Tag Archives: Jiri-Pangboche

27.X.2011 – Shivalaya-Kinja.

Śniadnie zamówiłem na 0630, mając w planie wstać o 0600, szybko się spakować i zaraz po jedzeniu ruszyć w góry. Ostatecznie wstaję o 0628 i jak świeżo zarażone zombie wtaczam się do jadalni, gdzie czeka już gorąca kawa i chapati z sadzonym jajkiem i serem. To nieco stawia mnie na nogi. Potem filtrowanie wody i pakowanie (które muszę powtarzać ze 3 razy, jeszcze nie wyrobiłem sobie właściwego rytmu i kolejności porannych działań. Ostatecznie o 0630 ruszam na przełęcz Deorali. Pierwsza godzina jest nędzna, system nie akceptuje plecaka, poza tym od ponad tygodnia nie biegałem (prawdę mówiąc nie robiłem w ogóle nic, poza pompkami i brzuszkami pod koniec dnia), a i wypita wczoraj rakshi nieco osłabia mój performance. Rozgrzewam się jednak po ok. 400 metrów przewyższenia i wpadam w niezły rytm. Na przełęczy jestem po 2h z kawałkiem, połowa czasu przewodnikowego, więc mogę być z siebie zadowolony. Dopiero 1000, a dzisiaj zaplanowałem dojście jedynie do Kinja, więc urządzam sobie dłuższą przerwę.

Potem w dół do Bhandar, gdzie robię sesję znajomym stupom. Zjadam też naleśnika z bananem, wypijam kolejne herbaty i ruszam do Kinja. Po drodze jestem świadkiem rozbierania świeżo ubitych bawołów i kóz. Mamy święto Tihar, festiwal światła i rodziny, więc jest poważna okazja do celebracji. Weseli Nepalczycy pastwią się nożami Khukuri nad okrwawionymi ciałami trzody, wycinając coraz to kolejne kawałki mięsa. Robię trochę zdjęć, za co mi wylewnie dziękują. Kobiety w tym czasie wyplatają wianki i łańcuchy z pomarańczowych kwiatów. Atmosfera świąteczna i zrelaksowana.

Po drodze dwukrotnie błądzę, mimo że znam trasę z poprzedniego roku. Ale uczynni lokalsi szybko sprowadzają mnie na właściwą drogę. Ok. 1400 jestem na miejscu, do zmroku jeszcze kilka godzin i rozważam nawet podejście do Sete. Ostatecznie zostaję na dole – Sete to zimne, wilgotne i mroczne miejsce, a Kinja ma masę uroku. Co więcej, jutro mam nocować na przełęczy Lamjura, (3.5k mnpm), niewielki kawałek za Sete, więc jeśli dzisiaj zajdę za daleko, to jutro skończę działalność po 2h. W Kinja zatrzymuję się w znanym z zeszłego roku New Everest Lodge, z niezwykle przyjaznym gospodarzem, z którym ostatnim razem rozmawiałem po czesku. Żona gospodarza mnie poznaje i już po chwili jesteśmy old friends reunited.

Jako że należy uzpełnic braki elektrolitów, po rozlokowaniu się w pokoju pytam o cenę piwa. 380 rupii! Czyste barbarzyństwo. Sherpa podaje mi stołek i zaczynamy targi. On wylicza mi koszty transportu, ja mówię o ekonomii skali i hurtowych zakupach. Staje na 220 rupiach, gospodarz filozoficznie stwierda “better something than nothing”. Trudno się nie zgodzic. Reszta dnia w Kinja mija nietypowo, bo zostaję wciągnięty w festiwalowe celebracje.

Wspomniane wcześniej zarzynanie i rozbieranie bydła to przygotowania do obchodów głównego dnia święta Tihar (Divali). Podczas trzydniowego święta oddaje się cześć bogini Lakshmi, patronce bogactwa i powodzenia. Niektórzy lokalsi, z którymi rozmawiałem, postrzegają całą sprawę jako święto rodziny, domu, jeszcze inni jako okazję do tańca i wypitki. Pierwszego dnia festiwalu kwiatami dekorowane są psy, drugiego krowy, natomiast trzeci jest dla ludzi. Od późnego popołudnia na ulicach trwają tańce i śpiewy, płoną masy świec i eksplodują fajerwerki. Taniec ma postać kręcącego się w kółko korowodu, który na jakiś czas (czasem na ponad godzinę) zatrzymuje się przed każdym z domów w wiosce, zbierając datki i wciągając w wir coraz to nowe osoby.

Tancerze zatrzymują się przed lodgem, akurat kiedy mocno wygłodzony sadowię się w oczekiwaniu na dal bhaat. Zostają tu prawie dwie godziny, powoli wciągając w korowód trekkerów, którzy się tu zatrzymali – parę sędziwych Szwajcarów i starszą Kanadyjkę, która wędruje z przewodnikiem. Sam do tańca nigdy nie byłem skoro, więc klaszcze jedynie w rytm muzyki. Próbuję też grać na bębnie, który ktoś porzucił pod ścianą, ale wygląda na to, że kariera perkusisty nie jest mi pisana. Tańczący trekerzy wyglądają na bardzo nieszczęśliwych i próbują się tym nieszczęściem podzielić ze mną. Jestem jednakowoż nieugięty – pozostaję przy klaskaniu i robieniu znużonej miny.

Kanadyjka jest jednak wyjątkowo natrętna i uparcie próbuje nakłonić mnie do tańców. Some poeple just don’t get the message… Bronię się dzielnie, ostatecznie zaczynam ją otwarcie ignorować. Tancerze w końcu znikają, robi się nieco ciszej i nasz gospodarz może z czystym sumieniem podać jedzenie. Kanadyjka najwyraźniej nie obawia się widelca w oku, bo pyta dlaczego nie przyłączyłem się do wesołych celebracji. Odpowiadam krótko “I am not very fond of people, I really prefer the mountains”. O dziwo, to wyjaśnienie ją satysfakcjonuje, przestaje ewangelizować i zaczynamy całkiem normalną rozmowę. Na nazwisko ma “Sadowski”, pamiątka po pierwszym mężu i jest artystką kabaretową (stand-up comedy). Pierwsze, złe, wrażenie zostaje szybko zatarte – długo rozmawiamy i wygląda na to, że w wielu kwestiach mamy podobne widzenie świata.

Rozmawiam też chwilę ze Szwajcarami – bardzo mi imponują, obydwoje po 60-tce (może nawet mocno po), dzielnie przejechali autobusem z KTM do Shivalaya, poruszają się bez guide’ów i porterów (za kilka dni jednakowoż zmiękną i będę co i raz spotykał ich ze zrekrutowanym po drodze porter-guidem). Pytają dokąd się wybieram, odpowiadam, że wspinać się na Ama Dablam, co wywołuje totalne rozmarzenie i głęboki podziw. Nie spodziewałem się takiej reakcji – przez chwilę czuję się jak romantyczny bohater ruszający na podbój krańców znanego świata. Pan Szwajcar był w Nepalu pod koniec lat 70-tych, wspiął się wtedy na Island Peak (dzisiaj prosty pik trekkingowy), przeszedł też przez przełęcz Tesi Lapcha z Khumbu do Rolwaling.

Można tu spotkać sporo osób w okolicach 60-tki, którzy wracają do Nepalu po 30-40 latach. Jutro natknę się na Amerykanina, który ma podobną historię.

26.X.2011 – Kathmandu-Shivalaya

Kolejny dzień rozpoczęty o 0400. Wrzucam do plecaka ostatnie rzeczy i po krótkim spacerze przez lekko już rozbudzona stupę, zaczynam rozglądać się za taksówką. Trafiam na wyjątkowego wrednego gościa – zapytany o cenę mówi “two hundred rupees”. Cena uczciwa, więc wsiadam bez targowania się. Po 15 minutach jesteśmy na miejscu – płacę banknotem 500 rupiowym i dostaję stówkę reszty. Coś tu nie gra. Mówię “dai, you said 200 rupees”, na co sprytny taksówkarz odpowiada “during night price two times”. Iskra świętego gniewu zaczyna się nieśmiało jarzyć, po czym gaśnie – o tak barbarzyńskiej porze nie potrafię się nawet porządnie zirytować. Ostatecznie robię krótki wykład o koszmarnie złej karmie, jaką właśnie wygenerował sobie mój taksówkarz i daję spokój.

Krążę po Ratna Park i bezskutecznie szukam swojego autobusu. Jest kilka do Jiri, ale żadnego bezpośrednio do Shivalaya. W pewnej chwili zaczepia mnie lokals z latarką i oferuje pomoc. Przez kilka minut krążymy po dworcu, by ostatecznie znaleźć SuperExpress to Shivalaya. Mam miejsce obok kobiety Rai (wnioskuję tak po spory kolczyku nad górną warną) z małym dzieckiem. Mój najgorszy koszmar zaczyna się powoli sprawdzać – 10h w nepalskim autobusie obok rozpuszczonego bachora. Zaczynam poważnie rozważać rejteradę i wynajęcie jeepa.

Moj nowo poznany przewodnik pomaga mi schować plecak do zamykanego schowka, a następnie oświadcza “special charge for luggage – 100 rupees”. To zdecydowanie nie jest mój szczęśliwy dzień, przyciągam dzisiaj naciągaczy jak magnes. Tym razem jednak nie mam wiekszych problemów z osiągnięciem właściwego poziomu irytacji. “No charge for luggage, go ask in the ticket office” mówię patrząc na niego jak na kawałek gnijącego mięsa. Skutkuje. Gość wyjmuje telefon, mówi “I go check with driver” i znika na zawsze.

Ruszamy nieco po czasie. Początkowo idzie dobrze, staram się na zmianę godzinę spać, godzinę czytać i godzinę słuchać muzyki. Pierwsze 3-4h mijają naprawdę szybko. Potem cały autobus, jak na komendę zaczyna wymiotować. Nie mam pojęcia co się dzieje – może jakaś wysoka przełęcz, może bardziej kręta droga, ja czuję się dobrze. Dystrybuowane są czarne plastikowe torebki, które na napełnieniu wyrzucane są przez okna. Dziecko mojej współpasażerki najwyraźniej ma słabszy żołądek, bo wkrótce wszystko wokół, włącznie z kawałkiem mojej nogawki, jest zarzygane. Tym razem gniewny Miro nie ma już najmniejszych problemów z osiągnięciem masy krytycznej. Chłodno zastanawiam się, kogo najpierw wyrzucić przez okno – matkę, czy bachora? Potężnym wysiłkiem woli uspokajam się. Potem idę krok dalej i kobiecie w prezencie paczkę chusteczek. Doprawdy, dawno nie czułem się tak dobrze. Om mane padme hum. Beatification imminent.

Po 5h jesteśmy w Charikot – na mapie Jiri to naprawdę malutki kawałek stąd, 20-30 km. Ale zaczynają się serpentyny, podjazdy, zjazdy w przełęcze i ostatecznie na miejscu jesteśmy przed 14. 8h za mną. Na checkpoincie przed Jiri czeka mój znajomy z zeszłego roku, właściciel lodge’a w Jiri. Zagaduję go, wspominam, ze spałem u niego rok temu, ale nie jest przekonany. Przypominam sobie imię – “your name is Jirel, right?” Najwyraźniej right, bo gość jest mocno zmieszany, a inny naganiacz jest całą sprawą mocno rozbawiony. Chyba w dobrym tonie jest pamiętać swoich klientów, bo praktycznie w na całej drodze do Lukli jestem rozpoznawany w lodge’ach, w których spałem rok temu.

Do Shivalaya zostało 10-12 km, ale dorga jest tak kiepskiej jakości, że pokonujemy ten ocinek w 1.5h. Na miejscu jestem o 1600, do zmroku 2h, dość czasu, żeby podejść na Deorali. Zaczyna padać lekki deszcz, chronię się więc pod dachem na chwilę. Deszcz po chwili zamienia się w monsunową ulewę, więc porzucam myśl o podboju Himalajów i loguję się do jednego z lodge’y – New Sherpa Guide Lodge. Po chwili schodzę do jadalni na kubek ciepłej rakshi. To najlepszy pomysł, jaki dzisiaj miałem. Po chwili zapominam o autobusowych koszmarach, po czym pełen nowej energii ruszam prać i prysznicować się. Nieco po 1800 pierwsza w tym roku zupa czosnkowa i dal bhaat. Na deser kolejny kubek rakshi i bardzo zadowolony z życia ruszam do pokoju poczytać przed snem. Po 10s już śpię, budzę się tylko w środku nocy rozebrać się i wpełznąć do śpiwora.