Tag Archives: Myanmar

new mandala.

Znalazłem ciekawą publikację (webową) poświęconą sytuacji geopolitycznej w Indochinach. Nazywa się New Mandala. Warto czasem zajrzeć, bo w przeciwieństwie do The Diplomat, jest za darmo. Dużo artykułów na temat Tajlandii, Malezji, Indonezji i Birmy, troche mniej o Laosie i Kambodży. Do tego recenzje książek, podcasty, wywiady.

Continue reading

Junta kontra islamofobia w Tajlandii.

Interesujący news z Tajlandii. Jeden z mnichów znanych ze swoich antyislamskich wypowiedzi, został suspendowany (nie jestem przekonany, czy to własciwe tłumaczenie słowa defrocked) po tym jak, mimo ostrzeżeń ze strony junty, nie przestał publikować agresywnych wypowiedzi nawołujących do przemocy w stosunku do muzułmanów.

http://www.khaosodenglish.com/news/2017/09/21/defrocked-anti-muslim-buddhist-monk-national-security-threat-prawit/

Continue reading

08.XII.2012 – Mawlamyine-Bago.

Żal mi trochę opuszczać Mawlamyine, ale czas, jaki zaplanowałem na ten wyjazd powoli się kończy, a chciałbym jeszcze mieć dla siebie dobę w Yangonie i odwiedzić Bago, które słynie z ekstrawagancko wielkich posągów Buddy. Nota bene, dopiero kilka miesięcy później wpadnę na pomysł, że przecież – przy moim aktualnym, freelancerskim, trybie życia – mogę swoje eskapady planować bez górnego limitu czasu, jaki na nie przeznaczę. Niechybnie pokutuje u mnie jeszcze podświadomie postkorporacyjne zeszczurzenie mentalne. Przecież dwa bilety w jedną stronę są niewiele droższe (a czasem nawet tańsze) od biletu powrotnego, a komfort psychiczny i spokój ducha znacznie większy. Mocniejsze skupienie na tu i teraz, mniejsze na gdzieś, jutro. Z tym założeniem zamierzam podejść do swojej kolejnej azjatyckiej wędrówki.

Continue reading

07.XII.2012 – Mawlamyine.

Po dwóch intensywnych dniach w Hpa-An, ruszam głębiej na południe, do Mawlamyine, o którym to mieście pisał ponad 120 lat temu Rudyard Kipling, w wierszu “Mandalay“:

By the old Moulmein Pagoda, lookin’ eastward to the sea,
There’s a Burma girl a-settin’, and I know she thinks o’ me;
For the wind is in the palm-trees, and the temple-bells they say:
“Come you back, you British soldier; come you back to Mandalay!”
Come you back to Mandalay,
Where the old Flotilla lay:
Can’t you ‘ear their paddles chunkin’ from Rangoon to Mandalay?
On the road to Mandalay,
Where the flyin’-fishes play,
An’ the dawn comes up like thunder outer China ‘crost the Bay!

Continue reading

05-06.XII.2012 – Hpa An.

Po wizycie na Złotej Skale i otarciu się o odpustowy biznes tamże, jadę do Hpa An bez większych oczekiwań. Wyjazd powoli dobiega końca i ta wizyta na południu była – w założeniu mniej atrakcyjną – alternatywą dla Mrauk Oo. Hpa An i okolice zaskoczyły mnie jednak bardzo pozytywnie.

Continue reading

03-04.XII.2012 – Hsi Paw-Yangon-Kinpun.

Autobus do Yangonu przyjezdza i odjezdza o czasie, co jest pewna niespodzianka, biorac pod uwage, ze autobus z Nyaungshwe spoznil sie prawie godzine. Obok mnie birmanka z dzieckiem, ktore przez duza czesc drogi bedzie rzygac. Szczesliwie nie w moim kierunku. W busie ok. 12 stopni z tendencja spadkowa, na zewnatrz 35. Przesladuja mnie wizje powolnego konania na zapalenie pluc z powiklaniami. Przed odjazdem wybralem sie do lokalnego lapiducha po pigulke na sen. Dostalem cos zoltego, na pytanie co to i czy mocne, odpowiedzal: slabe, 5 mg. Ide na calosc i polykam od razu cala. Dziala specyficznie, nawet nie jestem senny, co mocno zobojetnialy, mam tez lekkie problemy z rownowaga. Generalnie przeklada sie to na fakt, ze najlepiej czuje ske w pozycji pollezacej. Przesypiam dzieki temu polowe z 16h podrozy.

Continue reading

30.XI-02.XII.2012 – Hsi Paw.

16h w autobusie to nie przelewki, poza tym to moja druga zarwana noc, wiec do Hsi Paw docieram w stanie lekkiej zombifikacji. Chwilke krążę szukając swojego GH – zamiast wyciagnac mape, pytam lokalnych policjantow, ktorzy kieruja mnie w złą stronę. Ostatecznie docieram do Golden Doll, znanego tez jako Mr. Kid. Wlascicielka na moj widok mowi – you very tired, you must sleep. Trudno sie nie zgodzic.

Continue reading

27-29.XI.2012 – Inle.

Swiezo po dotarciu do Nyaungshwe decyduje sie zostac tam trzy noce. Nie mam konkretnych planow, ale podoba mi sie atmosfera w klasztorym dormitorium, poza tym mam ochote nieco zwolnic tempo podrozy. Sprawy jednak zaczynaja toczyc sie swoim torem, pare godzin po rozlokowaniu sie w klasztorze, zaczepia mnie Czech Michal. W porcie poznal pare Polakow i zdecydowali sie wynajac lodz nastepnego dnia na wycieczke wokol jeziora. Maja jeszcze wolne miejsca, wiec moge dolaczyc.

Continue reading

23-26.XI.2012 – Kalaw-Inle.

Trek zaczynamy o 0830, przed siedziba Miss Sajgon, w zadrzewionej, bocznej uliczce. Jest nas dwie grupy po osiem osob, szczesliwie trafiam do tej z nizsza srednia wieku, chyba wszyscy sa przed 30-tka. Ja rowniez, wizualnie w kazdym razie. Poza mna dwoch Anglikow – Jonah i Sebastian, para Francuzow, niesmialy Czech Michal, Maltanczyk Nicolas i duza blond Belgijka, nauczycielka z Antwerpii. Szczesliwie ani jednego hamburgera.

Continue reading

23.XI.2012 – Bagan-Kalaw.

Juz w Mandalay czulem sie nieco zmeczony miastami i czekalem na dzien, kiedy znajde sie w jakiejs dziczy. Bagan do dziczy trudno zaliczyc, wiec po dwoch dniach wsrod stup wsiadlem do autobusu do Kalaw, miasta w rejonie jeziora Inle, skad zwykle zaczyna sie kilkudniowe treki konczace sie nad jeziorem.

Continue reading

21-22.XI.2012 – Bagan.

Wszystko zaczelo sie gdzies w XI wieku, kiedy Manuha, jeden z krolow Mon, postanowil nawrocic na buddyzm theravada Anawrathe, wladce Bagan. Jego sila perswazji byla tak wielka, ze Anawratha dal sie nawrocic, a nastepnie zrabowal szereg buddyjskich relikwiow, ktore przechowywal Manuha, a jego samego porwal. Na korzysc Anawrathy przemawia fakt, ze najpierw o wspomniane relikwia uprzejmie poprosil.
Continue reading

20.XI.2012 – Mandalay, Bagan.

Jako ze moj hotel zyczy sobie nieco nierynkowej stawki za poranna taksowke na prom, umawiam sie z zujacym betel kierowca skutera. Mam pewne obawy, w koncu pojmowanie czasu w tych rejonach jest nieco inne niz na zachodzie, poza tym, czy bedzie mu sie chcialo wstawac przed switem, zeby o 0600 zabrac mnie z hotelu? Obawy nieuzasadnione, za piec szosta nieco zaspany kierowca juz na mnie czeka. Laduje moj plecak miedzy nogi, ja sadowie sie za nim i ruszamy. Skuter najlepsze lata ma juz dawno za soba, kilka razy gasnie po drodze, mimo to w ciagu 10 minut docieramy do przystani “szybkiej lodzi” Malikha. Tak jak wizja calodziennej podrozy rzeka jest niezywkle pociagajaca, tak towarzystwo z jakim dziele jednostke juz znacznie mniej. Jestem najmlodszym pasazerem tej lodzi, wokol regularne emeryten party, zasilane przez kolejne autokary podjezdzajace pod przystan. Nieoczekiwanie znalazlem sie w piekle zorganizowanej turystyki, ktora szczerze gardze. No nic, to tylko kilka godzin.

Continue reading

18-19.XI.2012 – Mandalay.

Mandalay to jedno z tych miast, ktorych nazwa niesie ze soba pewna obietnice. Obietnice orientalnego uroku, egzotycznej tajemnicy, palacow z bialego marmuru zagubionych w soczyscie zielonej dzungli, dalekowschodniej dekadencji, nieznanych smakow i kuszacych zapachow. Niestety, na obietnicach sie konczy. Mandalay to miasto brzydkie, smierdzace spalinami, plaskie jak stol, pociete rownomierna siatka ulic w przewidywalne kwadraty. Zabudowane typowa dla nowoczesnych miast w tej czesci swiata niska, betonowa zabudowa, pozbawiona jakiejkolwiek subtelnosci.

Continue reading

17.XI.2012 – Yangon, Mandalay.

Zostalo mi pol dnia w Yangonie. Wiekszosc godnych uwagi miejsc juz widzialem. Yangon to nie jest raj turystycznej roznorodnosci, w jeden dzien mozna zobaczyc glowne atrakcje wymieniane w wiekszosci przewodnikow, ale nie na tym polega urok tego miasta. Wybieram sie wiec na jeden z bazarow. W przeciwienstwie do blisko- i srodkowowschodnich bazarow, ten przypomina KDT i jest calkowicie pozbawiony wszelkiego uroku. Za to wyspecjalizowany jest w ubraniach i szybko znajduje lokalna wersje spodni – longyi.

Continue reading

16.XI.2012 – Yangon, Twante.

Jetlag i ogolna konfuzja zwiazana ze zmiana czasu wydaja sie lagodniejsze niz wczoraj – spie az do 0530. Pozniej, mimo najszczerszych checi, nie udaje mi sie zasnac, wiec poddaje sie i ide na wczesne sniadanie. Yangon o tej porze jest miastem niemal idealnym, panuje przyjemny chlod, ulice sa opustoszale, wieksosc sklepow zamknieta. Na rogu nieopodal znajduje typowo birmanska knajpe, siedzi sie przy niskich stolikach, na malych, przedszkolnych krzeselkach. Znam juz nazwy co najmniej dwoch lokalnych potraw – pierwszej brak, ale jest kolejna, mohinga, czyli gesta zupa rybna z makaronem. Do tego dostaje trzy samosy smarzone w glebokim tluszczu i koszmarnie slodka kawe 3w1 – tak wygladaja lekkie sniadania w tym kraju.

Continue reading

15.XI.2012 – Yangon.

Lotnisko w Yangonie robi zaskakująco dobre wrażenie. Czyste, w miarę nowoczesne, odprawa trwa chwilę. Na miejscu od niedawna jest też kantor – co ma spore znaczenie, biorąc pod uwagę, że Myanmar na razie nie jest podłączony do globalnych sieci finansowych i bankomaty obsługują jedynie lokalne karty. Kurs całkiem atrakcyjny – 844 kyat za dolara, cinkciarze pod stupą Sule placa 870. Przy wymianie muszę pokazać paszport i moje dane wraz z wymieniana kwotą wprowadzane są do Systemu. Długo zastanawiam się nad sensownością tej procedury i jedyne co mi przychodzi do głowy, że to spadek po reżimie, który z natury swojej pokrętnej chce kontrolować i wiedzieć wszystko.

Continue reading

13-15.XI.2012 – WAW-AMS-CAN-BKK-RGN.

Po kwietniowym wyjezdzie do Iranu mailem powazne watpliwosci co do kolejnej wyprawy w tym roku. W koncu od wrzesnia 2010 spedzilem w podrozy prawie 7 miesiecy, plus okolo pol roku na projekcie w Wilnie, co wiazalo sie z cotygodniowym lataniem tam i z powrotem. Obawialem sie, czy troche nie przesadzam z iloscia wojazy i tempem zycia w ogole. Podroze to jedna z najlepszych rzeczy w zyciu, ale i tutaj mozna osiagnac pewne nasycenie. Do tych rozterek doszlo zamieszanie zwiazane z ostatecznym opuszczeniem korporacyjnego bagna i, jak na razie bardzo udanym, przejsciem na freelancerstwo.

Continue reading