16.IX.2010 – Jiri-Shivalaya-Bhandar.

Wstaję dosyć późno, o 0730 – to pierwszy dzień i jeszcze nie do końca opracowałem się codzienną rutynę. Potem śniadanie – chapatti z miodem i litr herbaty. Płacę, zostawiając 10% napiwku, jako że miejsce bardzo przyjazne, jedzenie dobre i miły pokój. Potem rozmawiamy o mojej trasie, dostaje kilka wizytówek zaprzyjaźnionych lodge’y. Na sam koniec dostaję kata – buddyjski szal, jako błogosławieństwo na drogę. Bardzo mnie to ujęło – nie musieli tego robić i zazwyczaj takie rzeczy się nie zdarzają, więc najpewniej była to spontaniczna inicjatywa.

Ruszam w drogę mocno po ósmej. Jest nieco zawiła, ale docieram do Shivalaya w 3.5h, akurat na obiad. Raz się poważnie gubię, myślę, że idę w niewłaściwą stronę jakieś 30 minut. Dopiero dwóch porterów bez ładunku, spotkanych po drodze, uświadamia mi, że źle idę. Rozmawiamy, w końcu zostaje tylko jeden, który próbuje mnie gdzieś prowadzić na zbocze, w gęsty las… Długo się waham, w końcu ruszamy. Po 10 minutach na bardzo stromej i ledwo widocznej ścieżce jestem z powrotem na właściwej trasie. Mój nowy przewodnik chce pieniędzy za przysługę – 100 rupii. To zdecydowanie za dużo, staje na 50. Płacę bez większych oporów, gdyby nie on, straciłbym kilka godzin i nie dotarł do Bhandar przed zmrokiem.

Do Shivalaya wchodzę w pierwszych kroplach deszczu, kilka minut później pada już regularny, monsunowy deszcz. Shivalaya to kolejne ładne miasteczko – schludne, zadbane i położone w o wiele ładniejszej okolicy niż Jiri. Nie mam jednak za dużo czasu na zwiedzanie, kończę obiad i ruszam w górę. Do pokonania mam 1000 przewyższenia na przełęcz Deorali. Idę bardzo powoli, przy każdej okazji pytam też o drogę – to dobry zwyczaj, który będę teraz praktykował codziennie. Sprawdza się lepiej od map, przewodników i kompasu. W pewnej chwili zaczepia mnie lokalny guide i pyta dokąd idę. Mówię, że pod Makalu. Guide jest wielce zaskoczony “strong man” – woła – “so many days”… No cóż, za parę tygodni okaże się, czy faktycznie strong.

Na przełęcz docieram po 3 godzinach – wychodzi ok. 350 metrów przewyższenia na godzinę, co nie jest złym wynikiem, biorąc pod uwagę 20-kilku kilogramowy plecak. Robi się ciemno, podnosi się mgła, ale na miejscu jest kilka murowanych lodge’y. W jednym z nich wzmacniam się herbatą i ruszam w dół do Bhandar, gdzie docieram o 1730. Jestem już mocno zmęczony, pod koniec dwa razy przewracam się na śliskich kamieniach. Kończy się na lekko wygiętym kijku i zabłoconych spodniach.

Bhandar zdecydowanie nie jest centrum świata. Kilkanaście domów rozciągnięte na przestrzeni dwóch kilometrów. W centrum mała gompa dwa asymetryczne chorteny – jeden zwieńczony kopułą, drugi piramidą. Zatrzymuje się w Shobha Lodge. Warunki nieco spartańskie, ale po długim dniu nie mam siły wybrzydzać. Poza tym mają autentyczny gorący prysznic – z wodą ogrzewaną piecykiem gazowym.

Po drodze do Bhandar natykam się na niezwykły entourage. Starszy, siedemdziesięciokilkuletni Japończyk na kucyku (albo osiołku), porter, przewodnik i menedżer kucyka. Kucyk dokonuje rzeczy niemożliwych, wwożąc starszego pana po bardzo stromych, śliskich stopniach. Zatrzymują się w tym samym lodge’u. co ja – próbujemy trochę rozmawiać, ale ciężko to idzie, jako ze Japończyk bardzo słabo zna angielski. Okazuje się, że idą do Gokyo, a planach mają co najmniej dwie przełęcze powyżej 5000 mnpm! Ambitnie, trzymam kciuki za kucyka.

Zastanawia mnie też jedna rzecz – jestem na totalnym odludziu, mgła, mżawka, zimno, mrok, nie ma światła, klimaty zdecydowanie depresyjne. Mimo to czuję się tutaj dobrze – nie czuje zagrożenia, pustki, nostalgii. Ciekaw jestem, czy to himalajski genius loci, nastawienie ludzi, czy po prostu fizyczne zmęczenie mnie tak nastawiają. Później wielokrotnie będę miał tą samą obserwację – gdzieś w zadymionym bhatti, kilka dni od najbliższej drogi, bez kontaktu ze światem, zdany praktycznie wyłącznie na siebie, będę się czuł mocno zrelaksowany i generalnie zadowolony z życia.