Tag Archives: Jiri-Bupsa

20.IX.2010 – Nunthala-Bupsa.

Dzisiaj, ze sporym zaskoczeniem, odkryłem dziś w sobie pierwiastek rasistowski. I nie, nie ma to nic wspólnego z Nepalczykami, którzy są naprawdę wspaniałym narodem. Chodzi o Amerykanów. Hałaśliwych, ekspansywnych, obrzydliwie akcentujących angielszczyznę, nie mających pojęcia o lokalnej kulturze, poruszających się w dużych grupach z przewodnikiem i grupą tragarzy (a jakże). Amerykanów wyraźnie wystraszonych sytuacją, w której się znaleźli, obcą kulturą, nie zdominowaną bezmyślnym konsumeryzmem, zamykających się we własnym gronie i hałaśliwym bravado, próbujących pokryć swój brak pewności siebie, strach i ignorancję.

Wyruszyłem z Nunthali późno, lekko po 0730. Kilkanaście minut za miastem, cisze poranka przerywają mi wrzaski i smiechy. Po chwili doganiam grupę Amerykanów, zachowujących się jak na meczu baseballa. Mijam wyraźnie zawstydzonego guide’a, mijam ich samych, możliwie chłodnym tonem odpowiadając na “good morning”. Jeszcze dobre kilka minut słyszę za sobą tych Hunów.

Bohu spasit, mimo prawie 25 kg na plecach, szybko zostawiam ich w tyle. Doganiają mnie dopiero na przełęczy, gdzie kończę pierwszy obiad. Robię co w mojej mocy, żeby traktować ich jak powietrze – wychodzi mi nieźle. Wiem, ze nie powinienem się uprzedzać, ale ich sposób bycia i mentalność piętnastolatków wywołuje u nie natychmiastową irytacja i nieco agresji. Dotarłszy do Bupsy mam nadzieje, że zatrzymają się w innym lodge’u niż ja – Buddowie są łaskawi, więcej o Amerykanach nie słyszę.

Lodge w Bupsie wybieram najładniejszy, z typowo himalajskim widokiem na dolinę – 1500 m w dół, kilometry w dal. Widok niestety lekko zasnuty mgłą i deszczem. Lodge prowadzi samotna właścicielka – ładna Sherpani ok. 30-tki. Podoba mi się bardzo, ja też wzbudzam jej zainteresowanie. Mam nadzieje na dłuższa rozmowę, ale pojawiają się inni goście (japończyk z entourage) i didi bierze się za gotowanie.

W nepalu na osoby mniej więcej w naszym wieku, mówi się didi (starsza siostro), albo dai (starszy bracie). Na osoby wyraźnie młodsze, woła się bahi (młodszy bracie), albo dahini (młodsza siostro). Bardzo ładny zwyczaj, z którego z przyjemnością korzystam.

W ramach eksplorowania lokalnej kultury, postanawiam spróbować chaangu – lokalnego piwa, pędzonego z prosa. Jest bardzo słabe (2-3%), gęstawe, w brudnobiałym kolorze. Za 150 rupii dostaję półtoralitrowy dzbanek. Piwo ma nawet niezły, kwaśnawy smak, dobrze gasi pragnienie. Trochę jak Paulaner w wersji wczesna beta. Wypijam trzy kubki i daję spokój, raczej nie zostanę fanem chaangu. Za kilka dni okaże się, ze ten eksperyment przypłaciłem poważnymi problemami żołądkowymi… Chaang jest pędzony na wodzie prosto z rzeki, czy strumienia, co stwarza poważne ryzyko złapania jakiegoś lokalnego bakcyla.

19.IX.2010 – Junbesi-Nunthala.

Początek dnia zgodnie z trekkingową rutyną – o 0630 owsianka, chapatti i litr herbaty. Pogoda, jak na razie, rewelacyjna, więc wyciągam z plecaka aparat i po drodze do Ringmo robię sporo zdjęć. Ostatecznie docieram na miejsce po 4h, już w lekkim deszczu. Pierwsze dwa lodge zajęte przez grupy zachodnich turystów spieszących do Lukli, idę więc dalej. Ostatecznie trafiam do “Yak & Nak Hotel” na końcu wioski. Przed lodgem znajomy kucyk, w środku znajomy Japończyk. Rozmawiamy nieco dłużej, okazuje się, przez lata pracował dla IBMa w Tokio, zarządzał personelem.

Po trzech herbatach i dal bhaat z jedną dokładką jestem gotów do drogi. Przed wyjściem pytam ile waży plecak jednego z Szerpów z entourage Japończyka – 15 kg. Wspominam, że to mniej niż mój, co wzbudza powszechne zainteresowanie. Szerpowie podnoszą mój plecak i oceniają go na 25-26kg. IMO przesadzili o 3 kg, co nie zmienia faktu, że są pod wrażeniem i lekko zatroskani.

Mnie ten ciężar przeszkadza coraz mniej, nogi już się oswoiły, teraz zaczynają boleć mnie plecy. Generalnie kończę dzień znacznie mniej zmęczony niż wczoraj, czy dwa dni wcześniej. Ani chybi procesy adaptacyjne trwają! Kopiuję też sposób poruszania się porterów, małe kroczki, bardzo stabilnie utrzymywany ładunek, lekko ugięte nogi, wolne tempo i co parę minut krótki odpoczynek przy specjalnej, kamiennej lub drewnianej, ławie, która nazywa się tutaj chautara. Efekty widać od razu, mniej się męczę na podejściach i, co ważniejsze na zejściach, które jak do tej pory nieco mnie męczyły. Ogólnie, poruszam się szybciej i docieram na miejsce w o wiele lepszej dyspozycji. Z czasem zacznę wydłużać czasy między przystankami do 40-60 minut.

Do Nunthali docieram wcześnie, robię pranie i schodzę do common roomu na późny obiad. Spotykam tam parę Szwajcarów i Irlandczyka. Lekko zdołowani, albo zmęczeni, siedzą bez słowa i piją swoją herbatę, co mi zresztą bardzo odpowiada. Wczoraj, w Junbesi, w common roomie natknąłem się na stado Amerykanów – hałaśliwi, ekspansywni, bez odrobiny szacunku dla spokoju, czy prywatności innych. Po godzinie dzielenia z nimi jednego pomieszczenia, czuję się mocno zdołowany. Nie wiem, czy to kwestia narodowości, czy była to grupa po przejściach, szukająca w Himalajach harmonii i równowagi, ale roztaczali koszmarnie złą aurę. Nie spotkałem tu jeszcze nikogo, kto generowałby tyle złych wibracji. Ignoruję ich totalnie, bohu spasit odbierają przekaz i nie kwapią się do rozmów ze mną. Inni nie mają tyle szczęścia.

W Nunthali mam po raz pierwszy okazję spróbować słynnego himalajskiego apple pie. Jest to duży, opiekany pieróg, ze słodką, jabłkowo-cynamonową masą w środku. Smakuje absolutnie rewelacyjny, mruczę ukontentowany podczas konsumpcji, co wzbudza szczerą radość właściciela lodge’a.

Na koniec kilka słów o osłach. Pod koniec podejścia na przełęcz Taksimdu za Ringmo dogania mnie karawana osłów (mułów). Podobnie jak inne lokalne zwierzęta (na przykład rzeczne bawoły, o których później), osły się mnie boją i nie chcą wyprzedzić. Ida spokojnie za mną, zatrzymując się, jeśli zbliżą za bardzo. Po kilku minutach gromadzi się za mną całkiem spore stado. Poganiacza najwyraźniej to irytuje, bo krzykami i batem forsuje zwierzęta naprzód. Każdy osioł niesie dwa spore worki z ziarnem (30-50 kg) albo dwie butle z gazem – po jednej na każdym boku. Ścieżka prowadzi akurat wąskim wąwozikiem, wymytym w glinie przez spływającą wodę, przez chwilę obawiam się nawet, ze zostanę wprasowany w ścianę, ale osły przeciskają się obok mnie z wielką subtelnością, kończy się na lekkim potrąceniu butlą z gazem.

Karawany osłów, obok porterów, to jeden z głównych sposobów dostarczania towarów do bardziej odległych rejonów w górach. w jednej karawanie idzie do 50 sztuk, każdy niesie 60-100 kg ładunku. Gdzieś przeczytałem, że transport na odcinku, którego pokonanie zajmuje trzy dni kosztuje 20 rupii za kilogram. W trakcie rozmowy z jednym z poganiaczy dowiaduje się też, że jeden osioł kosztuje ok. 50 000 rupii (ok. 700 USD).

W naprawdę odległych i górzystych rejonach osły się nie sprawdzają, więc wykorzystywane są owce. Szyje im się specjalne uprzęże, pozwalające obciążyć zwierze dwoma niewielkimi (10 kg) workami z ryżem, czy inny sypkim towarem. Takie stado pędzone jest później przez wysokie przełęcze, przenosząc towary na spore odległości w bardzo trudnym terenie. 

18.IX.2010 – Sete-Junbesi.

Budzi mnie słońce, towar zdecydowanie deficytowy w ciągu ostatnich kilku dni. Wyglądam przez okno i prawie, że mdleje – widok na 1000 metrów w dół i kilka kilometrów w dal, w powietrzu nawet jeden drobiny mgły, na niebie kilka małych, strzępiatych chmur. Natychmiast nabieram motywacji do bardziej agresywnego działania i ponownie rozważam atak na okoliczny czterotysięcznik, Pikey Peak. To tylko 500 metrów wyżej niż przełęcz Lamjura La, przez która będę za kilka godzin przechodził.

Pogoda utrzymuje się przez mniej więcej godzinę, potem słońce wychodzi zza gór i ogrzewa stoki, które uwalniają potężne kłęby mgły. Kłęby w deprymującym tempie unoszą się w górę i wkrótce pojawia się nowa warstwa chmur. Moje nadzieje na czterotysięcznik zaczynają gwałtownie topnieć, nie jestem jeszcze gotów na błądzenie w himalajskiej mgle. Po szybkim śniadaniu ruszam w górę – do przełęczy muszę podejść ok. 700 metrów, do 3600 mnpm. Będzie to najwyższy punkt, jaki osiągnę w ciągu najbliższych 3 tygodni, wyżej wejdę dopiero w drodze pod Makalu. Po drodze na przełęcz dwa przystanki na czarną herbatę, cahlo ciya. Na przełęczy mgła tak gęsta, że nie widzę, co dzieje się 10 metrów przede mną. Czterotysięcznik poczeka.

Wczesny obiad zjadam w prostym bhatti na przełęczy. Jedna izba, w której cała rodzina mieszka, pracuje i śpi. Jedzenie jednak znakomite – dobrze ugotowany ryż, a do tego gęsty, grzybowy sos z warzywami. Miła odmiana od rozgotowanej soczewicy. Smakuje mi na tyle, że zgadzam się na dokładkę – zgodnie z lokalnym zwyczajem, będą mi uzupełniać braki na to talerzy dopóki nie powiem “tikcha”, wystarczy. Próbuje też kilku nowych zwrotów po nepalsku – sprawdzają się dobrze, chociaż częściej wywołują zaskoczenie niż entuzjazm. Może to kwestia akcentu, a może posługując się nepalskim przekraczam jakąś granicę i nie wiadomo jak mnie sklasyfikować.

Ruszam do Junbesi mając cichą nadzieje na dotarcie do Ringo, 3h za Junbesi. Po przekroczeniu przełęczy zaczynam lekko odczuwać wysokość, robię się poirytowany i lekko zdekoncentrowany. Próbuję robić zdjęcia, ale aparat szaleje – nie uświadamiam sobie jeszcze, że wszystko z nim w porządku, przełączył się tylko na inny, semiautomatyczny tryb, którego nigdy wcześniej nie używałem. Droga w dół się dłuży, bolą mnie stopy, plecak uwiera. Irytacja maleje wraz z utratą wysokości, dochodzę też do wniosku, że trochę za bardzo się forsuje. Zwalniam więc i spacerowym tempem docieram do Junbesi.

Jest to bardzo ładne miasteczko, wśród zadrzewionych wzgórz – znowu sprawia wrażenie bieszczadzkie. Co prawda w Bieszczadach buduje się co popadnie, a tutaj mamy bardzo spójną, lokalną architekturę. Przy wejściu do miasta mała gompa, inną widziałem na przeciwległej ścianie doliny nieco wcześniej. Zgodnie z przewodnikiem, okolica jest ich pełna – i trudno się dziwić, pięknie tu i spokojnie. Sam chętnie zamknąłbym się w jednym z okolicznych klasztorów, pod warunkiem, że miałby szybkie łącza. Zatrzymuję się w schludnym lodge’u z ładnym sadem jabłoni – “Apple garden lodge”. Na jabłka jest nieco za wcześnie – trudno o jakiekolwiek produkty z tychże. A okolica ma z nich słynąć – placek jabłkowy, szarlotka, dżemy, cydr, jabłkowe brandy…

Wczesnym popołudniem zaczyna padać i pada aż do wieczora. Nocą przeciera się i widać masę gwiazd, co sugeruje dobrą pogodę kolejnego dnia. 

17.IX.2010 – Bhandar-Sete.

Powoli wdrażam trekkingową rutynę – pobudka o 0600, śniadanie pół godziny później, w drodze mam być najpóźniej o 0730. Dzisiaj wyjście się nieco opóźnia, bo pada koszmarny deszcz. Czekając na lepszą pogodę, zaprzyjaźniam się z sympatyczną Brytyjką, która mieszka w lodge’u naprzeciwko. Szybko decydujemy się iść dzisiaj razem.

Dobry to pomysł – rozmawiamy jak najęci, czas mija bardzo szybko i w ciągu 3h jesteśmy w Kinja. Tu czeka na nas żołnierz, który sprawdza paszporty (właściwie to sami wpisujemy odpowiednie dane do grubego zeszytu). W rubryce nationality wpisuje POLISH – żołnierz z kolegami mają wątpliwości, czy to nie jest POLICE. Tak, czy inaczej, decydują się puścić mnie wolno.

Obiad jemy w bardzo miłym New Everest Lodge. Właściciel jest niezwykle towarzyski, zna też kilka słów po Czesku, dzięki czemu porozumiewamy się we wschodnioeuropejskich języku. Absurdalność całej sytuacji niezwykle bawi moją towarzyszkę – jestem gdzieś w głębi Himalajów i rozmawiam z Szerpą po Czesku.

Kilka zdjęć na pożegnanie i ruszamy pod górę. Dzisiaj kolejne 1000 metrów do zrobienia – podejście jest potworne, ale trzymamy tempo – po 1.5h mamy za sobą połowę. Zatrzymujemy się na herbatę, gdzie mam okazję wypróbować swoją znajomość podstaw nepalskiego. Pytam tubylców o nazwę wioski, w której jesteśmy. Odpowiadają zgodnym chórem, wyraźnie i pozytywnie zaskoczeni.

Po kolejnej godzinie z kawałkiem docieramy do Sete. Moja towarzyszka chce iść dalej, ma plan dotarcia do Namche a jakimś rekordowym czasie. Ja z kolei zupełnie nie mam ochoty się ścigać, więc rozstajemy się raczej chłodnawo.

Loguję się do lodge’a i po godzinie codziennych prac typu pranie, golenie, filtrowanie wody, uświadamiam sobie jak bardzo jestem zmęczony. Do kolacji siadam mocno ścięty, w pewnej chwili nawet mam dreszcze, ale dwie miski zupy czosnkowej, chow mein z jajkiem i masa herbaty szybko stawiają mnie na nogi. Mści się lenistwo – przez ostatnią godzinę podejścia wiał bardzo zimny wiatr, a mnie nie chciało się zdejmować plecaka, żeby założyć Gore!

16.IX.2010 – Jiri-Shivalaya-Bhandar.

Wstaję dosyć późno, o 0730 – to pierwszy dzień i jeszcze nie do końca opracowałem się codzienną rutynę. Potem śniadanie – chapatti z miodem i litr herbaty. Płacę, zostawiając 10% napiwku, jako że miejsce bardzo przyjazne, jedzenie dobre i miły pokój. Potem rozmawiamy o mojej trasie, dostaje kilka wizytówek zaprzyjaźnionych lodge’y. Na sam koniec dostaję kata – buddyjski szal, jako błogosławieństwo na drogę. Bardzo mnie to ujęło – nie musieli tego robić i zazwyczaj takie rzeczy się nie zdarzają, więc najpewniej była to spontaniczna inicjatywa.

Ruszam w drogę mocno po ósmej. Jest nieco zawiła, ale docieram do Shivalaya w 3.5h, akurat na obiad. Raz się poważnie gubię, myślę, że idę w niewłaściwą stronę jakieś 30 minut. Dopiero dwóch porterów bez ładunku, spotkanych po drodze, uświadamia mi, że źle idę. Rozmawiamy, w końcu zostaje tylko jeden, który próbuje mnie gdzieś prowadzić na zbocze, w gęsty las… Długo się waham, w końcu ruszamy. Po 10 minutach na bardzo stromej i ledwo widocznej ścieżce jestem z powrotem na właściwej trasie. Mój nowy przewodnik chce pieniędzy za przysługę – 100 rupii. To zdecydowanie za dużo, staje na 50. Płacę bez większych oporów, gdyby nie on, straciłbym kilka godzin i nie dotarł do Bhandar przed zmrokiem.

Do Shivalaya wchodzę w pierwszych kroplach deszczu, kilka minut później pada już regularny, monsunowy deszcz. Shivalaya to kolejne ładne miasteczko – schludne, zadbane i położone w o wiele ładniejszej okolicy niż Jiri. Nie mam jednak za dużo czasu na zwiedzanie, kończę obiad i ruszam w górę. Do pokonania mam 1000 przewyższenia na przełęcz Deorali. Idę bardzo powoli, przy każdej okazji pytam też o drogę – to dobry zwyczaj, który będę teraz praktykował codziennie. Sprawdza się lepiej od map, przewodników i kompasu. W pewnej chwili zaczepia mnie lokalny guide i pyta dokąd idę. Mówię, że pod Makalu. Guide jest wielce zaskoczony “strong man” – woła – “so many days”… No cóż, za parę tygodni okaże się, czy faktycznie strong.

Na przełęcz docieram po 3 godzinach – wychodzi ok. 350 metrów przewyższenia na godzinę, co nie jest złym wynikiem, biorąc pod uwagę 20-kilku kilogramowy plecak. Robi się ciemno, podnosi się mgła, ale na miejscu jest kilka murowanych lodge’y. W jednym z nich wzmacniam się herbatą i ruszam w dół do Bhandar, gdzie docieram o 1730. Jestem już mocno zmęczony, pod koniec dwa razy przewracam się na śliskich kamieniach. Kończy się na lekko wygiętym kijku i zabłoconych spodniach.

Bhandar zdecydowanie nie jest centrum świata. Kilkanaście domów rozciągnięte na przestrzeni dwóch kilometrów. W centrum mała gompa dwa asymetryczne chorteny – jeden zwieńczony kopułą, drugi piramidą. Zatrzymuje się w Shobha Lodge. Warunki nieco spartańskie, ale po długim dniu nie mam siły wybrzydzać. Poza tym mają autentyczny gorący prysznic – z wodą ogrzewaną piecykiem gazowym.

Po drodze do Bhandar natykam się na niezwykły entourage. Starszy, siedemdziesięciokilkuletni Japończyk na kucyku (albo osiołku), porter, przewodnik i menedżer kucyka. Kucyk dokonuje rzeczy niemożliwych, wwożąc starszego pana po bardzo stromych, śliskich stopniach. Zatrzymują się w tym samym lodge’u. co ja – próbujemy trochę rozmawiać, ale ciężko to idzie, jako ze Japończyk bardzo słabo zna angielski. Okazuje się, że idą do Gokyo, a planach mają co najmniej dwie przełęcze powyżej 5000 mnpm! Ambitnie, trzymam kciuki za kucyka.

Zastanawia mnie też jedna rzecz – jestem na totalnym odludziu, mgła, mżawka, zimno, mrok, nie ma światła, klimaty zdecydowanie depresyjne. Mimo to czuję się tutaj dobrze – nie czuje zagrożenia, pustki, nostalgii. Ciekaw jestem, czy to himalajski genius loci, nastawienie ludzi, czy po prostu fizyczne zmęczenie mnie tak nastawiają. Później wielokrotnie będę miał tą samą obserwację – gdzieś w zadymionym bhatti, kilka dni od najbliższej drogi, bez kontaktu ze światem, zdany praktycznie wyłącznie na siebie, będę się czuł mocno zrelaksowany i generalnie zadowolony z życia. 

15.IX.2010 – Kathmandu-Jiri.

W wieczór przed wyjazdem do Jiri idę do stupy zapalić maślaną lampkę w intencji powodzenia wyprawy. Okazuje się to bardziej złożone niż myślałem… Na samym początku mam wątpliwości co do samego zastosowania takich lampek – obawiam się, że być może pali się wyłącznie w celu uczczenia pamięci zmarłych. Moje ubezpieczenie obejmuje co prawda transport zwłok, ale wolę ruszyć w góry ze zdecydowanie pozytywniejszym nastawieniem. Na szczęście ekspertów nie brakuje, w końcu mieszkam na terenie klasztoru. Zaczepiam jednego z młodych mnichów i pytam, czy intencji powodzenia wyprawy mogę taką lampkę zapalić. Jak najbardziej, mogę. Lampki są uniwersalne i mogą być palone praktycznie w każdym pozytywnym celu.

Ruszam więc w stronę stupy i po chwili natykam się na starszą Tybetankę, która sprzedaje lampki. Gestem pytam, czy mogę – “five rupees” słyszę. Płacę, biorę lampkę i chcę iść do stupy. Nic z tego! Lampkę pali się na miejscu, jeśli chcę zapalić w stupie, muszę iść do stupy i tam znaleźć odpowiednik pani od lampek. Odpalam lampę od jednej z już płonących, robię niezdarny pokłon, mruczę, że to w intencji udanego treku, dziękuje Tybetance i idę dalej. Mam już podstawową wiedzę, więc w stupie radzę sobie znacznie lepiej. Znajduję pomieszczenie z lampkami – a są tu lampki wszelkich rodzajów i wielkości, od malutkich, aż po potężne znicze – odpalam, ze skupieniem i precyzją określam intencję, na koniec wykonuję nieco zgrabniejszy pokłon. Przy wyjściu płacę kolejne 5 rupii i szukam na ostatni przed wyjazdem obchód stupy. Natychmiast czuję, że jestem w dobrych rękach, ani chybi intencja została uznana z godną i przyjęta. Oby.

W dniu wyjazdu budzę sie o 0400 i taksówką ruszam do przedsionka piekieł. Dworzec autobusowy Ratna Park w nocy wygląda równie źle, co w dzień – podejrzewam, że dla tego miejsca nie ma już ratunku. Po chwili krążenia znajduję swój autobus, plecak (szczelnie opakowany pokrowcem) wstawiam do środka, jako że dach jest szczelnie załadowany workami z ziarnem. Autobus jest pełny, ale na razie nie ma tłoku – ostatnie dwie godziny podróży radykalnie to zmienią, super express stanie się wówczas osobowym. Podróż przebiega bez większych niespodzianek, jest kilka krótkich toilet stops i jeden dłuższy przystanek na dal bhaat, ok. 1000, czy w porze nepalskiego śniadania. Nepalczycy tradycyjnie piją rano (ok. 0600) jedynie herbatę, a ok. 1000 jedzą sporą dawkę dal bhaat, co wystarcza im do ok. 1800, kiedy to jedą ostatni posiłek – zazwyczaj też dal bhaat.

Do Jiri docieramy spóźnieni jedynie godzinę. Miasto robi dobre wrażenie: miłe, zadbane, położone w dolinie z widokiem na zamglone, lesiste szczyty. Klimaty nieco bieszczadzkie, mimo że większość tych szczytów ma ponad 3000 mnpm, a samo Jiri leży gdzieś w okolicach 2000 mnpn. Na miejscu próbuje złapać autobus, albo jeep do Shivalaya, skąd miałem zacząć trek, ale okazuje się, że droga nie wróciła jeszcze do stanu używalności po monsunie. “Bus in 2 weeks, maybe” mówią tubylcy. Wygląda więc na to, że jutro długi dzień – muszę najpierw dojść do Shivalaya, a potem dalej, do Bhandar, gdzie zgodnie z planem mam zakończyć jutrzejszy dzień.

Jeszcze na punkcie kontroli paszportów kilka kilometrów przed Jiri, zaczepia mnie właściciel jednego z lokalnych lodge’ów – Jirel. Dobrze patrzy mu z oczy, ceny ma dosyć przystępne, a poza tym jego lodge został wymieniony w moim przewodniku. Dochodzę do wniosku, że nie ma co kombinować i zostaje na noc u niego. Na obiad dostaje rewelacyjną zupę czosnkową i porcję dal bhaat, która powaliłaby jaka. ceny 2x wyższe niz w moim tybetańskich bhatti w Kathmandu, ale w końcu jesteśmy już dosyć głęboko w górach. Za to pokój kosztuje grosze – 100 rupii za noc. Zgodnie z lokalnym podejściem, pokój traktowany jest jedynie jako dodatek do jedzenia. Nie jest trudno wytargować pokój za darmo, o ile zje się na miejscu dwa – trzy posiłki.

Jirel, który jest licencjonowanym przewodnikiem, najwyraźniej nie może doczekać się sezonu – chodzi w kółko znudzony i nie bardzo wie, co ze sobą zrobić. Trochę rozmawiamy, pokazuje mi kawałek miasta, ale wciąż wisi nad nim jakiś cień. Może powinienem zabrać go na piwo? Ostatecznie zostawiam go z jego cieniem i sam ruszam kawałek jutrzejszą trasą. Robię trochę zdjęć, prowadzę też uroczą konwersację z dwiema dziewczynkami w wieku mocno wczesnoszkolnym. Chcą ode mnie długopisu, cukierków, albo pieniędzy… Odmawiam, bo spełnianie takich życzeń prowadzi jedynie do eskalacji żebractwa. Ostatecznie proszą o zdjęcie, na którym wychodzą straszliwie spięte, mimo moich prób rozładowania atmosfery.

Po powrocie udaję mi się znaleźć lokalne cyber cafe. Jest to przedpotopowy komputer wciśnięty gdzieś w kąt sklepu ogólnoprzemysłowego. Natychmiast staje się lokalną atrakcją – młode dziewczęta tłoczą mi się za plecami, podglądając, co robię ba facebooku, przed sklepem gromadzi się kilku dorosłych mężczyzn, którzy obserwują mnie nieco bardziej dyskretnie. Staram się nawet nie myśleć o kwestiach bezpieczeństwa. W końcu konto na FB to nie jest zasób, który należy przesadnie chronić.  Owa nieskrępowana ciekawość jest bardzo w Nepalu charakterystyczna. Wielokrotnie zdarzało się, że kiedy wyciągałem telefon, żeby sprawdzić, czy mam zasięg, wokół mnie gromadziła się grupka porterów, dzieci, czy kto tam akurat był w okolicy i bez żadnych oporów obserwowała, co robię. Podobną atrakcją było golenie się – w górskich lodge’ach nie ma łazienek, a lustro zazwyczaj jest jedno, przymocowane na stałe gdzieś na zewnątrz. Jako że nie chciałem wyglądać jak zaniedbany Yeti, starałem się golić co 3-4 dni. Za każdym razem byłem bacznie obserwowany przez kilka osób, które przyglądały mi się z autentycznym zainteresowaniem. Co ciekawe, nie było przy tym żadnych komentarzy, śmiechów, złośliwości, czy wrogości.

Pod wieczór kąpiel – mój lodge ma mieć “24h hot water”, spodziewam się więc gorącego prysznica. Nic bardziej błędnego, prysznic jest lodowaty. Ale właściciel gotuje mi wiadro gorącej wody, w ten sposób faktycznie jest “24h hot water”.

Potem kolacja – jest kilka tygodni przed sezonem, więc w jadalni jestem na razie jedynym przyjezdnym, wokół grupka tubylców. Chwila rozmowy, po czym koncentrują się na TV. Leci właśnie nepalski odpowiednim “Magdy M”, czy innego “M jak miłość”. Cukierkowe sceny zabawnie wyglądają na tle lekko nadgryzionych miejskich krajobrazów Kathmandu, czy innego dużego miasta.

Po jedzeniu próbuje lokalnego wina – jakiejś odmiany rakshi. Smakuje fuzlem, poza tym nieco jak wytrawna Choya albo tokaj bez cukru. Pędzą to z ryżu i millet, z dodatkiem jakiegoś specjalnego zioła. Zastanawiam się, czy nie jest to przypadkiem ta słynna himalajska viagra, ale nie, to jakiś korzeń, o którym niewtajemniczeni nie wiedzą.

Na koniec dnia niespodziewane spotkanie – słyszę rozmowę po angielsku, po czym do lodge’owej jadalni wpada starsza pani Brytyjka. Zaczynamy rozmawiać, okazuje się, ze przed przeprowadzką do Nepalu mieszkała przy Russel Square, dwa kroki od UCL, na którym studiowałem przez ponad 3 lata. Zna też Rogera Raya, znajomego z forum Lonely Planet – doprawdy, świat jest mały. Brytyjka ma niestety skłonność do monologowania, na 1.5h rozmowy, mówię może 10 minut. Jest wolontariuszką i prowadzi organizację charytatywną, która rekrutuje i rozmieszcza innych wolontariuszy w Nepalu. Dużo ma pasji, energii i spontaniczności, nieco gorzej z planowaniem, analizą i organizacją.