czechach zamieszkała. Pytam jak się poznali – ‘przyjechał tu na trekking, tak jak Ty’, odpowiada chichocząc i wdzięcząc się. Czas uciekać, myślę sobie.

Kwestia tragarza wciąż aktualna. Umawiamy się na 800 rupii dziennie. Więcej niż się spodziewałem, ale jak tą wysokość i porę roku, jest to bardzo dobra stawka. Wieczorem rozmowy o szczegółach, mam nadzieje, że bez niespodzianek tym razem.

Dzień robi się leniwy, więc kolejne popołudnie spędzam grzejąc się na słońcu, rozmawiając z Australijczykami i snując dzikie plany na najbliższe kilka dni. Przed snem łykam Diamox – jutro wchodzę z 2000 mnpm na 3500 mpnm, spora zmiana wysokości jak jeden dzień, mimo że 3500 to nie jest jeszcze poważna wysokość. Co więcej, w drodze pod Makalu spędziłem kilka nocy w okolicach 3000 metrów. Tak czy inaczej, wolę dmuchać na zimne. 

07.X.2010 – Tashigaon-Khongma.

Rozmowy z porterem, które miały się odbyć wczoraj wieczorem, ostatecznie odbywają się dzisiaj rano. Mój Sherpa ma 15-16 lat (zdaje się, że ciężko teraz o kogoś starszego), na imię ma Lakpa. Skończył już 8 klas, co – jak na nepalskie warunki – jest dużym osięgnięciem, jak na jego wiek. Po angielsku mówi kiepsko, w ogóle jest raczej małomówny, spokojny i bardzo zaangażowany, co jest zdecydowaną zaletą. W base campie był kilka razy, a do tego w Yak Kharka, czyli prawie u celu, mieszkają jego dziadkowie, lodgem w Khongmie zawiaduje jego matka, a lodgem w Dobate jego ojciec. Generalnie trudno o lepszy układ.

Lakpa bierze do kosza 50-60% mojego ładunku, co oznacza, że dla mnie nadchodzi czas relaksu – będę niósł 10-12 kg, on podobnie. Jak na tragarza to jest niewielkie obciążenie, więc podejrzewam, że będziemy poruszać się bardzo sprawnie.

Nie mylę się, z odciążonym plecakiem pędzę jak kozica na sterydach, pogoda średnia, więc nie zatrzymuje się na zdjęcia. W 3.5h jesteśmy w Khongmie. Droga cały czas pod góre, po drodze zatrzymujemy się na szybką herbatę w malutkiej pasterskiej osadzie w Chipla i na krótki postój na przełęczy Unshisha. Na miejscu loguję się do lodge’a i ruszam szukać zasięgu. Nie znajduję, więc rodzina o szczegółach mojej eskapady dowie się dopiero za jakieś 10 dni. Mam nadzieję, że z BC nie zdejmie helikopter.

Po obiedzie ruszam na krótką aklimatyzacyjną wycieczkę na najbliższą przełęcz – Khongma La (3850), 350 metrów nad Khongma. Czuję wysokość: oddech mam nieco krótszy, nogi lekko miękkie, świerzbią mnie też palce i dłonie, co jest efektem ubocznym działania Diamoxu. Potem wielokrotnie będę czuł ten efekt i czuł się nieco jak Dr. Jeckyll przed przemianą… Docieram na przełęcz, na której całkiem spory chorten i masa flag modlitewnych. Czuję się nieźle, może tylko lekko odurzony, co ogólnie jest bardzo przyjemne.

Schodzę i objawy ustępują, za to zaczynam odczuwać straszliwe wręcz pragnienie. Wypijam kilka kubków herbaty i gorącego soku pomarańczowego. Pragnienie ustępuje, a ja wchodzę w lekko bojowy nastrój przed kolejnym dniem.

Kolacja w kuchni pełnej Sherpów, akurat zeszła się cała rodzina, która jutro rusza obsadzać kolejne lodge na trasie. Jedzą ryż z lokalną odmianą kaszanki. Trochę żartujemy, trochę się sobie przyglądamy. W tle szerpańska muzyka, która jak dla mnie pobrzmiewa mocno tybetańsko.

Rozmawiam też chwilę z Juanem, Hiszpanem, który również idzie do base campu. Bardzo przyjazny gość, w Hiszpanii jest strażnikiem parkowym, regularnie jeździ na trekkingi w Himalajach. Mamy bardzo zbliżone opinie na temat agencji trekkingowych i zorganizowanych grup. 

08.X.2010 – Khongma-Dobate.

Pogoda, która wczorajszym popołudniem lekko zniechęcała do życia, tego ranka jest wyjątkowo zachęcająca. Pakuje plecak nie czekając na Lakpę wchodzę na pierwszą przełęcz, Khongma La, gdzie zresztą byłem już dzień wcześniej. Na górze powalający widok ośnieżonych szczytów, wyciągam aparat i przez kolejne pół godziny fotografuję – peak 6 i 7, Jaupa, peak 5, a z drugiej strony widok na masyw Kangczendzongi, jakieś 80-100 km stąd. Dobra karma najwyraźniej procentuje, bo po pół godzinie chmury zasnuwają szczyty. Lakpa i Hiszpan docierają na przełęcz juz post factum.

Z dużą przyjemnością ruszam dalej – droga prowadzi stosunkowo wąską granią, stopniowo wspinając się sie 4000 metrów. Krajobraz robi się wyraźnie subalpejski, co chwilę widać konkretniejszy górotwór. Wchodzę na kolejną przełęcz, Ghungru La, potem mijam niewielkie jeziorko, Kalo Pokhari. Wreszcie wchodzę na Shipton La, przełęcz nazwaną tak na cześć Erica Shiptona, który w roku 1952 szedł tędy z E. Hillarym podczas rekonesansu przed atakiem na Everest.

Na Shipton La wchodzę sam, bo porter z kolegą zatrzymują się nieco przed przełęczą, poczekać na resztę rodziny. Podejście lekko daje się we znaki, ciężko oddycham, mimo spokojnego, równego tempa – zbliżam się do 4200 mnpm i wysokość powoli daje o sobie znać. Na przełęczy chorten, ława dla porterów i dużo słońca. Sama przełęcz – łagodne siodło z cała masą lekko połogich płasienek, porośniętych miękkim mchem. Miejsce nieco kojarzy mi się z tatrzańską Dolinką Spadową i zdecydowanie zachęca do dłuższego odpoczynku. Wyciągam więc z plecaka suszone owoce, orzechy i wodę, po czym rozkładam się jak leniwy jak na jednej z omszałych poduszek. Zazdroszczę Shiptonowi – ładne miejsce nazwali jego imieniem. Widoki może przeciętne, ale atmosfera niepowtarzalna.

Po trzech kwadransach dołącza Lakpa z kolegą i resztą klanu. Zaczynają się różne zawody – kto dalej pchnie ciężkim kamieniem, kto wykona salto, albo przewrót z ustaniem na nogach. Przymierzam się, ale nie osiągam zbyt dobrych wyników. Próbuje przypomnieć sobie pady z Jitsu, ale minęło zbyt wiele czasu i ostatni element ciągle mi umyka. Salto z ustaniem na nogach jest już całkowitą porażką i wzbudza powszechne rozbawienie. Sam też się skręcam ze śmiechu, co dodatkowo nakręca dobry nastrój.

W chwilę potem ruszamy w dół, do sporego jeziorka z chortenem. Ojciec Lakpy częstuje mnie colą rozcieńczoną wodą z jeziorka. Wymawiam się grzecznie, tłumacząc, że piłem na przełęczy. Na tej wysokości woda powinna być sterylna, ale pomny niedawnych doświadczeń z Giardią, wolę być ostrożny. Z nad jeziora ruszamy w górę, na ostatnią dzisiaj przełęcz – Keke La, potem szybko w dół do Dobate.

Hotel w Dobate to jedna chata z częścią kuchenno-sklepową i sypialną. Ta ostatnia składa się z kilku ław, postawionych obok siebie i tworzących wygodną, szeroką platformę do spania. Na kolację smażone ziemniaki, po czym do łóżka – na sklepowej półce udało mi się wypatrzyć książkę po angielsku – pożyczam ją od właściciela i – po raz pierwszy od niemal 4 tygodni) – mam okazję poczytać coś innego niż przewodnik. Literatura nędzna bardzo, ale moje szare komórki są na tyle spragnione jakiejkolwiek stymulacji, ze nie przeszkadza mi to specjalnie. 

09.X.2010 – Dobate-Yangle Kharka.

Z Dobate do Yangle Kharka jest ok. 3 godzin drogi, wyruszamy więc bardzo późno, bo około 0900. Pierwsza godzina rewelacyjna, szybko tracę ok. 800 metrów wysokości, schodząc w dolinę rzeki Barun, która prowadzi pod samo Makalu.

Potem padający deszcz, w połączeniu z nagłą utratą wysokości i bardzo nieprzyjemną drogą wzdłuż rzeki po śliskich głazach mocno mnie demotywują. Zaczynam się niemiłosiernie wlec, na domiar złego w pewnej chwili ześlizguję się z jednego z kamieniu i mocno obcieram nogę.

Gdzieś w połowie drogi, na 1.5h przed Yangle Kharka, Lakpa, wyraźnie za namową jednego z siostrzeńców, podejrzanego gościa, palącego papierosa za papierosem, bierze kosz i bez słowa wyjaśnienia rusza dalej. Spodziewam się, że poczeka kawałek dalej, ale do samego Yangle Kharka idę sam. Na miejsce docieram wściekły jak sama Kali, wiedząc komu przyjdzie odpokutować za deszcz, kamienie i wszystkie inne nieprzyjemności dzisiejszego dnia.

Robię małą awanturę – Sherpowie lekko przerażeni, jeszcze nie widzieli mnie rozzłoszczonego, jak do tej pory mieli do czynienia z mówiącym łamanym nepalskim, uśmiechającym się Miro light. Mój porter miota się między skrajnościami, nie wie, czy uciekać, czy prosić o przebaczenie. Prosze najlepiej mówiącego po angielsku Sherpę, żeby dokładnie wyjasnił Lakpie – idziemy razem, moim tempem, na prowadzę. Nie ma od tego wyjątków.

Po tej sesji idę na górę lodge’a rozpakowac plecak. Po chwili dołącza Lakpa, który wygląda jak ucieleśnienie poczucia winy – przynosi mi materac, poduszkę, pomaga rozwinąć śpiwór. Potem, jąkając się, pyta, czy jestem angry i pokazuje palcem w stronę, z której przyszliśmy. Wyjaśniam, możliwie najprostszą angielszczyzną; ‘Today first time, no problem. But not again!’. Chwyta najwyraźniej, bo żarliwie kiwa głową, mówiąc ‘not again’. Klepie go po ramieniu, na co on kurczowo łapię mnie za rękę. Mam nieco dosyć tych pojednań, więc dziękuję mu ładnie i daje wolne na resztę dnia.

Sam spędzam dzień głównie w śpiworze, czytając kiepską literaturę, która udało mi się wczoraj zdobyć. Na zewnątrz deszcz, zimno i mgła. Wkrótce po mnie pojawia się Juan, wspólnie zamykamy wszelkie możliwe okna i barykadujemy drzwi, które mają tendencję do otwierania się przy silniejszych podmuchach wiatru. Tak zabezpieczony pokój utrzymuje jakieś minimum ciepła, co ma niebagatelne znaczenie, kiedy trzeba opuścić kokon śpiwora!

10-11.X.2010 – Yangle Kharka-Yak Kharka-rest w Yak Kharka.

Kolejnego dnia znów droga w deszczu, a po ponownym wyjściu ponad 4000 mnpm, śniegu. Ścieżka prowadzi łagodnie pod górę, potężnymi, alpejskimi halami, dopiero pod koniec zaczyna się mocne podejście. Gdyby nie pogoda, byłby to kolejny dzień wart zapamiętania – hale są otoczone potężnymi granitowymi ścianami, nad którymi górują 5-tysięczne szczyty. Niestety będę miał okazję zobaczyć je dopiero w drodze powrotnej.

Zgodnie z przewodnikiem Yak Kharka, czyli pastwisko dla jaków (kharka to nepalskie słowo oznaczające pastwisko) znajduje się na 4400 mnpn, mapa podaje 4200, z kolei tabliczka na lodge’u: 4100. I bądź tu mądry. Na ostatnim podejściu całkiem konkretnie dyszę, lekko pobolewa mnie też głowa, więc podejrzewam, że jestem bliżej 4400 niz 4100.

W Yak Karka stoją dwa budynki – mała kamienna chata z paleniskiem, która służy jako kuchnia i nieco większy budynek, podzielony na kilka części, w tym część hotelową i magazyn. W części hotelowej szerokie drewniane ławy pod ścianami i niski stół w środku. Komfortowo może tu mieszkać 4-6 osób. W pokoju koszmarny bałagan, najwyraźniej ktoś tu już mieszka. Babcia Lakpy nie zwraca na to najmniejszej uwagi – przerzuca śpiwory, koce i inne parafernalia i robi mi miejsce, na którym mogę spać i częściowo rozpakować plecak. Kilka godzin później okazuje się, że lokatorem – tymczasowo eksmitowanym – jest dziadek Lakpy. Nie jest do końca zadowolony z faktu, że ktoś będzie spał w jego pokoju, nie robi jednak większych problemów. Z czasem okaże się niezwykle przyjazną i towarzyską osobą.

Moszcze sobie legowisko, zjadam szybką zupę i idę spać na kilka godzin. Kiedy budzę się późnym popołudniem robię mały rekonesans – w pokoju znajduję kilka kuchenek Primusa, kartusze i puszkę kawy. Do tego stary numer GQ, pisma #1 wszystkich metroseksualnych mężczyzn świata. Jest to niezwykle korzystne zrządzenie losu, jako że wczoraj skończyłem książkę, pożyczoną z Dobate. W świetle czołówki, owinięty śpiworem oglądam więc testy tenisówek, które kilka miesięcy temu były najbardziej hip, poradnik jak nosić garnitur, żeby wyglądać możliwie cool, a następnie oddaję się lekturze kilku długawych artykułów i reportaży. Dobrze jest mieć zajęcie na takie popołudnia.

Noc koszmarnie zimna. Początkowo nawet nieźle śpię, ale potem zmienia sie front, robi się wyraźnie cieplej, coś dzieje się również z ciśnieniem, bo zaczynam się dusić w śnie. Typowa, ale mało przyjemna reakcja na wysokość – zasypiam, po chwili budzę się i jak ryba wyciągnięta z wody chciwie łapię powietrze. Dwa głębsze oddechy i sprawy wracają do normy, zasypiam znowu i rzecz dzieje się da capo al fine. Łykam nadprogramowy Diamox i po mniej więcej 30 minutach normalnie zasypiam.

Następny dzień zaczyna się dobrze – piękna pogoda, niezłe samopoczucie, pomijając lekki ból głowy. Wkrótce okazuje się jednak, ze sprawy nie wyglądają różowo. W lodge’ach w base campie nie ma żywej duszy, towarzystwo zamknęło interes i popędziło jaki na dół. To oznacza nocleg pod namiotem (biorąc pod uwagę temperaturę nie mam na to najmniejszej ochoty), albo powrót tego samego dnia. Jest 0730, ruszymy najwcześniej za godzinę, a wstępne, i jak się później okaże, znacznie przesadzone estymacje długości tej wycieczki to jakieś 8h, uwzględniając godzinę na miejscu. Do tego zaczyna psuć się pogoda i po chwili poranne słońce pozostaje wspomnieniem. Długo się waham, ale ostatecznie decyduję się na dzień restu. Jutro ruszę przed 0700, na lekko i przy lepszej aklimatyzacji.

Odpoczynek upływa nam przyjemnie – nam, bo w Kharce zostaje także kolega Hiszpan. Starszy Sherpa bardzo o nas dba, gotuje nam na śniadanie kawę na własnej kuchence, częstuje pieczonymi ziemniakami z solą (zastrzega, że to na koszt firmy, nie płacimy ani rupii). Jakiś czas potem, na wczesny obiad dostajemy pyszne, gorące jeszcze tybetańskie chlebki – roti.

Ogólnie dzień bez jakiegokolwiek wysiłku fizycznego. Doczytuje do końca GQ, po czym słucham nepalskiego radia. Przed snem łykam Diamox i, na wszelki wypadek, aspirynę, po czym zasypiam na 10h. Tym razem omija mnie syndrom karpia – najwyraźniej aklimatyzacja postępuje. 

12.X.2010 – Yak Kharka-Makalu BC-Yak Kharka.

Rest bardzo dobrze mi zrobił, budzę się niezwykle energetyczny i pełen chęci do działania. Na pewno pomógł też Diamox, dzięki któremu przespałem całą noc bez jakichkolwiek problemów. Szerpowie nieco spóźniają się ze śniadaniem, ale po odrobinie perswazji, udaje się nam wyruszyć niemalże zgodnie z planem, w chwile o 0700. Lakpa niesie mój day pack, ja biorę tylko aparat. Ach, uroki posiadania portera. Dołącza do nas Juan, trochę na krzywy ryj – nie bierze ze sobą wody, jedzenia, a potem bez skrupułów korzysta z moich. Niech będzie, Jego karma.

Pierwsze kilkadziesiąt minut idziemy przez dolinę Barun – mijamy Merek (rozległa kamienista płaśń w zakręcie rzeki), a potem Shershong, dużą halę z resztkami kamiennej chatki, czy dwóch. Krajobraz jak z innej planety – szarości, brązy, trochę bieli i przebłyski błękitu na górze. Spektrum kolorystyczne rozpaczliwie domaga się uzupełnienia zielenią.

Tempo mamy bardzo dobre, bo do moreny nad base campem docieramy w 2.5h (przy zakładanych 4h). Na dół, do właściwego base campu jest jeszcze ze 20 minut drogi. Decyduje się zostać na górze – widoki znacznie lepsze, do lodge’y na dole też nie mam po co schodzić.

No właśnie, widoki – do tej pory nie miałem okazji oglądać Makalu; nie pozwalało na to zachmurzenie, albo zasłonięty był przez inne szczyty. Tym razem jest inaczej, pogoda niezła, choć nie całkowicie bezchmurna. W miarę jak podchodzimy pod morenę boczną, widać coraz więcej. Na pierwszy fragment masywu zwraca moją uwagę Lakpa: łapie mnie za rękę i pokazuje palcem – Makalu. Robię kilka zdjęć i ruszamy dalej. W końcu wychodzimy za ostrogę i szczyt widać w całej okazałości.

Efekt jest piorunujący – jesteśmy na 5000 m, a nad nami jeszcze 3.5 km górotworu. Do tego pod nami, 150-200 metrów niżej dolina Barun z lodowcem, co dodatkowo potęguje ekspozycję. Masyw zaczyna się od brązowawych piargów, by potem stopniowo przejść w zaśnieżone stoki. Gdzieś w połowie wysokości cienka warstwa chmur. Stoję tak kilkanaście minut, sycąc oczy widokiem. Nie dość, że szedłem prawie miesiąc, żeby stanąć twarzą w twarz z Makalu, to jest jeszcze jest to pierwszy ośmiotysięcznik, widziany bezpośrednio i z tak bliska. Brakuję im tła muzycznego, III symfonii Góreckiego, albo Fratres Arvo Parta. A właściwie nie brakuję, bo przeładowanie zmysłu wzroku starcza też za muzykę.

Uspokajam się nieco, robię zdjęcia. Zdecydowanie planuję tu wrócić, do zrobienia jest choćby przejście do Solu Khumbu przez Sherpani Col, może z czasem Baruntse.

Po godzinie decyduję się wracać – cel osiągnięty, kolejny plan jest, nie ma co się za bardzo rozczulać. Wspólnie z Lakpą oddajemy Makalu pokłon i ruszamy do Yak Kharka. Powrót mija szybko i bez niespodzianek. Na miejscu dopada mnie lekka deprecha i ogólna nostalgia, na domiar złego pogoda gwałtownie się pogarsza, robi się zimno, opada mgła. Idę do kuchni, gdzie po raz kolejny dostaje pieczone ziemniaki na koszt firmy, do tego herbatę. Ok. 1800 ładuję się do śpiwora i śpię do rana.

13-15.X – Yak Kharka-Dobate-Tashigaon-Num.

W dzień powrotu pogoda zdecydowanie zniechęca do opuszczenia Yak Kharka. Prawdę mówiąc, jest dziś tak pięknie, ze poważnie rozważam spędzenie tu reszty życia – wysoka, wisząca dolina, wokół 5-6-tysięczne ośnieżone szczyty, nade mną nieskazitelny błękit. Otrząsam się z uroku, pakuję plecak, płacę – 2000 rupii za trzy noce, jedzenie, herbatę, kawę, herbatniki i inne zapasy. Zdarzało mi się niewiele mniej płacić za jedną dobę. Potem siadam z dziadkiem przed hotelem. Słońce grzeje, iść nie mam najmniejszej ochoty. Zostaję siedzieć na zboczu, pić herbatę i rozkoszować się widokami, spokojem i odcięciem od cywilizacji. Zaczynamy rozmawiać, stary Sherpa opowiada mi swoich jakach – smutna to historia, dwa z nich zagubiły się w górach, pozostałe trzy zeszły do Khongmy, gdzie wyzionęły ducha, albo zostały zarżnięte. Potem rozmowa schodzi na tematy rodzinne, co jest pewnym wyzwaniem, mieszanina nepalskiego, angielskiego i języka migowego nie do końca oddaje złożoność relacji wewnątrz szerpańskiego klanu. Ostatecznie zbieram się do drogi – dziadek na koniec zachęca mnie do powrotu – pokazuje gestami, że mam wrócić i wspiąć się na Makalu. Mówi coś w ramach uzasadnienia “Timro…”, czy “Ty…”, nie rozumiem poszczególnych słów, nie ma tu też nikogo, kto pomógłby mi w tłumaczeniu. Jestem jednak w stanie wywnioskować, ze oczach Dziadka godzien jestem wejścia na Wielka Górę. Możliwe, że mówi to każdemu, tak czy inaczej, jest mi miło. I jak mam nie wracać do Nepalu?

Zejście na niziny męczące – robimy po dwa przewodnikowe dni dziennie. Pierwszy dzień (Yak Kharka – Dobate) jest męczący, drugi (Dobate – Tashigaon) rewelacyjny – prawie że wbiegamy na Shipton La, trzeciego w koszmarnym słońcu docieram do Num na skraju odwodnienia, ale zadowolony z życia.

W Tashigaon nieprzyjemna sytuacja, okazuje się, że mimo że porter pracował 8 dni, mam zapłacić za 10, bo tyle oficjalnie trwa wyprawa do MBC i z powrotem. Walczę z tym trochę, ale ostatecznie ustępuje. Poirytowany nie daję Lakpie napiwka, na który zasłużył. Potem będę miał lekkie wyrzuty sumienia, nie jego wina, padł ofiarą chciwości swojej rodziny.

W Num spotykam parę Francuzów. Spędzamy większość dnia i wieczór na rozmowach. Obydwoje pracują dla Air France, co pozwala im bez ograniczeń i za darmo latać po świecie w wolnych chwilach. Bardzo dobra opcja, powinienem rozejrzeć się za pracą w lotnictwie.

Relacja z Francuzami wkrótce okaże się interesującym przyczynkiem do rozważań o zaletach podróżowania samotnie.

16.X.2010 – Num-Chichila

Kolejny dzień powrotu – sobota, czyli nepalski dzień wolny. Do śniadania, które jem wspólnie z Francuzami, dostajemy talerz pokrojonych jabłek. Pani Fracuzka rezygnuje w obawie przed amebą, więcej zostaje dla mnie. To pierwszy znajomy owoc od ponad miesiąca – pomijam guawy i leśne jogody, którymi byłem częstowany w Tashigaon.

Śniadanie spóźnia się o ponad godzinę – wszak gotowanie dla trójki turystów to już poważne wyzwanie. Wykorzystuje to opóźnienie, żeby ogolić się i doprowadzić do bardziej cywilizowanego wyglądu. Wszak za dwa dni będę w Khandbari, stolicy prowincji, a to do czegoś zobowiązuje!

Po przedłużonych ablucjach i spóźnionym śniadaniu ruszam w drogę. Zaczyna się w lekkim deszczu, który po 30 mintach zamienia się regularną tropikalną ulewę. Doskonale się idzie w tych warunkach – temperatura ok. 15 stopni, może 17, deszcz, który chłodzi i orzeźwia, tempo mam niesamowite. Miejscami nawet biegnę truchtem, co z ponad 20-kilowym plecakiem jest doświadczeniem ciekawym. Deszcz sprzyja inwazji pijawek – mimo że moja krew niespecjalnie im smakuje, w połowie drogi znajduję wyjątkowo persystentną bestią, która wgryzła mi się w łydkę przez skarpetkę. Do Chichili docieram w nieco ponad 3h, loguję się w znajomym logde’u i biorę za codzienne czynności – pranie, pisanie dziennika, jedzenie i rozmyślania na temat uroków życia w podróży.

Jako że dzisiaj lokalne święto, właściciel lodge’a nie wylewa za kołnierz. O 1300 jest już ledwo ciepły, w dwie godziny później próbuje wciągnąc mnie w rozmowy o życiu, wszechświecie i wszystkim innym. Podziwiam jego zapał, zwykle działam na ludzi odstraszająco i nikt bez wyraźnego zaproszenia mnie nie zaczepia w celach towarzyskich. Rozmowa się jednakowoż nie klei, niechybnie poziomy alkoholu we krwi się nie zgadzają.

Zostaję więc na ganku sam, sączę piwo i planuję kolejny trek. Po raz drugi w ciągu ostatnich dwóch dni zaczepia mnie szerpański przewodnik i zaczynamy rozmowę na temat czasów przejść. Okazuje się, że Sherpani Col można solo zrobić bez większego problemu w 3-4 dni. Baruntse z Hillary BC (pod Makalu) w 2-3 dni, ale tu trzeba ze dwóch osób. Na przykład Miro i jeden wysokościowy Sherpa. Ach, plany na ten rejon zaczynają nabierać kolorów.

Przy okazji dowiaduję się, że dzisiaj nie tylko sobota, ale także ostatni dzień Dashain, nepalskiego odpowiednika bożego narodzenia. Trafiłem na ostani z trzech dni ostrych celebracji… Mam nadzieję, że jutro sprawy wrócą do normy. Nadzieja matką głupich jednakowoż – od jutra zaczyna się tydzień wizyt. Nepalczycy ze wszystkich stron świata ruszają odwiedzać rodziny. To zasadniczo wpłynie na moje szanse dostania się do Kathmandu z Tumlingtaru.

Czekam na Francuzów, których spodziewałem się zastać na miejscu. Dochodzę do wniosku, że nie korzystali ze stromych skrótów, których używałem po drodze. Pojawiają się po kilku godzinach – zmęczeni i ogólnie pełni negatywnego nastawienia do świata. Wychodzi na to, że deszcz okazał się dla nich zbyt dużym wyzwaniem, więc schowali się w jednym z przydrożnych domów. Tam Pani Francuzka przez ponad 3h odsypiała pogodowy koszmar. Spójrzmy prawdzie w oczy – Himalaje to nie Lasek Buloński: deszcze padają, jest zimno, ludzie śmierdzą, pijawki gryzą, a błoto brudzi. Fi donc!

Lodge w Chichila jest kolejnym gwoździem do trumny mojej francuskiej przyjaciółki, która nie ukrywa, że ma mi za złe tą rekomendację. Ale nie wszystko stracone, ma do wyboru jeszcze jeden hotel, rozchwierutany barak z blachy falistej, nastawiony na porterów i kierowców jeepów – co prawda nawet ja mam opory przed zatrzymaniem się tam.

17.X.2011 – Chichila-Khandbari

Wymarsz z Chichila jak przed kilkunastoma dniami – naleśniki, dżem, miód, herbata i w drogę. Chichila jest położna na łagodnym grzbiecie, więc do droga do przełęczy Bhotebas jest stosunkowo wypłaszczona. Przed wyjściem próbuje rozejrzeć się za jeepem, ale towarzystwo wciąż w nastroju świątecznym.

Na Bhotebas mijam Francuzów, po czym ostro ruszam w dół – drogę już znam, więc idę skrótami przez pola i wioski. Widokowo jest umiarkowanie, klimatem nepalskim mocno już przesiąknąłem, poza tym mam trochę dość życia na szklaku – w końcu to już ponad miesiąc w drodze i tęsknię za umiarkowanymi luksusami Kathmandu.

Khandbari ogólnie rozborsuczone, wszyscy jedzą, piją, lulki palą, a na Europejczyka z plecakiem patrzą ze szczerym zdumieniem. Nie należy się tak męczyć w święto!

Nieco inną niż zwykle drogą docieram do jeepowiska w Khandbari. Jeepy śpią, kierowców brak. Nieco dotknięty idę do sprawdzonego hotelu Arun – za 350 rupii dostaję ładny pokój (z telewizorem). W łazience ciepła woda, a właściciel osobiście gotuje mi ryż z warzywami i jajkami – kucharz ma dzisiaj wakacje. Ryż okazuje się wyjątkowo dobry. Niestety, jest to jedyna potrawa, jaką potrafi gotować mój gospodarz, bo na kolację dostaję dokładnie to samo.

Ruszam na rekonesans – na każdym rogu pieką się kurczaki, praktycznie każdy ma na czole przlepione ziarna ryżu barwione na czerwono. To lokalny symbol błogosławieństwa. Przez chwile nawet chcę wpaść do jakiejś swiatyni po swój własny czerwony ryż, ale uznaje, że byłoby to z lekka manierystyczne. Ostatecznie idę do fryzjera, gdzie za 50 rupii golę się na zero. Potem wpadam do cukierni, a na koniec do lokalnego monopolowego po ćwiartkę whisky “Signature” i colę. Czas poświętować trochę.

18.X.2010 – Khandbari-Hile.

Jako że lotnisko w Tumlingtarze wciąż zamknięte, decyduję się na powrót droga lądową. Jest to de facto jedyne wyjście, na otwarcie lotniska czekać mogę i miesiąc, a powrót pieszo oznaczałby 9 dni marszu do Lukli, skąd dziennie odlatuje kilkadziesiąt małych samolotów do Kathmandu. Droga do Kathmandu z Khandbari (położonego nieopodal Tumlingtaru) jest wieloetapowa – najpierw jeep do Sabha Khola, potem przeprawa łodzią przez rzekę, dalej jeep do Hile i wreszcie autobus do KTM.

Wyruszam wspólnie z Francuzami, mimo że zupełnie nie mam ochoty na ich towarzystwo. Kobieta roztacza tak negatywną aurę, że z trudem wytrzymuje w jej towarzystwie – wyraźnie jest sfrustrowana do granic możliwości, wygląda na to, że trekkingu w Himalajach nie będzie zaliczać do udanych wakacji. Facet też nieco mnie irytuje – kilkukrotnie podkreśla, że mają przewodnika, dzięki czemu będzie nam łatwiej, bo guide porozumie się z tubylcami. Po raz kolejny doceniam zalety samotnej podróży i zastanawiam się jak w możliwie efektywny sposób pozbyć się francuskiego koszmaru.

Pierwsza okazja nadarza się już w Khandbari. W jeepie jest za mało miejsca dla Francuzki, która nie chce jechać z tubylcami, ściśnięta jak sardynka. Wykorzystuję to i wciskam się do środka – na razie jest nas tylko 6 osób, ostatecznie będzie jechało 9. Po kilkunastu minutach ruszamy – macham żabojadom na pożegnanie i mam cichą nadzieję, że się już nie zobaczymy.

Po drodze zabawna sytuacja. Żeby nie rozbić sobie głowy o sufit na kolejnych wybojach, klinuję rękę między oknem a oparciem siedzenia (siedzania w lokalnych jeepach są wzdłuż burt, a nie w poprzek samochodu). Mniej więcej po trzech kwadransach jazdy, okno wypada – rama, na której rozpięta była uszczelka, jest tak przerdzewiała, że rozpada się na stalowe drzazgi. W ostatniej chwili udaję mi się je złapać – odwracam się do reszty pasażerów, ale Ci nie są chetni do udzielania dobrych rad, wyraźnie czekają, co zrobię. Przekładam więc okno do lewej ręki, a prawa walę kilka razy w dach – to tutejszy sygnał do zatrzymania. Za drugim razem skutkuje – samochód staję, z dachu schodzi zaciekawiony menedżer jeepa. Podaje mu okno wołając “oy, you’ve lost a fuckin’ window”. Gość nieco zbity z tropu ocenia straty i zabiera okno na dach. Moi współpasażerowie nagle zaczynają się pokładać ze śmiechu – opisują sobie cała sytuację, żywo gestykulując i śmiejąc się coraz bardziej. Po chwili dołączam do nich – bardziej bawi mnie ich upodobanie do humoru sytuacyjnego niż fakt zdemolowania jeepa.

Mój jeep jest wyraźnie pechowy, bo po drodze mamy ze trzy przystanki na dokręcenie koła, które grozi odpadnięciem. Na jednym z przystanków mija mnie jeep z Francuzami – siedzą obok kierowcy, na przednim siedzeniu, bardzo uprzywilejowana pozycja. Do przeprawy przez rzekę docieram chwilę po nich.

W Sabha Khola ładuję się na łódź i szybko ląduję na drugim brzegu. Upał robi się koszmarny, okazuje się też, że na transport do Hile czeka kilkadziesiąt osób, stale też przybywają nowe. Coroczny festiwal – Dashain – właśnie wchodzi w fazę odwiedzin. Robię kilka prób dostania się do czekających jeepów, ale widzę, że nie mam szans. Francuzi, których łącznie z przewodnikiem jest trójka, są na straconej pozycji. Guide, Pasang, próbuje negocjować z kierowcami, ale jest na straconej pozycji… Tu trzeba asertywności i bezczelności, a on jest wcieleniem łagodności.

Pierwsza fala jeepów odjeżdża, kolejna pojawia się po 1.5h… Upał coraz większy, ludzi coraz więcej, a jeepy przyjeżdżają tylko dwa. Pierwszy jest natychmiast otoczony przez tłum, udaję mi się zbliżyć do drugiego. Ktoś stoi na dachu i zdejmuje bagaże – podaje mu swój plecak, po czym sam ładuję się na dach. Tam opieram się plecami o swój bagaż, nogi przewieszam przez koło zapasowe i decyduję się nie zmieniać tej pozycji aż do Hile. Słońce nie odpuszcza, powoli zaczynam się gotować – znajduję kawałek starego kartonu, którego używam na przemian jako wachlarza i parasola. Kierowca wygania kolejne osoby z dachu, mnie też próbuje, ale słyszałem jak mówi, że na górze mogą jechać “dui”, czyli dwie osoby. Cytuję mu to “dui” aż do upadłego. W pewnej chwili robi się bardziej zdecydowany, więc pokazuję mu co dzieje się wokół drugiego jeepa i kręcę głową – “jadę aż do Hile, stary”, mówie po polsku.
Najwyraźniej przekonuje go moja determinacja, bo ostatecznie odpuszcza. Ruszamy po 1.5h postoju, by po 500 metrach znowu zatrzymać się na pół godziny. Do jeepa ładują się kolejne osoby, w tym 4 na dach. Jest nas już szóstka. Francuzi zostali w Sabha Khola – tym razem na dobre.

W chwilę później kierowca zbiera pieniądze – płacę 600 rupii i dopiero teraz jestem spokojny o swoje miejsce. Ruszamy i przez kolejne 3 godziny pokonujemy ok. 25 km. Co kilka kilometrów jeep staje, wszyscy pasażerowie wychodzą, a samochód pokonuje trudniejszy odcinek trasy bez ładunku. Potem ładujemy się na swoje miejsca i tak da capo al fine. Po pięciu godzinach mam nieco dosyć – bolą mnie mięśnie i stawy, psychicznie tez jestem nieco nadwyrężony, w końcu większość trasy jedziemy wąska drogą, wyrżnięta w zboczu rzecznej doliny. Kilkanaście centymetrów od kół jeepa jest kilkudziesięcio-, a czasem kilkusetmetrowa przepaść. Jak polecimy, to nie zostanie z nas wiele.
Robi się ciemno i zimno, przeżywam też lekki culture shock. Na dachu znalazłem sobie pozycję półleżącą – mam w ten sposób nisko środek ciężkości, poza tym jest stosunkowo wygodnie. W pewnej chwili młody chłopak, jadący obok mnie, kładzie się obok, z głową i częścią tułowia na mojej klatce piersiowej… Rozglądam się ukradkiem i widzę, że reszta towarzystwa też tak na sobie poleguje – cieplej tak i wygodniej, choć nieco brakuję mi komfortu psychicznego.

Ok. 1900 docieramy do większego skrzyżowania, część osób przesiada się na busy do Dharan Bazaar. To spore miasto, z którego odjeżdża masa autobusów do KTM, ale ja nie mam siły na kolejne 3h jazdy. Mam ochotę wyłącznie na papierosa, co mnie niebotycznie dziwi, bo od paru lat nie palę w ogóle, a wcześniej popalałem raczej jedynie okazjonalnie, na imprezach. Kupuję dwie sztuki za 10 rupii i lekko pokrzepiony nikotyną, wskakuję na swoje miejsce na dachu. Po 20 minutach jesteśmy w Hile – szybko znajduję całkiem miły lodge, zjadam znakomity dal bhaat, wypijam piwo i idę spać. Nie mam nawet siły myśleć o jutrzejszej podróży do Kathmandu.

19.X.2010 – Hile-Kathmandu.

Około czwartej na ranem budzą mnie sąsiedzi, tłumnie opuszczający lodge – mam nadzieję, że nie spieszą na jedyny autobus do Kathmandu. Wstaje i idę się rozejrzeć po mieście, ale miasto śpi jeszcze. Od sprzedawcy w jednym z kiosków udaję mi się dowiedzieć, że autobus do KTM rusza o 1100, wracam więc do łóżka.

Wstaję nieco zregenerowany i ruszam na poszukiwania kasy biletowej. Trochę błądzenia i trafiam we właściwe miejsce – autobus rusza o 1200, jedzie 14 godzin (spodziewałem się 18, więc uznaję, że to chwyt marketingowy, jak się później okaże, nie myliłem się).

Po śniadaniu mam sporo czasu na prysznic, golenie się i wędrówki po mieście – próbuje kupić jakaś gazetę, albo, lepiej jeszcze, książkę na podróż. Niestety, poza Kathmandu instytucja księgarni jest praktycznie nie znana, gazet też nie widuję.

Nieco przed południem znajduję swój autobus, oddaję plecak do schowka i siadam na swoim miejscu – ostatni rząd, miejsce nr. 17. Obok mnie z jednej strony czteroosobowa rodzina na dwóch miejscach, z drugiej dwóch sympatycznych studentów, z którymi chwilę rozmawiam. W rzędzie przede mną dwa wolne miejsca. Przesiadam się więc, zakładając, że to tylko tymczasowo… Na kolejnym przystanku okazuje się jednak, że na moje miejsce zostały sprzedane dwa bilety. Zostaję tam, gdzie jestem. Wygryzłem jakiegoś biednego Nepalczyka, ale nie wyobrażam sobie stania w tym autobusie przez 20h. Na każdym kolejnym przystanku odżywa dyskusja na temat miejsc – kilka razy odbywa się sprawdzanie biletów, liczenie pasażerów, analiza listy podróżnych, na próżno. Nie udaje się znaleźć winnego. W końcu, gdzieś za Dharan Bazaar, atmosfera robi się gorąca. Kierowca próbuje namówić mnie do powrotu na moje miejsce, na którym siedzi już Nepalka. Oprócz niej, w pięciomiejscowym ostatnim rzędzie mamy wspomnianą wcześniej rodzinę z dwójka dzieci i parkę z jednym dzieckiem, która wygoniła precz sympatycznych studentów. Faktycznie, brakuje tam tylko mnie… Patrzę na kierowce jak na szaleńca i wyraźnie odmawiam. Tłumaczę, że zapłaciłem za całe miejsce. Robi jeszcze jedną, nieśmiałą próbę, po czym saje spokój. Jakimś cudem znajduje miejsce tubylcowi, którego wygryzłem i po zaledwie trzech kwadransach ruszamy w dalszą drogę.

Kilka razy zatrzymuje nas policja – wchodzą do autobusu z latarkami, szturchają bagaże, zaglądają do luków. Bardzo to pro forma wszystko – mam na kolanach day pack, mogę w nim mieć bombę, kilka kilogramów heroiny, pistolety, granaty albo uran, czy uciętą głowę. Nikt się mną nie interesuje.

Po 12h mam już mocno dosyć, a wszystko wskazuje na to, że będziemy jechać jeszcze kolejne 6-8 godzin. Na jednym z przystanków kupuję “małpkę” whisky, działa lepiej niż nikotyna, gdzieś w środku nocy udaje mi się zasnąć. Niedługo po tym budzi mnie pianie koguta – nie wiem początkowo, czy mam halucynacje, czy whisky była czymś doprawiona… Ale inni pasażerowie śmieją się i przedrzeźniają kurę, więc to musi dziać się naprawdę. Jeden z podróżnych wiezie kury dla rodziny, opakowane szczelnie w trzcinowy koszyk, wciśnięte gdzieś pod dach autobusu.

W godzinę później jesteśmy w KTM – jechaliśmy prawie dokładnie 18h. Na dworcu – tym razem Gongabu – łapię taksówkę. Szybkie targi z kierowcą i jedziemy do Boudha. Droga głównie po obwodnicy, więc szybko docieramy na miejsce. Mój pokój dopiero się zwalnia, więc zjadam wczesne śniadanie i po 20h od wyruszenia z Hile mam wreszcie poczucie, że pierwsza część wyprawy dobiegła końca.