24.IX.2010 – Bung-Sanam.

Z Bung ruszam o zwykłej porze, ok. 0730. Wcześniej, gospodyni robi mi śniadnie, dwa smażone jajka i duże chapatti z miodem. Niestety, tak jak udało mi się – z pomocą rozmówek angielsko-nepaskich – wyjaśnić, co chcę zjeść, tak nie próbowałem nawet wyjaśnić, że jajka zjem najpierw, a chappati z miodem na koniec. Dostałem więc talerz chapatii, na których leżały ociekające tłuszczem jajka. I słoik miodu na dokładkę.

Schodzę ok. 300 metrów do wiszącego mostu, jest parno i mgliście. Znad rzeki podchodzi się ok. 600 metrów w pionie do miasteczka Gudel. Podejście całkiem zwyczajne, robię dobry czas, ale upale szybko się odwadniam. H. W. Tillman ułożył kiedyś mały poemat na temat podejścia do Gudel (a właściwie zejścia, bowiem Tillman szedł na północ, w stronę Everestu):

In dreadfulness nought can Excell,
The prospect of Bung from Gudel;
And words die away on the tongue
When we look back on Gudel from Bung.
Hope thirstily rested on Bung
So richly redolent of rum;
But when we got there
The cupboard was bare,
Sapristi. No raksi. No chang.

Nie wiem, o co mu chodziło, doprawdy. Ani podejście, ani widoki nie wychodzą ponad przeciętną. Może rymowało mu się po prostu, albo miał zły dzień – za dużo rakshi poprzedniego wieczora. Próbuje nawet nieudolnie tłumaczyć po drodze:

Jak przeraźliwie się nudzę,
Schodząc do Bungu z Gudel;
A mapa wypada mi z rąk,
Gdy na Gudel patrzę z Bung
Z nadzieją parłem do Bungu,
Licząc na szklankę rumu
Na miejscu jednak, uwierzcie,
Kropli rumu w całym mieście.
Czas chyba wracać do domu…

W Gudel wypijam kilka kubków herbaty w dosyć podejrzanym towarzystwie gościa w bandance i jednym zębem na przedzie. Dobrze mówi po angielsku, jeździł sporo po świecie, ale coś z nim nie tak. Jakiś ma kryminalny aspekt w sobie. Rozmowa typowa – skąd, dokąd, jak szybko i tak dalej. Mam nadzieje, że nie zasadzi się na mnie na kolejnej przełęczy.

Obiad dla odmiany jem w prywatnym domu – z termos herbaty i dużą porcję znakomitego dal bhaat chcą 150 rupii. Płacę 200, dla mnie różnica żadna, a domostwo sprawia wrażenie mocno ubogiego. Mdłości nieco mniejsze, ale nie ustępują. W godzinę później jestem w Sanam, gdzie zatrzymuję się pięknym, ale nieco demonicznym drewnianym domu. Rzeźbione okiennice i balustrady, grube drewniane belkowanie, wąskie języczki dymu sączą się przez szpary w stropie. Pachnie nieco jak wędzarnia.

W nocy co prawda nie prześladują mnie demony, ale własny żołądek. Mimo antybiotyku sytuacja robi się coraz poważniejsza. Wyciągam swoje kompendium wiedzy medycznej i zaczynam analizować. Wszystkie objawy i czas trwania dolegliwości pasują do Giardii. Decyduje się na kurację Tinidazolem. Już po pierwszej dawce czuję lekką ulgę, ale przede mną jeszcze całe dwa dni kuracji.

Nie po raz pierwszy gratuluje sobie zapobiegliwości, jeśli chodzi o wyposażenie apteczki… Mam ze sobą naprawdę masę leków i cieszę się, ze nie zbagatelizowałem zdrowotnych zagrożeń, jakie mogą wiązać się z taką wyprawą.