Category Archives: 2011

Wyprawy i wyjazdy w roku 2011

17.III.2011 – W drodze do DAM.

Dzień od początku zapowiadał się intensywnie. Pobudka o 0600 i poranek w Wilnie, wczesnym popołudniem lot do Warszawy, a wieczorem kolejny do Damaszku. Od rana wiał silny wiatr, więc z pewnym niepokojem śledziłem flightstats, ale do południa nie było powodów do niepokoju – lotnisko w Wilnie działało z niewielkimi tylko opóźnieniami. Lot do WAW okazał się być całkowicie bezproblemowy, na miejscu wylądowałem sporo przed czasem. Teraz miałem przed sobą jakieś sześć godzin do kolejnego wylotu. Początkowo ambitnie planowałem zrobić jeszcze trening, ale ostatecznie poddałem się – do zrobienia były jeszcze ostatnie zakupy, czekał mnie też ciężki proces decyzyjny – jaki sprzęt turystyczny ze sobą wziąć. Liczyłem też na jakaś godzinę snu, jako że w Damaszku miałem lądować o 0400 lokalnego czasu. Ze siesty ostatecznie nic nie wyszło.

Continue reading

18.III.2011 – Damaszek

Wstaję po 5h, nieco zregenerowany, ale wciąż na lekkim długu, jeśli chodzi o sen. Szybki prysznic i ruszam w miasto – pierwszy przystanek to kawiarnia dwa kroki od hotelu. Dostaję rewelacyjną, beduińską kawę z kardamonem, która nieco stawia mnie na nogi. Kawiarnia / herbaciarnia to typowo arabski przybytek, pełen wąsatych facetów w jalabiyach, chustach na głowach, palących masę papierosów albo nargile. W telewizji stacja Al-Arabiya. Nie czuję się specjalnie wyobcowany, mimo że jestem jedynym białym – klimaty jak Nepalu, trochę zaciekawionych spojrzeń, ale zero wrogości. Po chwili życie zaczyna toczyć się utartymi torami, a moja obecność zostaje całkowicie zasymilowana.

Continue reading

19.III.2011 – Damaszek-Palmyra

Po 12h snu czuję się cokolwiek rześko, staram się więc możliwe szybko wyrwać z hotelu. W planach mam podróż do Palmyry i wstępne zwiedzanie tejże, a wcześniej wizytę w muzeum narodowym w Damaszku. Ale first things first, na początek spędzam trochę czasu w odkrytej wczoraj kawiarni. Tym razem próbuję herbaty – podobnie jak wszędzie tutaj, podają mocną, cejlońską mieszankę z dużą ilością cukru podanego w małym kieliszku, przypominającym kieliszek do jajka na twardo. Towarzystwo, tak jak wczoraj, stricte męskie. W pewnym momencie do środka wchodzi starsza kobieta, która chyba próbuje coś sprzedać i natychmiast zostaje przepędzona. Zaczyna się awantura – wąsaci mężczyźni się drą i machają rękoma, kobieta bliska płaczu, ale nie daje za wygraną, a wręcz zaczyna pomstować. Niechybnie rzuca klątwy na cały ród męski. Jest mi jej szkoda i chcę pomóc, ale tak niewiele rozumiem z kontekstu, że wolę nie ryzykować.

Continue reading

20.III.2011 – Palmyra-Krak des Chevaliers

Po wieczornej degustacji araku z pewnym ociąganiem wygrzebuję się ze śpiwora. Śniadanie typowe dla tego regionu: talerz oliwek z pestkami, miska kwaśnego jogurtu, dżem z moreli, topiony ser i torba świeżej pity. Bardzo regenerujące. Zaraz po śniadaniu pakuję plecak i ruszam w ruiny. Już tu dzisiaj nie wrócę, prosto z ruin ruszam do Krak des Chevaliers.

Continue reading

21.III.2011 – Krak Des Chevaliers-Tartus

Zrywam się możliwie wcześnie, żeby przez choćby pół godziny mieć zamek wyłącznie dla siebie. Ten przebiegły plan spala jednak na panewce, bowiem o 0900 pod wejściem kotłują się już niemieccy turyści. Odpuszczam więc poranną wizytę i robię kilka zdjęć Kraku z bardziej odległych perspektyw. Potem żegnam się z właścicielem Okrągłego Stołu i ruszam w stronę autostrady Homs-Tartus. Planuję spacer, bo pogoda zdecydowanie sprzyja, ale po mniej więcej 150 metrach słyszę znajome “Sir!! Need taxi?!”. “How much?”, pytam zrezygnowany. Z początku too much, ale po chwili już całkiem akurat. Wiezie mnie starszy, małomówny Arab, który emanuje niesamowitym spokojem, trochę jak starzy Nepalczycy, których miałem okazje spotkać wysoko w górach.

Continue reading

22.III.2011 – Tartus-Aleppo

O szarym świcie budzi mnie muezzin. Trafiłem na wyjątkowo uzdolnionego – jego długie, spokojne zaśpiewy, w połączeniu z półmrokiem, jaki spowija miasto, wywołują mocne poczucie nostalgii. Słucham go jeszcze przez chwilę, obserwując katedrę i wymarłe ulice. Potem wracam do łóżka na kilka godzin. Wezwanie do modlitwy to także całkiem skuteczna kołysanka.

Continue reading

23.III.2011 – Aleppo

Grube ściany Barona skutecznie tłumią odgłosy aleppańskiej ulicy, szczęśliwie nie nawiedza mnie też duch Lawrence’a z Arabii – śpię więc jak mumia przez ponad 10h. Śniadanie w hotelu jednoznacznie wskazuje, że to miejsce wymaga pewnych zmian. Rozmarzam się wspominając dekadenckie uczty, przygotowane przez Beduinów z Palmyry, czy wąsatego właściciela hotelu obok Krak de Chevaliers.

Continue reading

24.III.2011 – Aleppo-Damaszek, DAM-WAW.

Ostatni dzień w Aleppo traktuję ulgowo. Primo, jak już wspomniałem wczoraj, mam nieco dosyć zwiedzania, gdzieś bym pobiegł, wspiął się na coś, komuś dał w mordę, w ostateczności pojeździł na rowerze. Secundo, lot do Warszawy mam o porze całkowicie barbarzyńskiej, czwartej nad ranem. Do tego muszę jeszcze przejechać pociągiem przez pół Syrii, żeby dotrzeć do Damaszku. Wstaję więc późno, z ostentacyjnym lekceważeniem mijam stołówkę w Baronie i udaję się zjeść lokalny specjał kurczakowy. Potem włóczę się nieco po okolicy i chwilę przed 1200 wymeldowuję się hotelu.

Continue reading

20-21.X.2011 – Z Warszawy do Kathmandu.

Pomysł, by wejść na Ama Dablam pojawił się podczas zeszłorocznego trekkingu w Himalajach. Najpewniej pojawił się gdzieś po drodze do Gokyo, godzinę, może dwie, za Namche, kiedy pierwszy raz miałem okazję stanąć twarzą w twarz z tym szczytem. Początkowo był zachwyt i dużo zdjęć, bo szczyt jest wybitny i z cala pewnością jeden z piękniejszych na świecie, a potem nadzieja, że rzecz sprawa jest w zasięgu moich skromnych możliwości wspinaczkowych i finansowych.

Po powrocie do Kathmandu okazalo sie, ze rzecz jest do zrobienia, wypraw komercyjnych jest sporo, wiec wystarczy wybrac jedna, ponegocjowac cene i mozna ruszac. Tak tez sie stalo, dwa tygodnie po powrocie do polski, bylem juz zapisany na wyprawe z Timem Mosdale’m, Brytyjczykiem, ktory regularnie organizuje wejscia na AD. Poniewaz nie bylem zainteresowany wspolnym trekiem, zwiedzaniem Kathmandu i innymi dodatkami, udalo mi sie wynegocjowac ok. 30% znizki. Umowa byla taka, ze spotykamy sie w Pangboche na dzien przed wyjsciem do Ama Dablam Base Camp. Tim zgodzil sie tez, zebym zostawil mu z Kathmandu depozyt, ktory poleci z nim do Lukli, a nastepnie na grzbiecie jaka pojedzie do base campu. Dzieki temu przed wspinaczka moglem sobie pozwolic na krotki trek ze stosunkowo lekkim plecakiem. Trase, ktora planowalem przejsc (Jiri – Lukla) znalem juz z poprzedniego roku, ale tym razem planowalem przejsc ja nieco inaczej, zahaczajac o czterotysiecznik Pikey Peak, sciezke z TokTok do Thame przez Khongde i, byc moze, swiete jezioro Hindusow – Dudh Kunda.

Okres od decyzji o wyjezdzie do samego wyjazdu byl dosyc intensywny. Od poczatku stycznia do polowy czerwca projekt w Wilnie, ktory wymagal latania na Litwe w kazdy poniedzialek i powrotu do Warszawy w kazdy piatek, w marcu krotki wyjazd do Syrii w przeddzien lokalnego wydania Arabskiej Wiosny, potem dwa tygodnie szkolenia w Alpach na poczatku maja, dalej ciezki, 3-miesieczny mezocykl przygotowujacy do startu w pierwszym triathlonie 1/2 Ironman (nieudanego zreszta) plus kilka krotkich wycieczek w Tatry, Bieszczady i na zawody biegowe

Rownolegle kompletowalem sprzet. Swoje dotychczasowe przygody ze wspinaniem zimowym uskutecznialem na pozyczonym, wiec lista zakupow byla dluga. Skorupy, raki, czekany, masa drobnego szpeju w rodzaju jumarow, srub lodowych, przyrzadow autoratowniczych, dodatkowych karabinkow i tak dalej. W ferworze zakupow nie nalezalo zapomniec o nowej czolowce, nowej uprzezy, nowym kasku i calej masie rozmaitych upgrade’ow. Zreszta czesciowo zasluzonych, bo na przyklad stara uprzaz miala niedlugo obchodzic pietnaste urodziny. Do tego doszla puchowa kurtka od Malachowskiego (dzielo sztuki krawieckiej, ktorego nie zdejmowalem z siebie przez dwa wieczory po zakupie), łapawice tegoż, najgrubsze mozliwe skarpety Smartwoola i tak dalej.
Zawsze czulem sie nieco niedosprzetowiony wspinaczkowo – po tych kilku miesiacach to uczucie zdecydowanie sie zmniejszylo.

Kiedy pojawilem sie na lotnisku przed wylotem, mialem lekkie obawy – cala masa przygotowan, miesiace oczekiwania, szkoda, zeby wszystko to zostalo zaprzepaszczone przez jakas glupote. Moja podstawowa obawa byl brak wizy tranzytowej do Indii, o ktorej przypomnialem sobie zbyt pozno, zeby zalatwic ja przed wylotem. W wiekszosci przypadkow przelot z Europy do Nepalu przez Delhi takiej wizy nie wymaga, przedstawiciele linii Jet przeprowadzaja pasazerow przez strefe tranzytowa, troszcza sie o bagaz i karty pokladowe. Czytalem jednak o przypadkach, kiedy to z jakiegos powodu nie zadzialalo (mozliwe tez, ze te przypadki byly wyssane z palca).

Przy check-in’ie moje najgorsze obawy sie potwierdzaja. Pani pyta o wize do Indii, ja mowie, ze nie trzeba, na co wezwana zostaje specjalistka od wiz i zaczyna sie dyskusja. Na szczescie krotka, bo panie nie zrozumialy, ze lece do Nepalu. Kiedy to zostaje wyjasnione, nic nie stoi na przeszkodzie, zebym ruszyl w droge. Moj bagaz zostaje nadany od razu do Kathmandu, co zmniejsza prawdopodobienstwo jego zgubienia w DEL. Nikt nie ma tez nic przeciwko mojemu bagazowi podrecznemu – wypakowanemu po brzegi 55l plecakowi.

Szybko przechodze przez security i mam czas na chwile relaksu w business lounge – czeste loty na zagraniczne projekty zrobily ze mnie Frequent Flyera, wiec na lotniskach jestem traktowany nieco lepiej. Chwila mija i niedlugo potem szczesliwie laduje w MUC, gdzie bede przesiadal sie na samolot do DEL. Przy transfer desku kolejne spiecie, pani bardzo podejrzliwie patrzy na moj plecak (wiedzialem, wiedzialem!). Sposobem rycerzy Jedi przekonuje ja, ze ten plecak jest tak naprawde bardzo maly, a zly dobor kolorow powoduje, ze wydaje sie znacznie (Znacznie) wiekszy.

Na bramce pojawiam sie wiec pelen obaw. Niby plecakowi nie zaszkodzi jazda w luku, ale musialbym wyciagac z niego cala mase rzeczy, ktore wymagaja specjalnego traktowania. Jako frequent flyer loguje sie przez bramke dla BC/FC. Jakiez jest moje zdumienie, kiedy urocza stewardessa zabiera mi moja karte pokladowa, podaje jakis swistek i mowi “you have been upgraded to business class on this flight”. Wyglada na to, ze byl overbooking w Economy, wiec czesc pasazerow zostala przeniesiona do Businessu, gdzie byly jeszcze wolna miejsca. Na plecak nikt nie zwraca uwagi.

Do DEL lece wiec w luksusach, zamiast fotela kanapa, kolacja z trzech dan i duze ilosci alkoholu. Z tych ostatnich nie korzystam, wole byc w DEL przytomny. Ladowanie bez problemow, podobnie przejscie przez strefe transferowa, jedynie pol godziny czekania na karte pokladowa do KTM. Potem zostaje juz tylko oczekiwanie na samolot do KTM, ktory startuje i laduje o czasie.

Na jakies dwa tygodnie przed wyjazdem cos mnie tknelo i postawilem na biurku niewielka rzezbe Ganesha, Hinduskiego boga o glowie slonia, patrona podroznikow (i calej masy innych rzeczy). Biorac pod uwage mile niespodzianki podczas podrozy, Ganesh zdecydowanie czuwa!

22-24.X.2011 – Kathmandu.

Z lotniska odbierają mnie ludzie Tima (a właściwie ludzie lokalnego agenta, z którym Tim współpracuje przy organizacji wypraw), odpadają więc dzikie targi z taksówkarzami. Nie ukrywam, trochę żałuje. Kierunek Boudha, mówię, co wzbudza szczere rozczarowanie. Chłopaki najpewniej mieli już dla mnie hotel i liczyli na procent od profitów, jaki ten hotel uzyskałby z mojej skromnej osoby. Wiozą mnie jednak na miejsce. Zatrzymuję się tam, gdzie roku temu, w uroczym guesthousie ze sporym ogrodem, na terenie dużego klasztoru. Wokół pełno mnichów. W tle słychać mantry, gongi, dęcie w trąby i dzwonienie dzwonków. Pachnie kadzidłami i palonym zielem Losar. Urocze tło, jedyny negatywny aspekt to dzwonnik budzący mnichów na lokalny odpowiednik jutrzni. O świcie wali metalowym prętem w jakąś szynę, budząc nawet umarłych z okolicznych cmentarzy.

Pierwsze wrażenia z Kathmandu raczej chłodne. Cieszę się, że tu wróciłem, ale eksplozji entuzjazmu zapamiętanej z zeszłego roku nie ma. W sumie nie powinienem się dziwić, spędziłem w Nepalu ponad 3 miesiące, ąadne to dla mnie novum, wiem gdzie i czego szukać, co i jak załatwić. Zupełnie nie mam też ochoty na zwiedzanie, a do wyciągnięcia aparatu z plecaka muszę się niemalże zmuszać – to sprawdzona recepta na nieudane zdjęcia. Podejrzewam więc, że z tego wyjazdu rozległej dokumentacji fotograficznej nie przywiozę – może w górach będę miał większa motywacje.

Zaraz po przylocie załatwiam jeszcze kilka drobnych spraw, idę na obiad do ulubionej przyklasztornej garkuchni, po czym gdzieś ok. 1700 świat zaczyna zamykać się wokół mnie jak bańka. Czuję, że czas nadrobić braki w śnie.

Kolejne dwa dni (22-23.X) poświęcam na załatwianie spraw okołowyprawowych – łapię minibusy albo milrobusy do centrum, przedłużam wizę, dokupuję brakujące wyposażenie, między innymi podróbki plastikowych butelek Nalgene, które tanie są tutaj jak barszcz i na pierwszy rzut oka niczym nie różnią się od oryginału. Można podejrzeważ, że robione są z toksycznego chińskiego plastiku i za kilka lat światowa populacja trekkerow i wspinaczy gwałtownie się skurczy. Odwiedzam też wspomnianego już wcześniej agenta wyprawy (Ishwariego), któremu zostawiam torbę ze sprzętem wspinaczkowym oraz zdjęcia i dokumenty potrzebne do wyrobienia legitymacji TIMS (Trekker’s Information Management System – wielka, biurokratyczna ściema, ktora pozwala kasować trekkerow na ok. 20 USD) i biletu do parku narodowego Sagarmatha.

W poniedziałek (24.X), próbuję pozwiedzać, ale zupełnie nie mam do tego glowy. Może wyczerpałem swoje limity na miejską turystykę na ten rok, może mam przesyt lokalnych zabytków jeszcze po ostatniej wizycie. Ruszam do Swayambhu, odwiedzić znajome małpy, ale ostatecznie zbaczam z drogi, błądzę i wychodzę na Durbar Square. Tu mnie jeszcze nie było, więc kręcę się nieco po okolicy – myślę, że Durbar Square w Bhaktapurze o wiele ładniejszy, przede wszystkim przestronniejszy.

Probuję też kupić bilet do Jiri, ale jako że sezon festiwalowy w pełni, panowie sprzedają bilety jedynie z dnia na dzień. Pytam dlaczego – młody chlopak, stojący w kolejce do okienka tlumaczy “maybe they forget”. Wygląda na to, że system nie jest wystarczająco elastyczny do tego, żeby sprzedawac bilety z wyprzedzeniem, i panowie robią sobie notatki na boku. A przy natloku podróżnych taka notatka łatwo moze zaginąć! Do tego okazuje się, że jeśli chcę pojechać, to bilet musze kupić wcześnie rano (ok. 0600), co oznacza, że czekają mnie dwie poranne wyprawy na Ratna Park – jedna po bilet, a druga przed faktyczną podróżą.

W ramach poszukiwania inspiracji odwiedzam znajomego dilera tybetańskich akcesoriow rytualnych. Wygląda na to, że pamięta mnie z zeszłego roku, więc od razu zaprasza mnie na zaplecze i pokazuje rozmaite cuda. Rozwazam piękne, ręcznie pisane księgi modlitewne. Jedna z nich ponoć pisana ludzką krwią- co wydaję mi się nieco nieprawdopodobne, bo tusz jest za bardzo czerwony. Myślę, że po latach powinien ściemnieć – a księga wygląda na mocno wiekową. Na żadną z ksiąg nie mogę się zdecydować, więc postanawiam wrócić po nie innym razem. Ostatecznie kupuję miskę z czaszki jaka (z takiej misy kapłanka, dahini, pije /pijała/ krew i inne płyny podczas tanrycznych rytuałów), obitą srebrną blachą konchę i duża, ale nieco toporną phurbę z kości jaka. To już czwarta w kolekcji, mam sporą słabość do phurb.

25.X.2011 – Kathmandu, przed wyjazdem do Jiri.

Pobudki o czwartej nad ranem nigdy nie należały do moich ulubionych form rozpoczynania dnia. Ale nie mam innego wyjścia. Jeśli mam dostać się do Jiri następnego dnia, muszę pojawić się na dworcu Ratna Park przed szóstą rano i kupić bilet – właśnie zaczyna się festiwal Tihar i obłożenie lokalnych autobusów po raz kolejny zaskoczyło drogowców. Chwilę po przebudzeniu zaczynam obmyślać scenariusze, które pozwolą mi zostać w lóżku – może polecę samolotem do Phaplu i stamtąd, nieco okrężną drogą zacznę trek… Może wynajmę dżipa i każę się wieźć do Jiri… Może pojadę dzień później, a bilet kupi i dostarczy mi agent… Żaden z pomysłów nie wydaje się wystarczająco przekonywujący, więc już po chwili przemierzam wymarłe uliczki Boudha. Mimo porannej półprzytomności pamiętam o czołówce, co ratuje mnie przed pomniejszymi obrażeniami.

Pora barbarzyńska, ale wokół Stupy całkiem tłoczno. Część osób spieszy się do pracy, część przyszła na poranne kręcenie młynkami i malą. Na ulicy przed stupą cała masa taksówek, ale postanawiam być twardy, ustawiam się po drugiej stronie i dzielnie czekam na busa. Dopiero trzeci nie jest wyładowany po brzegi. Ruszamy, Kathmandu o tej porze jest prawie, że wymarłe. Na miejscu jestem w niecałe 20 minut, w ciągu dnia trwa to co najmniej dwa razy dłużej. Ciekawa rzecz – po drodze mijam co najmniej kilkunastu biegaczy, w tym dwójkę ubraną (i zbudowaną) jak zawodnicy. Najwyraźniej w KTM treningi biegowe robi się na długo przed świtem.

Na dworcu typowe dla tego miejsca piekło. Klaksony, wrzaski, bieganina i ogólne zamieszanie. Kiedy podchodzę do kas, okazuje się, że to był jedynie przedsionek piekła. Wokół kłębi się jakieś 500 lokalsów poustawianych w kolejki. Lekko załamany myślę, że poranne preteksty do pozostania w łóżku miały wiele sensu. Dalej jednak pozostaje twardy. Podchodzę do samych kas, jak gdyby nigdy nic, i zaczynam zlewać się z tłem. Mój chytry podstęp rychło zostaje wykryty przez porządkowych (fakt, że jestem jedynym białym w towarzystwie może mieć tu pewne znaczenie), którzy grzecznie, acz stanowczo wysyłają mnie na koniec kolejki. Na cale szczęście okazuje się, że kolejki są dwie – jedna, ta moja, po bilety na kolejny dzień (15 osób) i jedna po bilety na dzisiaj (milion osób). Po dziesięciu minutach w totalnym ścisku – kolejka tutaj polega na tym, ze wchodzi się na plecy osobie z przodu, podczas gdyby osoba z tyłu wchodzi na plecy nam i tak da capo al fine – mam swój bilet. Okazuje się też, że droga za Jiri wystarczająco wyschła i mogę dojechać aż do Shivalaya. Dobra karma procentuje.

Powrót równie szybki jak wcześniejsza podróż. Mikrobus co prawda psuje się pod koniec (chyba kończy mu się gaz), ale że do stupy mam pół kilometra, opuszczam go bez żalu. Reszta dnia leniwa, sporo siedzę w ogrodzie, a pod wieczór idę do stupy zapalić maślane lampki za powodzenie treku i wspinaczki.

26.X.2011 – Kathmandu-Shivalaya

Kolejny dzień rozpoczęty o 0400. Wrzucam do plecaka ostatnie rzeczy i po krótkim spacerze przez lekko już rozbudzona stupę, zaczynam rozglądać się za taksówką. Trafiam na wyjątkowego wrednego gościa – zapytany o cenę mówi “two hundred rupees”. Cena uczciwa, więc wsiadam bez targowania się. Po 15 minutach jesteśmy na miejscu – płacę banknotem 500 rupiowym i dostaję stówkę reszty. Coś tu nie gra. Mówię “dai, you said 200 rupees”, na co sprytny taksówkarz odpowiada “during night price two times”. Iskra świętego gniewu zaczyna się nieśmiało jarzyć, po czym gaśnie – o tak barbarzyńskiej porze nie potrafię się nawet porządnie zirytować. Ostatecznie robię krótki wykład o koszmarnie złej karmie, jaką właśnie wygenerował sobie mój taksówkarz i daję spokój.

Krążę po Ratna Park i bezskutecznie szukam swojego autobusu. Jest kilka do Jiri, ale żadnego bezpośrednio do Shivalaya. W pewnej chwili zaczepia mnie lokals z latarką i oferuje pomoc. Przez kilka minut krążymy po dworcu, by ostatecznie znaleźć SuperExpress to Shivalaya. Mam miejsce obok kobiety Rai (wnioskuję tak po spory kolczyku nad górną warną) z małym dzieckiem. Mój najgorszy koszmar zaczyna się powoli sprawdzać – 10h w nepalskim autobusie obok rozpuszczonego bachora. Zaczynam poważnie rozważać rejteradę i wynajęcie jeepa.

Moj nowo poznany przewodnik pomaga mi schować plecak do zamykanego schowka, a następnie oświadcza “special charge for luggage – 100 rupees”. To zdecydowanie nie jest mój szczęśliwy dzień, przyciągam dzisiaj naciągaczy jak magnes. Tym razem jednak nie mam wiekszych problemów z osiągnięciem właściwego poziomu irytacji. “No charge for luggage, go ask in the ticket office” mówię patrząc na niego jak na kawałek gnijącego mięsa. Skutkuje. Gość wyjmuje telefon, mówi “I go check with driver” i znika na zawsze.

Ruszamy nieco po czasie. Początkowo idzie dobrze, staram się na zmianę godzinę spać, godzinę czytać i godzinę słuchać muzyki. Pierwsze 3-4h mijają naprawdę szybko. Potem cały autobus, jak na komendę zaczyna wymiotować. Nie mam pojęcia co się dzieje – może jakaś wysoka przełęcz, może bardziej kręta droga, ja czuję się dobrze. Dystrybuowane są czarne plastikowe torebki, które na napełnieniu wyrzucane są przez okna. Dziecko mojej współpasażerki najwyraźniej ma słabszy żołądek, bo wkrótce wszystko wokół, włącznie z kawałkiem mojej nogawki, jest zarzygane. Tym razem gniewny Miro nie ma już najmniejszych problemów z osiągnięciem masy krytycznej. Chłodno zastanawiam się, kogo najpierw wyrzucić przez okno – matkę, czy bachora? Potężnym wysiłkiem woli uspokajam się. Potem idę krok dalej i kobiecie w prezencie paczkę chusteczek. Doprawdy, dawno nie czułem się tak dobrze. Om mane padme hum. Beatification imminent.

Po 5h jesteśmy w Charikot – na mapie Jiri to naprawdę malutki kawałek stąd, 20-30 km. Ale zaczynają się serpentyny, podjazdy, zjazdy w przełęcze i ostatecznie na miejscu jesteśmy przed 14. 8h za mną. Na checkpoincie przed Jiri czeka mój znajomy z zeszłego roku, właściciel lodge’a w Jiri. Zagaduję go, wspominam, ze spałem u niego rok temu, ale nie jest przekonany. Przypominam sobie imię – “your name is Jirel, right?” Najwyraźniej right, bo gość jest mocno zmieszany, a inny naganiacz jest całą sprawą mocno rozbawiony. Chyba w dobrym tonie jest pamiętać swoich klientów, bo praktycznie w na całej drodze do Lukli jestem rozpoznawany w lodge’ach, w których spałem rok temu.

Do Shivalaya zostało 10-12 km, ale dorga jest tak kiepskiej jakości, że pokonujemy ten ocinek w 1.5h. Na miejscu jestem o 1600, do zmroku 2h, dość czasu, żeby podejść na Deorali. Zaczyna padać lekki deszcz, chronię się więc pod dachem na chwilę. Deszcz po chwili zamienia się w monsunową ulewę, więc porzucam myśl o podboju Himalajów i loguję się do jednego z lodge’y – New Sherpa Guide Lodge. Po chwili schodzę do jadalni na kubek ciepłej rakshi. To najlepszy pomysł, jaki dzisiaj miałem. Po chwili zapominam o autobusowych koszmarach, po czym pełen nowej energii ruszam prać i prysznicować się. Nieco po 1800 pierwsza w tym roku zupa czosnkowa i dal bhaat. Na deser kolejny kubek rakshi i bardzo zadowolony z życia ruszam do pokoju poczytać przed snem. Po 10s już śpię, budzę się tylko w środku nocy rozebrać się i wpełznąć do śpiwora.

27.X.2011 – Shivalaya-Kinja.

Śniadnie zamówiłem na 0630, mając w planie wstać o 0600, szybko się spakować i zaraz po jedzeniu ruszyć w góry. Ostatecznie wstaję o 0628 i jak świeżo zarażone zombie wtaczam się do jadalni, gdzie czeka już gorąca kawa i chapati z sadzonym jajkiem i serem. To nieco stawia mnie na nogi. Potem filtrowanie wody i pakowanie (które muszę powtarzać ze 3 razy, jeszcze nie wyrobiłem sobie właściwego rytmu i kolejności porannych działań. Ostatecznie o 0630 ruszam na przełęcz Deorali. Pierwsza godzina jest nędzna, system nie akceptuje plecaka, poza tym od ponad tygodnia nie biegałem (prawdę mówiąc nie robiłem w ogóle nic, poza pompkami i brzuszkami pod koniec dnia), a i wypita wczoraj rakshi nieco osłabia mój performance. Rozgrzewam się jednak po ok. 400 metrów przewyższenia i wpadam w niezły rytm. Na przełęczy jestem po 2h z kawałkiem, połowa czasu przewodnikowego, więc mogę być z siebie zadowolony. Dopiero 1000, a dzisiaj zaplanowałem dojście jedynie do Kinja, więc urządzam sobie dłuższą przerwę.

Potem w dół do Bhandar, gdzie robię sesję znajomym stupom. Zjadam też naleśnika z bananem, wypijam kolejne herbaty i ruszam do Kinja. Po drodze jestem świadkiem rozbierania świeżo ubitych bawołów i kóz. Mamy święto Tihar, festiwal światła i rodziny, więc jest poważna okazja do celebracji. Weseli Nepalczycy pastwią się nożami Khukuri nad okrwawionymi ciałami trzody, wycinając coraz to kolejne kawałki mięsa. Robię trochę zdjęć, za co mi wylewnie dziękują. Kobiety w tym czasie wyplatają wianki i łańcuchy z pomarańczowych kwiatów. Atmosfera świąteczna i zrelaksowana.

Po drodze dwukrotnie błądzę, mimo że znam trasę z poprzedniego roku. Ale uczynni lokalsi szybko sprowadzają mnie na właściwą drogę. Ok. 1400 jestem na miejscu, do zmroku jeszcze kilka godzin i rozważam nawet podejście do Sete. Ostatecznie zostaję na dole – Sete to zimne, wilgotne i mroczne miejsce, a Kinja ma masę uroku. Co więcej, jutro mam nocować na przełęczy Lamjura, (3.5k mnpm), niewielki kawałek za Sete, więc jeśli dzisiaj zajdę za daleko, to jutro skończę działalność po 2h. W Kinja zatrzymuję się w znanym z zeszłego roku New Everest Lodge, z niezwykle przyjaznym gospodarzem, z którym ostatnim razem rozmawiałem po czesku. Żona gospodarza mnie poznaje i już po chwili jesteśmy old friends reunited.

Jako że należy uzpełnic braki elektrolitów, po rozlokowaniu się w pokoju pytam o cenę piwa. 380 rupii! Czyste barbarzyństwo. Sherpa podaje mi stołek i zaczynamy targi. On wylicza mi koszty transportu, ja mówię o ekonomii skali i hurtowych zakupach. Staje na 220 rupiach, gospodarz filozoficznie stwierda “better something than nothing”. Trudno się nie zgodzic. Reszta dnia w Kinja mija nietypowo, bo zostaję wciągnięty w festiwalowe celebracje.

Wspomniane wcześniej zarzynanie i rozbieranie bydła to przygotowania do obchodów głównego dnia święta Tihar (Divali). Podczas trzydniowego święta oddaje się cześć bogini Lakshmi, patronce bogactwa i powodzenia. Niektórzy lokalsi, z którymi rozmawiałem, postrzegają całą sprawę jako święto rodziny, domu, jeszcze inni jako okazję do tańca i wypitki. Pierwszego dnia festiwalu kwiatami dekorowane są psy, drugiego krowy, natomiast trzeci jest dla ludzi. Od późnego popołudnia na ulicach trwają tańce i śpiewy, płoną masy świec i eksplodują fajerwerki. Taniec ma postać kręcącego się w kółko korowodu, który na jakiś czas (czasem na ponad godzinę) zatrzymuje się przed każdym z domów w wiosce, zbierając datki i wciągając w wir coraz to nowe osoby.

Tancerze zatrzymują się przed lodgem, akurat kiedy mocno wygłodzony sadowię się w oczekiwaniu na dal bhaat. Zostają tu prawie dwie godziny, powoli wciągając w korowód trekkerów, którzy się tu zatrzymali – parę sędziwych Szwajcarów i starszą Kanadyjkę, która wędruje z przewodnikiem. Sam do tańca nigdy nie byłem skoro, więc klaszcze jedynie w rytm muzyki. Próbuję też grać na bębnie, który ktoś porzucił pod ścianą, ale wygląda na to, że kariera perkusisty nie jest mi pisana. Tańczący trekerzy wyglądają na bardzo nieszczęśliwych i próbują się tym nieszczęściem podzielić ze mną. Jestem jednakowoż nieugięty – pozostaję przy klaskaniu i robieniu znużonej miny.

Kanadyjka jest jednak wyjątkowo natrętna i uparcie próbuje nakłonić mnie do tańców. Some poeple just don’t get the message… Bronię się dzielnie, ostatecznie zaczynam ją otwarcie ignorować. Tancerze w końcu znikają, robi się nieco ciszej i nasz gospodarz może z czystym sumieniem podać jedzenie. Kanadyjka najwyraźniej nie obawia się widelca w oku, bo pyta dlaczego nie przyłączyłem się do wesołych celebracji. Odpowiadam krótko “I am not very fond of people, I really prefer the mountains”. O dziwo, to wyjaśnienie ją satysfakcjonuje, przestaje ewangelizować i zaczynamy całkiem normalną rozmowę. Na nazwisko ma “Sadowski”, pamiątka po pierwszym mężu i jest artystką kabaretową (stand-up comedy). Pierwsze, złe, wrażenie zostaje szybko zatarte – długo rozmawiamy i wygląda na to, że w wielu kwestiach mamy podobne widzenie świata.

Rozmawiam też chwilę ze Szwajcarami – bardzo mi imponują, obydwoje po 60-tce (może nawet mocno po), dzielnie przejechali autobusem z KTM do Shivalaya, poruszają się bez guide’ów i porterów (za kilka dni jednakowoż zmiękną i będę co i raz spotykał ich ze zrekrutowanym po drodze porter-guidem). Pytają dokąd się wybieram, odpowiadam, że wspinać się na Ama Dablam, co wywołuje totalne rozmarzenie i głęboki podziw. Nie spodziewałem się takiej reakcji – przez chwilę czuję się jak romantyczny bohater ruszający na podbój krańców znanego świata. Pan Szwajcar był w Nepalu pod koniec lat 70-tych, wspiął się wtedy na Island Peak (dzisiaj prosty pik trekkingowy), przeszedł też przez przełęcz Tesi Lapcha z Khumbu do Rolwaling.

Można tu spotkać sporo osób w okolicach 60-tki, którzy wracają do Nepalu po 30-40 latach. Jutro natknę się na Amerykanina, który ma podobną historię.

05.XI.2011 – Pangboche – ADBC.

Dzisiaj wielki dzień, oficjalnie zaczynam część wspinaczkowa tegorocznego wyjazdu. Niezbyt delikatnie poganiam Sherpów z lodge’a, żeby przypadkiem nie spóźnili się z jedzeniem. Ostatecznie za kwadrans ósma jestem gotowy do drogi. Dżebe pojawia się niecałe dwie godziny później, ale jestem na tyle podekscytowany, że nawet niespecjalnie mam mu za złe spóźnienie. Gość chce nieść co cięższe rzeczy z mojego plecaka, nie zgadzam się.

Ruszamy w górę – tempo bardzo spokojne, co kilka minut krótki postój. Początkowo idziemy w miarę równo, ale im wyżej, tym większych skrzydeł do staje Sherpa, a mnie coraz bardziej ciągnie do ziemi 20 kg plecaka. Końcówka jest naprawdę ciężka – robimy ok. 700m przewyższenia, a zaczęliśmy z 4000 mnpm. Jak na jeden dzień to całkiem sporo. W nieco ponad 2h jesteśmy na miejscu – nasz BC stoi po drugiej stronie niewielkiej grani od głównego. Główny BC to prawdziwy moloch – kilka wypraw, kilkadziesiąt namiotów, w każdym po 1-2 osoby. Nie jest tak tłoczno jak w EBC, ale z całą pewnością nie czuję się jak pionier himalaizmu.

Nasz BC to kuchnia, mesa, namiot toaletowy (za kilka dni przybędzie kolejny oraz namiot prysznicowy) i 11 kilkanaście namiotów dla uczestników wyprawy i Sherpów. Na razie nie ma miejscu nikogo poza załogą kuchenną, która w kilka minut przygotowuje mi niezły obiad. Poza tym w mesie bez ograniczeń wszelkich płynów – herbaty, kawy i różnych rozpuszczalnych specyfików. Po realiach Khumbu, gdzie kubek rozwodnionej herbaty kosztuje 50 rupii, prawdziwy luksus. Kiedy już nie jestem w stanie wypić nic więcej (wiadomo, że hydracja na wysokościach jest kluczowa!) idę na kilka godzin spać. Dżebe pare razy zagląda do namiotu, sprawdzając, czy aby nie dostałem już obrzęku mózgu, względnie odmy płuc.

Po kilku godzinach budzą mnie głosy – to ta niewielka część wyprawy, która zdołała poradzić sobie z problemami w Lukli, wraca do BC z aklimatyzacji w obozie wysuniętym. Leniwie zbieram się i idę przywitać – mamy parę z Macedonii, Irlandczyka i Anglika. Dosyć szybko łapiemy niezły kontakt i po kilku godzinach jesteśmy w miarę zintegrowani. Praktycznie cały czas spędzany w BC to czas na regeneracje, więc większość czasu siedzi się w mesie, jedząc i pijąc możliwie dużo.

Jako że nie ma nic innego do roboty, sporo rozmawiamy. Głównie o doświadczeniach wspinaczkowych i podróżach, nieco o stosunkach międzynarodowych i, rzecz jasna, o realiach życia w Base Campie. Ok. 2100 mesa pustoszeje, bo towarzystwo jutro rusza aklimatyzować się w bazie wysuniętej. Ja, w zależności od samopoczucia, będę odpoczywał, albo przejdę się z nimi do ok. 5000 m.

Nieco obawiam się nocy, ale niepotrzebnie. Śpię naprawdę dobrze, spiwór sprawdza się doskonale – mogę komfortowo spać nago z zasunięą jedynie siatką do przedsionka namiotu. W środku nocy zmienia się ciśnienie, albo lekko się odwadniam, bo zaczynają budzić mnie bezdechy, stymptom określany jako Cheyne-Stokes respiration. Próbuję się przestawić na szybszy oddech, ale moje wysiłki kończą się sromotną porażką. Poddaję się więc, łykam Diamox i do rana śpię jak niemowlę. Diamox działa moczopędnie, więc dwa razy muszę wychodzić z namiotu na mróz. Doceniam w ten sposób patent jakim jest butelka do sikania (pee bottle). Moja niestety, wraz z całym sprzęem wysokogóskim wciąż jest w tranzycie. Lukla dziś rano była jeszcze pod chmurami, mam nadzieję, że sytuacja poprawi się jutro.

06.XI.2011 – ADBC

Pierwszy dzień w Base Campie. Ok. 0830 nasz kucharz wali w chochlą w rondel – to sygnał do rozpoczęcia śniadania. Które zresztą mija spokojnie, wszyscy są skoncentrowani na czekającej ich wycieczce aklimatyzacyjnej do wysuniętego BC (ABC, Advanced Base Camp, yak camp). Niby nie jest to wysoko, bo zaledwie 5300, ale problemy z wysokością potrafią się ujawnić zaskakująco wcześnie. Jako że do ABC jest jakies 2.5-3h drogi, towarzystwo wyruszy dopiero po obiedzie. Przedpołudnie spędzamy więc na leniwych rozmowach i piciu przerażających ilości herbaty. Z leniwego limbo wybija nas porter z Pangoche, który niestety nie przynosi mojej torby.

Po lekkim lunchu towarzystwo rusza w górę, a ja czuję się na tyle dobrze, żeby kawałek z nimi przejść. Mam prawie, że pusty plecak, więc szybko docieram w okolice 5000 mnpm. Ścieżka się później wypłaszcza, a dalej schodzi do niewielkiej dolinki. Potem wspina się na niewielką grań, potem znowu opada w dół, żeby wreszcie wspiąć się na grań prowadzącą do ABC. Najwyraźniej 5000 to granica mojej aklimatyzacji, bo zaczynam czuć lekki ból głowy i ogólne rozbicie. Postanawiam nie forsować się za bardzo i zawracam z ostaniej grani.

W drodze powrotnej mijam Ronana, który wyruszył nieco później i przynosi dobrą nowinę – mój żółty duffel bag dotarl do obozu. Pędzę na dół i już po kilku minutach w obozie zanurzam się w puchówkę Małachowskiego, jak w wielki kokon. Ta kurtka to była spora inwestycja, ale mogę z czystym sercem napisać, że bez niej nie wszedłbym na góre. O komforcie w obozach nocą nawet nie wspominam. Po półgodzinie grzania się zaczynam być głodny – ustalam więc z Sherpami menu na kolację (jako jedyny w obozie mogę pozwolić sobie na spore kaprysy) i biorę się za uzupełnianie notatek.

Pusty BC przytulny, cichy i nieco mroczny, ale nie depresyjny, czy przytłaczający. Sherpowie w kuchni śpiewają i gwiżdzą, co chwila wpadają też zamienić kilka słów, przynieść gorącą wodę, albo jakąś przekąskę. Czuję się pozytywnie rozpieszczony. Po kolacji wchodzę na grań nad obozem, potwierdzić z Timem telefonicznie swoje plany na najbliższe dni. Proponuje mi nieco inny profil aklimatyzacji, który ma więcej sensu, niż mój pierwotny, zgadzam się więc posłusznie.

07-09.XI.2011 aklimatyzacja w ABC.

Po wieczornej rozmowie z Timem plan na najbliższe dni jest ustalony. Czekają mnie dwie noce w obozie wysuniętym (ABC), a w dniu wypadającym pomiędzy tymi nocami, wycieczka do obozu pierwszego (C1), o ile będę się czuł wystarczająco dobrze.

Struktura obozów pod (i na) Ama Dablam wygląda następująco: obóz główny (Base Camp), położony jest – w zależności od przyzwyczajeń osoby organizującej wyprawę – na wysokości 4500 m, albo nieco wyżej, na 4700 m. Nasz położony był wyżej, schowany za granią od zwyczajowego i nieco przeludnionego obozu głównego. 600 metrów wyżej znajduje się obóz wysunięty (Advanced Base Camp – ABC, High Camp, albo Yak Camp, ta ostatnia nazwa zapewne stąd, że mozna dotrzeć doń jakiem).
Na wysokości 5800m znajduje się pierwszy obóz wysokogorski (Camp 1, C1) – garść namiotów przylepiona do wciąż jeszcze szerokiej kamienistej grani. Powyżej C1 zaczynają się poręczówki i należy już używac sprzętu wspinaczkowego, co de facto oznacza uprząż, jumar (albo dwa) i przyrząd zjazdowy.
Kolejny obóz (Camp 2, C2), znajduje się w okolicach 6000 metrów. Z C1 dociera się tam długą, skalną granią z niewielkimi połaciami śniegu. Realnie nie ma potrzeby zakładania raków, czy używania czekana przed obozem drugim. Zakładanie skorup też tylko utrudnia zadanie, wiec do C2 najlepiej dotrzeć w butach trekkingowych albo podejściowych. Trudności między C1 a C2 są nikłe, maksymalnie II/III, z jednym trudniejszym miejscem, tzw. Żółtą Wieżą o trudnościach IV/V.
Ok. 250 metrów powyżej C2 znajduje się ostatni, trzeci obóz (Camp 3, C3), położony w okolicach 6200m. Dotarcie do niego wymaga przejścia przez spory, lodowo-skalny kuluar (Szary Kuluar) i sporą, śnieżną grań, zwaną Mushroom Ridge, ze względu na swój charakterystyczny kształt. Obóz aktualnie położony jest samym końcu Mushroom Ridge. Wcześniej zajmował płaśń ok. 50m wyżej, ale miejsce to jest mniej popularne od 2005 roku, kiedy to lawina zmiotła stąd kilka namiotów. Teren między C2 a C3 jest typowo alpejski, wymaga skorup, rakow i czekana.
Droga pomiedzy C1 a szczytem jest oporęczowana, a właściwie przeporęczowana. Ilość lin, jakie znajdują się po drodze może przyprawić o zawrót głowy. Starych lin nikt nie usuwa, więc z każdym rokiem przybywają kolejne, dowiązywane do pogiętych, czeęto luźno wiszących, szabli śnieżnych.
Zjady wymagajż odpowiedniej głowologii – wybieramy najładniejszą linę, szarpiemy nieco, po czym z pełnym nadziei “Buddha Bless” ruszamy w dół, zdecydowanie starając się nie myśleć o tym, co robimy. Zdarzało mi się zjeżdżać na linach przypominających stare sznurki do prania – najwyraźniej dobra karma wciąż procentuje.

Wracając do meritum: czasu jest sporo, bo BC mamy opuscić najpóźniej 22.XI. Pozwala to na dosyć łagodny profil aklimatyzacji, który wygląda następująco:

– dwie noce w obozie wysuniętym z wycieczką do obozu pierwszego pomiędzy,
– powrót do BC i dzień odpoczynku,
– dwie noce w obozie 1 z wycieczką do obozu drugiego pomiędzy,
– powrót do BC i dzień/dwa odpoczynku,
– noc w obozie 1, następnie noc w obozie 2 i noc w obozie 3,
– atak szczytowy i powrót na noc do obozu 3,
– zejście do BC albo któregoś z obozów pośrednich, w zależności od
samopoczucia.

Bez pośpiechu, co pozwala radykalnie zminimalizowac problemy z aklimatyzacją. Mimo tak lagodnego podejscia, 5 osobom (dokładnie 1/3 składu wyprawy) nie udaje się zaaklimatyzować już w obozie pierwszym i rezygnują z dalszej działalności. Trudno jest mi w to uwierzyć, bo pomijając nocne bezdechy (które skutecznie leczę Diamoxem) i okazjonalne lekkie bóle głowy, nie mam najmniejszych problemów z wysokością. Ale reguła jest taka, że nie ma reguły. Aklimatyzacja za każdym razem odbywa się od zera. Zgodnie z jedną z najpowszechniejszych teorii, nie mozna bazować na doświadczeniach z poprzednich lat – organizm po dłuższej (powyżej 6 tygodni) przerwie od przebywania na znacznej wysokości musi aklimatyzować się od zera. Słyszałem co prawda opinię (i to of lekarza), ze “organizm się uczy” i każdy kolejny raz jest łatwiejszy, ale badania i opinie doświadczonych himalaistów tego nie potwierdzają. Moja własna opinia zresztą również nie.

Prawdą jest jednak to, że przebywając na wysokości nabieramy doświadczenia w rozpoznawaniu wczesnych symptomów choroby wysokościowej, uczymy się słuchać swojego organizmu i w odpowiedni sposób go obsługiwać. To pozwala o wiele skuteczniej, a czesto i szybciej zdobywać wysokość bez narażania się na negatywne skutki obniżonego ciśnienia powietrza.

Zaopatrzony w rozmaite farmaceutyki i wyczulony na najlżejsze wahania samopoczucia docieram do ABC. Ze względu na problemy z lotami z Lukli, jestem w obozie sam – z naszej grupy cześć ma ten etap za sobą, a
pozostała część dopiero ma go zacząć. Namioty innych grup też wygladają na wymarłe. Przeżycia są niesamowite, samotne noce w namiocie w sercu Himalajów idealnie trafiają w moją inrowertyczną naturę. Do tego jest pełnia, więc okoliczne szczyty, zlane bladym światłem księżyca, dają niesamowite wrażenia estetyczne. Leżę do późna w otwartym namiocie, szczelnie owinięty śpiworem (kolejny raz – szacun dla firmy Yeti, śpiwor wart każdej złotówki), słucham psychodelicznej koncertówki Hawkwinda i sycę oczy widokiem, duszę atmosferą.
Noc mija bez przeszkód, o ile pamiętam nawet nie potrzebowałem Diamoxu. Spię długo i ruszam na wycieczkę do C1. Idę z lekkim plecakiem, więc na miejscu jestem nieco po godzinie. Droga prosta, końcowka po połogich płytach, ubezpieczonych poręczówką. Trudności nikłe, więc w odróżnieniu od większości osób idących w górę, ruszam na żwyca. Dobra decyzja – żadnych niespodzianek po drodze, w niecałe 10 minut płyty mam za sobą.
Pierwsze wrażenie z C1 pozytywne, nieco brudno, ale do przyjęcia. Niestety nie każda grupa zabiera ze soba swoje śmiecie, nie ma też przepisów regulujących – jak na przykład na Alasce – sprawy toaletowe. Zresztą, biorąc pod uwagę daleko posunięta niefrasobliwość lokalsów, trudno byłoby takie przepisy egzekwować.

Powrót do ABC bez problemów, kolejna udana noc i leniwy powrot do BC następnego dnia rano. W ten sposób pierwszy etap aklimatyzacji mam za sobą.

10.XI.2011 – odpoczynek w BC.

Poczatkowo planuję wrócić do BC możliwie wcześnie, tak żeby zdarzyć na śniadanie. Mamy wyjątkowo zdolnego kucharza – Bima – który potrafi z puszkowych produktów wygenerować niezwykle smaczne posiłki. Zresztą, dba i to, żeby trafiało się nam coś poza puszkowym jedzeniem – zdarzają się świeże warzywa, bawole mięso i ser naka (samicy jaka). Bim jest zresztą himalajską sławą – odwiedzające nas osoby znają go z innych wypraw, wielokrotnie gotował pod Everestem i wyrobił sobie niezwykle pozytywną opinię wśród stałych bywalców Khumbu. W tym kontekście opowieści o kucharzach, którzy potrafią przyrządzić trzy dnia i serwują je tygodniami, w dodatku w tej samej kolejności, wydają się całkowitą abstrakcją.

Jednak nawet wizja bimowego śniadania nie jest mnie w stanie wyciągnąć ze śpiwora przed 0800, kiedy to nad ABC zaczyna świecić słońce. Robię odważną próbę opuszczenia kokona o 0630, jednak kończy się ona natychmiastową i bolesną porażką. Wracam więc w puchy i czekam aż słońce wychynie zza grani i rozgrzeje namiot, potem szybkie pakowanie i ruszam w dół.

Na miejscu jestem nieco po 1000, obóz tętni życiem. Większość naszej grupy przez kilka dni czekała w Kathmandu na poprawę warunków w Lukli. Mnie ominęły transportowe koszmary, bo do Lukli dotarłem piechotą, z Shivalaya. Wreszcie mam okazję poznać Tima, kierownika naszej wyprawy. Bardzo energiczny Anglik ok. 40-tki, profesjonalny i zdecydowany, ale przy tym dowcipny i zrelaksowany. Łatwo się z nim porozumieć, a przy tym ma się wyraźne wrażenie, że gość dobrze wie co robi (tak zresztą być powinno, Tim zorganizował już kilka wypraw na Ama Dablam i co najmniej jedną na Everest, prowadził ekspedycje na Grenlandię, regularnie szkoli też wspinaczy w Szkocji).

W jakąś godzinę moim przybyciu mamy spotkanie organizacyjne. Dostajemy radia i zostajemy przeszkoleni w ich użytkowaniu – od tej pory codziennie o 0800 i 1700 będziemy zdawać raporty z postępów. Dalej krótka pogadanka o chorobie wysokościowej i aklimatyzacji, trochę na temat zaopatrzenia i lekarstw. Jako jedyny otwarcie przyznaję, że używam i zamierzam używać Diamoxu – reszta grupy nabiera wody w usta, choć lekarstwo jest w powszechnym użyciu. Może nieco obawiają się reakcji Tima, bo trafiają się osoby, które mają do tego leku podejście bardzo konserwatywne. Tim na szczęście do nich nie należy, dwójka lekarzy obecnych w grupie też nie zgłasza żadnych zastrzeżeń.

Zaopatrzenie rozwiązane jest w sposób bardzo bezproblemowy – mamy duży namiot magazynowy, gdzie stoją beczki i pudełka z gotowymi posiłkami (większość wystarczy zalać gorącą wodą, albo przez kilka minut potrzymać we wrzącej wodzie), herbatnikami, batonami i tak dalej. Dostajemy też specjalne arkusze, na których wyliczone jest ile i czego powinniśmy zjadać dziennie. Ja co prawda już wcześniej opracowałem swoją własną tabelę, co nie zmienia faktu, że przed wyjściem w góry, każdy samodzielnie uzupełnia swoje zapasy i niesie je ze sobą.

Popołudniem krótkie szkolenie dla osób, które wcześniej nie używały poręczówek ani jumarów. Z 4m kawałku 9mm dynamika robimy lonże, następnie testujemy sprzęt na przygotowanych fragmentach poręczówki. Nie dowiaduję się niczego nowego, ale lokalne patenty na wiązanie lonży całkiem interesujące. Tworzę własną konfiguracje, na przykład zupełnie nie odpowiada mi proponowany sposób wpinania przyrządu zjazdowego w ucho wiązane na jednym z ramion lonży, wpinam go więc tradycyjnie w łącznik uprzęży. Po paru dniach okaże się też, ze będę używał tylko jednego jumara, nie ma nigdzie po drodze (może poza Żółtą Wieżą) odcinków, gdzie konieczne byłyby dwa.

Po szkoleniu pranie, nieco obijania się oraz obowiązkowe pochłanianie wielkich ilości herbaty i rozmaitych rozpuszczalnych napojów. Zgodnie z zaleceniami, na wysokości należy wypijać do 6l płynów dziennie. Zalecenia są mało realistyczne, ale na pewno pić należy bardzo duzo. Jedna z himalajskich reguł mówi, ze picie ważniejsze jest tu od jedzenia, a jedzenie od spania.

11-12.XI – aklimatyzacja w C1.

Kolejnym krokiem aklimatyzacyjnym jest spędzenie dwóch nocy w C1, z wycieczką do C2 w dniu wypadającym pomiędzy tymi nocami. C1 to 5800m, a więc wysokość wymagająca nieco większej ostrożności. Po bezproblemowych nocach w ABC czuję się dosyć pewnie, co nie zmienia faktu, że dalej jestem bardzo wyczulony na wszelkie wahania sampoczucia.

Uzupełniam zapasy i ruszam w górę ok. 1100. Droga do ABC zajmuje ok. 2.5h, C1 to kolejne 1.5-2h w górę. Droga bez specjalnych atrakcji, pogoda absolutnie idealna, więc docieram na miejsce w dobrym czasie, choć z lekkim bólem glowy. W C1 okazuje się, że znowu mam namiot dla siebie – nasz dyżurny Sherpa, Dorje, śpi w innej części obozu, ze swoimi lokalnymi znajomymi. Kiedy lokuję się w namiocie, zaczepia mnie jakiś Włoch, który koniecznie chce mi coś pokazać. Niechętnie wypełzam z namiotu. Okazuje się, że na grani dokładnie ponad moim namiotem leży spory głaz, który niepokojąco kiwa się przy mocniejszym poruszeniu. Godzine później zagląda do mnie Dorje, więc pokazuje mu kamień. Sherpa buja nim troche, po czym śmieje się i stwierdza “istrong”, sherpańskim sposobem dodając “i” do angielskich słóww, które zaczynają się od “s”. Skoro istrong, to nie mam się czego obawiać, kontynuuję więc piknik pod wiszącą skałą.

Noc mija bez problemow. Wieczorem łykam pyralginę na ból glowy plus diamox na lepszy sen i rano budzę się swieży i pełen mocy. Wypijam z litr herbaty, zjadam pare krakersow z serem, po czym dołączam do reszty teamu obecnej w C1 – wspólnie z Dorje robimy dzisiaj wszyscy aklimatyzacyjną wycieczkę do C2. Forma dopisuje, mięśnie pracują idealnie, choć oddechowo nie jest idealnie. Gonię za Sherpa, w wiekszość poręczówek wpinam się jedynie karabinkiem, pewnym utrudnieniem jest reszta grupy, na która trzeba co jakiś czas poczekać. Do C2 docieram swieży, podczas gdy reszta teamu jest mocno wymęczona. Oby tak dalej.

Camp 2 to wyjątkowo odrażające miejsce, mimo pięknej lokalizacji. Wszędzie walają się smiecie, nie ma wyznaczonego miejsca do zalatwiania potrzeb fizjologicznych, więc cały obóz jest koszmarnie zasrany i zasikany. Sherpa mówi, że sporo osób tu choruje – trudno się dziwić, brzydzę się dotknąć poręczówki przez gruba rękawicę, poważnie też obawiam się o źródło śniegu do topienia. Przy słonecznej pogodzie obóz śmierdzi jak publiczny szalet na Dworcu Centralnym. Na całe szczęście planuję spędzic tu tylko jedną noc w drodze na szczyt. Reszta teamu jest równie zniesmaczona, Ronan stwierdza, że jest to “fucking disgrace” i faktycznie, trudno się nie zgodzić. Stan tego miejsca świadczy równie źle o wspinaczach, jak i agencjach organizujących wspinaczkę na Ama Dablan i ich Sirdarach.

Powrót szybki, większość zjazdów robię w kluczu i docieram do C1 dobre trzy kwadranse przed resztą, w bardzo dobrej formie. Mam cicha nadzieję, że ta forma utrzyma mi się do końca wyprawy. Nie spodziewałem się, że na 6000 będzie aż tak dobrze. Reszta dnia mija mi na topieniu śniegu, gotowaniu herbaty i jedzenia oraz lekturze.

13-14.XI.2011 – Odpoczynek w BC.

Po raz kolejny budzę się świeży i energiczny, więc po małym śniadaniu ruszam w dół. Resztą teamu się jeszcze zbiera, wczorajsza wycieczka była dla niektórych sporym obciążeniem.

Po 2.5h jestem w obozie, mam trochę czasu na rozpakowanie się i uzupełnienie płynów przed obiadem. Sam obiad mnie zaskakuje – jestem przerażająco, koszmarnie głodny. Zjadam swoja porcję, potem jeszcze jedną. Wciąż głodny ruszam do namiotu kuchennego po więcej, gdzie Bim daje mi sporą porcję dal bhaat przygotowanego dla obsługi. To na mnie nieco uspokaja, ale do wieczora i tak muszę co chwila pogryzać jakieś herbatniki i batony. Ani chybi zwiększone zapotrzebowanie na kalorie daje o sobie znać na wysokości.

Następnego dnia zaczynają się nerwy – w końcu 15.XI zaczynamy atak szczytowy. Atak co prawda rozłożony na kilka dni, żeby możliwie dobrze znosić wysokość, co nie zmienia faktu, że okienko, podczas którego będę mógł wejść na szczyt będzie dosyć wąskie. Do tego tym razem muszę wziąć ze sobą jedzenia na kilka dni i cały sprzęt do wspinania, co mocno obciąży mi plecak. Wreszcie tym razem nie będę mógł sobie pozwolić na jakiekolwiek szarżowanie, żeby możliwie dużo energii zachować na ostatni dzień ataku. Z tym ostatnim punktem będę miał najwięcej problemów, jestem przyzwyczajony do dosyć szybkiego chodzenia w górach, co pod dużym obciążeniem na wysokości prowadzić może wyłącznie do przedwczesnego wyczerpania.

W wieczór przed wyruszeniem w górę wcześniej zamykam się w namiocie. Towarzystwo do późna siedzi w mesie, gra w karty i rozmawia, ale nie mam najmniejszej ochoty na towarzyską integrację. Czytam do późna (co tu oznacza okolice 2200), po czym śpię dobre 10h.

15-18.XI.2011 – wejście na Ama Dablam.

Atak na szczyt rozłożony jest na 4 dni, plus jeden dzień na powrót z C3… Z jednej strony pozwala to na naprawdę dobrą aklimatyzację, jako że spędza się po jednej nocy w każdym z obozów wysokogórskich. Z drugiej – to jest 5 dni, na które trzeba zabrać ze sobą zapasy, pięć dni w okolicach lub powyżej 6k, gdzie organizm regeneruje się bardzo powoli, o ile w ogóle.

Do C1 wyruszam ok. 1100. Plecak obciążony skorupami, szpejem i jedzeniem waży koszmarnie dużo! Nawet nie muszę się starać iść specjalnie wolno – inaczej się przy takim obciążeniu nie da. Wybieram dłuższą drogę do ABC – w przeciwieństwie do alternatywy, która przechodzi przez trzy granie (i schodzi do dwóch dolinek) ta praktycznie cały czas prowadzi pod górę. Do ABC docieram zmęczony i robię prawię godzinną przerwę, pijąc możliwie dużo i zjadając niewielki obiad. Niedługo potem ruszam do C1 – droga jest nieco bardziej urozmaicona i krótsza, więc na miejscu jestem stosunkowo szybko. Pod płytami prowadzącymi do obozu zostawiam kijki, zakładam tez uprząż i wpinam jumar w liny na płytach, po których jeszcze kilka dni temu wbiegałem bez asekuracji. Jakoś dziwnie zwiększyła mi się awersja do ryzyka. Do C1 docieram bardzo mocno zmęczony.

Najwyraźniej nie ja jeden: na miejscu pytam resztę, czy pojawiły się jakieś nowe namioty. Na to jeden z Anglików, Steve, odpowiada “wiesz, w Anglii mamy takie zasady, ze witamy się zanim zadamy pytanie”. Jestem nieco zaskoczony tą lekcją dobrych manier, jako że Steve to prostaczek z przedmieść, którego ulubioną rozrywką jest puszczanie bąków przy stole. Odgryzam się więc szybko “to zaskakujące, że tak prosta osoba jak Ty próbuje uczyć innych manier”. Atmosfera się zagęszcza, ale do poważniejszych spięć nie dochodzi. Wychodzi też na to, że po raz kolejny mam namiot dla siebie, bo Sherpowie śpią osobno. Spędzam więc resztę dnia na topieniu śniegu na herbatę i gotowaniu możliwie wyrafinowanych posiłków.

Nastęnego dnia poranna komunikacja z bazą nie nastraja pozytywnie – jeden z członków naszej 5-osobowej grupy rozchorował się na żołądek, wymiotuje i nie może iść dalej. Towarzystwo planuje przeczekać jeden dzień w C1, a kolejnego dnia ruszyć prosto do C3. Po chwili zastanowienia decyduję się odłączyć od reszty i samotnie kontynuować do C2. Odcinek C1-C2 w skorupach i plecakiem o wiele cięższy. Na poręczówki na Żółtej Wieży zakładam nawet dwa jumary, dzięki czemu udaję mi się pokonać ten odcinek w miarę bezboleśnie. W C2 zamykam się w namiocie i staram oszczędzać siły. Noc mija spokojnie i rano mam nawet całkiem sporo energii.

Rano bez żalu opuszczam śmierdzący w porannym słońcu obóz 2 i samotnie ruszam do góry. Decyduję się na konfigurację z jednym jumarem i czekanem. Szary kuluar pokonuję bez większych problemów, zmęczenie zaczynam odczuwać dopiero pod Mushroom Ridge. Co C3 docieram lekko wycieńczony i odwodniony.

Obóz 3 jest podzielony na dwie części, jedna ok. 50m wyżej od drugiej. Część niższa, na końcu Mushroom Ridge, określana jest jako obóz 2.9. Część wyższa, na sporej płaśni nad granią to właściwy obóz 3.0. Od czasu, kiedy w 2005r lawina zmiotła stamtąd kilka namiotów, C3.0 świeci pustkami. W tym roku stoi tam jedynie namiot naszych Sherpów. W 2.9 lekki chaos, nie wiadomo, które namioty są nasze, nie mogę też znaleźć maszynek ani kartuszy. Po długich radiowych konwersacjach z BC i konsultacjach z Sirdarem kartusze znajdują się w tylnym przedsionku namiotu jednego z namiotów. Niestety brak maszynki. Wściekły i zmęczony przyjmuję zaproszenie innego zespołu i wypijam kilka kubków ciepłej wody u nich. Potem otwieram jedyny niezamieszkały namiot na grani i wyciągam stamtąd jakieś maszynki – jedna nie działa, drugą udaję mi się uruchomić. Dopiero po 1,5h od przybycia na miejsce gotuję pierwszą wodę. Od tej pory sprawy idą lepiej, ale straciłem masę energii i motywacji na całe zamieszanie. Szczęśliwie okazuje się, że namiot, który obrabowałem również należy do nas – Sherpowie kwitują moje późniejsze tłumaczenia krótkim “no problem” i sprawa jest zamknięta.

Godzinę później dołącza reszta zespołu. Dzielę namiot z Ronanem – spokojnym Irlandczykiem, doświadczonym wspinaczem i przewodnikiem górskim. Dobrze się dogadujemy, więc jestem zadowolony z takiego obrotu spraw. Sielanka nie trwa długo – ok. 1700 ze szczytu schodzi John, współpracownik Tima, który planował wejście na Ama Dablam z BC i powrót tamże w ciągu 24h. Nie zmieścił się w czasie i teraz ma w perspektywie powrót do C2 po nocy. Widać, że jest bardzo zmęczony, do tego nie ma ze sobą ciepłych ubrań – wysyłanie go w dalszą drogę w takiej sytuacji nie wchodzi w grę. Chcąc nie chcąc proponujemy nocleg w naszym namiocie. Prawdę mówiąc nie mamy innego wyjścia, ale wizja spędzenia ostatniej nocy przed wejściem na szczyt w przeładowanej dwójce nie specjalnie nas cieszy. To powinna być noc możliwie spokojna, maksymalnie regenerująca. Ostatecznie nie jest tak źle i udaję mi się przespać dobrych kilka godzin.

Ok. 0700 jesteśmy na nogach i zaczynamy topić śnieg. Pół godziny później do namiotu zagląda nasz wysokościowy Sherpa – Dorje. Znów lekkie nieporozumienie, Sherpowie chcą wyruszać już, podczas gdy Tim w bazie sugeruje 0830 jako optymalną porę, ze względu na fakt, że od ok. 1000 na południowej ścianie Ama pojawia się słońce. Sherpowie argumentują, że im wcześniej, tym lepiej, bo w razie jakichkolwiek problemów w ścianie, pozostanie sporo czasu na działania ratunkowe. Tim argumentuje, że marznięcie przez 2h dłużej może poważnie ograniczyć szanse wejścia na szczyt. Racja jest po obu stronach. Ostatecznie ruszamy ok. 0830, zgodnie z sugestią Tima.
Właściwie to ruszam sam. Trójka z drugiego namiotu nie jest jeszcze gotowa. Z kolei Ronan waha się wejść w śnieżno-lodową ściankę, bo poręczówka przymarzła w połowie jej wysokości i nie ma się jak wpiąć. Po minucie szarpania daję spokój i idę na żywca. Po paru metrach prostego wspinania wspinam się w poręcz, ale nawet z góry nie udaję mi się jej wyrwać. Idę więc dalej – trudności nie są na tyle duże, żeby reszta nie była ich w stanie pokonać bez poręczówki. Po chwili jestem w 3.0, gdzie czekają mocno zniecierpliwieni Sherpowie. Siadam z nimi i czekamy na resztę. Czas dłuży się niemiłosiernie, w końcu proszę Dorje, żeby dał mi Lakpę, naszego drugiego Sherpę, i puścił w górę. Ten waha się trochę, ale ostatecznie ruszam na szczyt tylko z Lakpą, jest ok. 1000.

Pierwsze 2-3h idą bardzo sprawnie, pokonujemy kuluarki i śnieżne korytarze z wyrąbanymi stopniami. Coraz wyraźniej zaczyna być widać zamarznięte ciało Rosjanina, który zginął tu kilka dni temu.

Sprawa ciała to osoba historia. Pierwszy raz usłyszałem o nim podczas jednej z komunikacji radiowych, bodajże od Johna, który niefrasobliwie określił swoją lokalizację: “I am next to the dead body, about 100m from the summit”. Co za dead body, zacząłem pytać? Okazało się, że to zwłoki Rosjanina, które kilka dni temu stracił przytomność zjeżdzając ze szczytu (podejrzenie zaawansowanej choroby wysokościowej – HACE albo HAPE) i spadł kilkadziesiąt metrów łamiąc jedną z nóg, a następnie zamarzł. Ani Sherpowie, ani agencja organizująca jego wyjazd nie kwapili się ze usunięciem ciała. Trudno tu dojść, czy była to kwestia braku ubezpieczenia, czy po prostu przejaw typowej trzecioświatowej rozpierduchy, gdzie nikt nie chce wziąć odpowiedzialności i wszyscy umywają ręce. Tak czy inaczej, połamany Rosjanin wisiał zaplątany w poręczówki przez dobry tydzień, może dłużej. Pozostaje mieć nadzieję, ze po upadku nie odzyskał przytomności.
Kilka dni wcześniej, schodząc z aklimatyzacji w C1 albo ABC spotkałem parę Rosjan – bardzo wysokiego gościa w towarzystwie obrazkowo ślicznej blondynki, z włosami zaplecionymi w małe warkoczyki. Szli dosyć ostro, z BC prosto do C1, prawie 1300 metrów przewyższenia. Rozmawialiśmy chwilę, cieszyli się, że jestem z Polski. Mam szczerą nadzieję, że tam na górze to był inny Rosjanin.

Im bliżej ciała, tym mniej mam siły, zmęczenie ostatnich dni, coraz ostrzejszy kaszel i wysokość robią swoje. Jestem w stanie zrobić dwa, trzy kroki, po czym zawisam na linie i biorę po kilka oddechów, potem kolejne dwa, trzy kroki i znowu przerwa. Trochę marzną mi palce u nóg – mimo ogrzewaczy i specjalnych, wysokościowych wkładek do butów. Kiedy po raz kolejny tracę oddech, zaczynam rozważać odwrót, ale tak naprawdę nie ku temu żadnego powodu, jestem zmęczony i zmarznięty, ale do kresu wytrzymałości jeszcze daleko. Przeganiam demotywujące myśli i walczę dalej. Ten cykl powtarza się wielokrotnie, pozostaje tylko się domyślać jak ciężko trzeba walczyć powyżej 7 i 8k…
Reszta teamu zaczyna mnie doganiać. Najwyraźniej procentuje fakt, że ich wyposażenie wnieśli na górę Sherpowie, a ja, jak głupi, targałem wszystko sam. Ostatecznie docieram do Rosjanina – staram się nie patrzeć w tamtą stronę, wyłączyć ten kawałek świadomości. Mimo to jakoś podskórnie czuję, że obok jest nieżywy człowiek i jest to dosyć niepokojące uczucie. Mija wieczność i udaję mi się wyjść ponad ciało. Do szczytu coraz bliżej, przepuszczam dwie osoby, które poruszają się szybciej ode mnie po czym napieram dalej.

Ok. 1430 docieram na spore wypłaszczenie – jeszcze tylko przejście przez niewielkie wgłębienie, krótki trawersik i mam przed sobą panoramę wysokich Himalajów. Everest, Lhotse, Makalu, Baruntse, wszystkie widoczne jak na dłoni. Jestem koszmarnie zmęczony, łapie mnie też ostry atak kaszlu. Właściwie to nawet nie mam siły się cieszyć. Robię kilka zdjęć, proszę też Ronana, żeby sfotografował mnie na szczycie. Poza tym siedzę na plecaku, odpoczywam, piję wodę i zjadam jakiegoś batona.
Spędzamy na górze jakieś 30 minut, po czym zaczyna się powrót. Początkowo Reverso nie chce się wpinać w zamarznięte poręczówki, pierwsze zjazdy idą bardzo opornie. Im niżej jednak tym sprawniej, ostatecznie docieram na dół na długo przed resztą. Kilkadziesiąt metrów nad ciałem spędzam trochę czasu wybierając linę, w którą nie jest wpięte, nie mam najmniejszej ochoty zaplątać się w liny obok śpiącego Rosjanina… W C3 jestem chwilę po Dorje, który już gotuje herbatę. Kubek ciepłego naparu piję w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Paręnaście minut później jestem już w namiocie, topiąc śnieg.

Wieczór mija spokojnie, zjadam całą masę gotowych posiłków – jakieś curry, kuskus, Ronan oddaję mi połowę swojej porcji, bo sam nie jest specjalnie głodny. Do tego herbata. Najwyraźniej przeginam z herbatą, bo długo nie mogę spać. W środku nocy łapią mnie bezdechy, więc łykam Diamox i ostatecznie udaję mi się przespać kilka godzin przed świtem.