Wielkimi krokami zbliża się mój ostatni dzień w TH i to ostatni być może nawet na kilka długich miesięcy. Nie wiem jeszcze jak poukładają się sprawy, ale najwcześniej pojawię się tu znowu dopiero jesienią. Co prawda latem spędzę prawie 3 miesiące w Nepalu (tak, znowu – i to mimo tego, że całkiem niedawno byłem przekonany, że tu nie wrócę przez lata!), więc nie będę tak całkiem odcięty do Azji. Natomiast Nepal i Tajlandia to bajki tak różne, że w sumie mógłbym wybrać się na inną planetę.
Category Archives: Tajlandia – Okiem gekona
psy, deszcze etc.
Khanom, po dwóch miesiącach na Penangu, gdzie jest tyle impulsów, że czasem nie wiadomo od czego zaczynać, dramatycznie rozleniwiające.
w Khanom.
Król się koronuje (co wychodzi tak średnio, jako że do popularności Bhumibola odrobinę mu brakuje), a Miro wraca do swojej nadmorskiej samotni.
good bye Khanom.
A właściwie good bye for now.
Wychodzi na to, że spędziłem w Khanom niemal trzy miesiące non-stop (minus eskapady do Bangkoku i na Penang). A od maja zeszłego roku prawie pół roku. To sporo i, jak pisałem wcześniej, czuję pewne przywiązanie do tego miejsca.
safety first.
Jak ogólnie wiadomo, jazda skuterem w Azji Południowo-Wschodniej odbywa się ze skrupulatnie przestrzeganą przez wszystkich zasadą safety first. I tak, mamy na małych skuterkach całe wielopokoleniowe rodziny, z babcią włącznie, pędzące na złamanie karku z całkowicie stoickim spokojem (wszak bilans karmiczny i tak w równowadze, więc po co się niepotrzebnie stresować), powszechną jazdę w klapkach i krótkim rękawie (to ja!) i jazdę bez kasków (to akurat nie ja, bo w kasku jeżdzę zawsze, nawet jeśli jadę 30m od domu wrzucić torbę ze śmieciami do komunalnego kubła).
do Khanom.
I znowu niedziela w podróży. Niedziela, generalnie, to dobry dzień na podróże, bo w niedziele zasadniczo mało się dzieje, panuje ogólny marazm, nie do końca wiadomo, co ze sobą zrobić, pojawia się niechęć i napięcie przed poniedziałkiem. Ja co prawda od jakiegoś już czasu mam nieco inne poniedziałki niż większość populacji, nie muszę tłuc się do biur i kisić w szklanych pułapkach, za to mogę niezobowiązująco wciągnąć laptopa do łóżka i przez pół poniedziałku pracować spod kołdry.
Lumphini i Panpuri (i nadchodzące wybory).
Przedwczoraj wieczorem wybrałem się na spacer do parku Lumphini. Myślałem, że będzie w miarę pusto, tymczasem tłumy biegaczy i innych aktywistów fizycznych. Do tego masa kotów. Nie wiem czy to sezon na koty akurat, czy wyłażą z różnych nor i zakamarków dopiero po zmroku, bo wcześniej ich nie widziałem tak en masse – ale bywałem w ciągu dnia zwykle.
back to BKK.
No i Bangkok mnie wciągnął, jak zawsze. Jednak strasznie lubię to miasto. Zatrzymałem się początkowo w nieznanym mi jeszcze miejscu przy Sukhumvit Soi 26 (Phrom Phong), ale nie pasowało mi specjalnie, więc wróciłem w znane mi klimaty Ekkamai.
smog w BKK.
Akurat kiedy postanowiłem zrobić sobie krótki city break w Bangkoku, miasto przykryła wielka chmura smogu. Co prawda zdarza się to co roku i w sumie mogłem rzecz przewidzieć. Zaopatrzyłem się więc w stos masek 3M N95, do tego w BKK zwykle nie spędzam za dużo czasu na świeżym powietrzu, powinienem więc przeżyć. Poniżej filmik poglądowy z NewsAsia.
dom.
Dom zaczyna powoli przypominać kuter albo bungalow w klimatach Death in Paradise. Właściciel chyba nie ma nic przeciwko moim zabawom w found art, nawet ostatnio stwierdził, że jedna z konstrukcji jest beautiful.
palmy.
Gdyby ktoś zastanawiał się kiedyś skąd biorą się palmy kokosowe, to wyjaśniam: one wyrastają z orzechów kokosowych. Poniżej kilka zdjęć poglądowych.
beachcombing (z elementami beach bummingu).
Kilka tygodni bez słowa, ale wsiąkłem w nadmorskie życie i przestawiłem się w tryb lokalsa. A w trybie lokalsa nie mam ochoty pisać, jako że ma miejsce pewna internalizacja i to, co do niedawna postrzagałem jako pewne novum, egzotykę, staje się naturalną codziennością, której jestem częścią. Jest to strasznie fajne uczucie, bo głowologicznie dokonuje się zmiana kontekstu (m.in. dlatego zawsze starałem się podróżować w danych kraju przez minimum miesiąc – taka tranzycja wymaga czasu).
Khanom po tajfunie – zdjęcia.
Poniżej kilka zdjęć z plaży w Khanom dzień po tajfunie Pabuk.
Georgetown – Khanom.
Ostatni dzień w GT bez specjalnych atrakcji. Deszcz, który miał spaść dzień wcześniej, spadł dzisiaj i zostałem uroczo przemoczony. Najpierw spadło kilka niezobowiązujących kropel, które zlekceważyłem, następnie kilka poważniejszych kropel, które spowodowały, że zacząłem szukać schronienia (nie chciało mi się ubierać w plastikowy płaszcz, który wożę w bagażniku). Zanim je znalazłem, byłem już cały mokry, więc po prostu pojechałem dalej.
chmury.
Cyklon Pabuk szaleje, a jego wpływ daje się odczuć w całym rejonie. Miałem kilka ambitnych planów na dzisiejsze przedpołudnie, ale ze wzgórz ciągnęły ciężkie chmury, co chwila mżyło i wszystko wskazywało na to, że już za moment zacznie się monsunowe pandemonium.
świątynia Kek Lok Si i tama Air Itam.
Wczoraj uniwersalne święto, więc mogłem nieco odpocząć od pracy i poświęcić dzień na eksploracje okolicy. Praca z Malezji ma to do siebie, że w okresie zimowym jest aż 7h różnicy między czasem lokalnym a środkowoeuropejskim (w TH 6h w zimie i 5h w lecie), więc można pierwszą część dnia poświęcić na przyjemności, a następnie pracować od gdzies od 1200 do 2000, zachowując wciąż całkiem niezłe pokrycie z czasem w PL i okolicach.
huragan.
Nad Khanom nadciąga bardzo poważny tajfun, czyli, de facto, huragan. Na razie jest gdzieś na wysokości Wietnamu, ale w piątek ma przejść dokładnie nad moją wioską.
Hat Yai – Georgetown.
Dzisiaj kolejny dzień eskapady na południe. W Hat Yai moto na sattanii rot dtuu (dworzec minibusów), rot dtuu do Padang Besar, piesze przejście granicy jednej, a następnie drugiej, dalej pociąg (tren) typu Komuter, potem prom typu feri, taxi z Graba i jestem na miejscu. Podróże są fajne.
Khanom – Hat Yai.
Jak pisałem wcześniej, kilka pierwszych dni nowego roku postanowiłem spędzić w Malezji. Co prawda nie celebruję specjalnie (zasadniczo nie celebruję w ogóle, nie obchodzę nawet własnych urodzin), ale siedziałem w Khanom od miesiąca i powoli zaczynałem czuć lekką opresyjność wsi spokojnej i wesołej.
legalize it!
No dobrze, wszystko wskazuje na to, że jesteśmy o krok od legalizacji medycznej marihuany w TH.
