Ruszam w drogę po małym śniadaniu i już po paru minutach wiem, że będzie bardzo ciężko. Właściwie to z trudem idę. Nie wiem, czy antybiotyk, czy pierwotniak, ale długie podejście na przełęcz Salpa La wydaje się wysiłkiem zdecydowanie ponad siły. W niewielkim bhatti zatrzymuje się na herbatę i ciastka – czuję się po nich nieco lepiej. Bardzo powoli ruszam do góry. Po pół godzinie wiem, że dzisiaj nie dam rady. Zawracam więc do Sanam, dalsze forsowanie się nie ma większego sensu.
Wracając mijam bhatti, w którym niedawno piłem herbatę – właściciel bardzo zatroskany, pyta, czy nie potrzebuje pomocy. Wyjaśniam, że mam problemy z żołądkiem i wracam do Sanam kurować się.
Na miejscu okazuje się, że mój lodge jest zamknięty – właściciele wybyli gdzieś, zostawiając dom pod opieką dwójki staruszków, którzy przyglądają mi się ciekawie przez okno, ale nie kwapią się z wpuszczeniem mnie do środka. Nie jest dobrze, myślę, Sanam, to koniec świata, raczej nie mają tu dwóch lodge’y. Szcześliwie pod koniec wsi widzę sławojkę z napisem “hot shower”. No, skoro hot shower, to i lodge. Faktycznie, lodge ma co prawda tylko jeden pokój, w połowie zajęty przez suszące się kolby kukurydzy, ale mnie więcej nie trzeba. Wyciągam śpiwór i idę spać na kilka godzin.
Reszta dnia mija leniwie – na przemian śpię, albo siedzę w kuchni, gdzie przesiaduje dwójka sąsiadów, starsza Sherpani i młody mnich. Mnich jest wręcz siłą zmuszany do picia herbaty, każde uzupełnienie kubka wiąże się z kilkuminutową operacją. Gospodyni skrada się z czajnikiem, wykorzystując nieuwagę mnicha, gdy ten ja dostrzega, chowa kubek pod stół, albo zasłania go ręką. Gospodyni odstawia czajnik w pobliże starszej sąsiadki, która zagaduje mnicha i ukradkiem dolewa mu herbaty. Ten orientuje się w czym rzecz i zaczyna odmowy przeplatane podziękowaniami.
Na kolację znowu dal bhaat. Mimo mocnego znużenia ryżem z soczewicą, mogę już w miarę normalnie jeść. Dostaje też garść suszonego sera – churpi – z mleka naka (samicy jaka). Bardzo dobra rzecz.
