I tak w ciągu nieco ponad miesiąca udało mi się pozałatwiać kluczowe sprawy – dzisiaj rano odebrałem motocykl, a popołudniem paszport i lokalne pozwolenie na pobyt i pracę.
Stresujące były ostatnie dwa dni, bo zakup motoru udał się nieco nieoczekiwanie, było trochę czekania, przelew SEPA nieco w ciemno, ale udało się. Bardzo się cieszę, że mam własny środek transportu (to są znaczące oszczędności co miesiąc, a do tego pełna swoboda i możliwość realizacji planów “eksplorowania” Złotego Trójkąta) i wprost szaleńczo cieszę się, że mam własny motocykl. Mój nowy motong to bardzo przyjazna w prowadzeniu Honda XR 250. Nieco wiekowa, nosząca nieco śladów upływającego czasu, ale super urocza. Mam już całą listę drobnych rzeczy, które będę w niej modyfikował. Kto wie, może nawet sam nauczę się podstaw motocyklowej mechaniki. Poniżej kilka zdjęć.
W sumie cieszę się, że mieszkam w Laosie, a nie gdzieś na zachodzie, bo tutaj zdobyć jakąkolwiek część do motocykla jest… ciężko. Super ciężko. Głównie są to części z odzysku, z motocykli, które zakończyły swój żywot. W falanglandzie można kupić wszystko – w alu, karbonie, połysku albo macie i jeszcze wersję wegańską za dopłatą 50%. Nie mam nic naprzeciwko weganizmowi, sam też jestem głównie roślinny, ale konsumeryczna paranoja ostatniej dekady doprowadziła do absurdalnej eksplozji jeśli chodzi o liczbę rzeczy do kupienia, ich rodzajów, podtypów, filozofii, jakimi są podszyte i tak dalej.
No, ale być może mechanizm samoregulacji systemu Gaia się właśnie uaktywnia (oby! jak by co, mogę być pierwszy w kolejce!) i będzie okazja nieco przyhamować to szaleństwo. Albo nawet bardzo przyhamować. Na scenariusz madmax 2020 jestem więc już częściowo wyposażony.
A tu motong na żywo i nie w studio, o czym może świadczyć pranie suszące się w tle:





Pingback: XR i pierwszy miesiąc w Laosie. | Yak Kharka