05-06.X.2010 – Num-Sedua-Tashigaon.

Przejście z Num do Sedua męczące – bardzo gorący dzień, 1000 metrów w dół, do marnych 600 mnpm, a potem kolejne 1000 w górę. Sedua leży praktycznie na wprost Num, ale po drugiej stronie głębokiej doliny. Na miejscu rejestruję się w punkcie straży parkowej. Tradycyjnie nikt nic nie wie, dziwią się, że jestem sam. Wspólnie wypełniamy wielką tabelę w równie wielkim zeszycie. Po długich deliberacjach w pole “agency” wpisują “TIMS”.

Nieco pobolewa mnie gardło i ogólnie czuje się nędznie, więc łykam ibuprofen i aspirynę, po czym wcześnie idę spać.

Kolejny dzień krótki, w sumie ok. 3h chodzenia. W Tashigaon mam spotkać swojego portera i rodzinę, która poznałem w Khandbari. Rodzina jest potężna, właściwie to cały, kilkudziesięcioosobowy klan, reprezentowany między innymi w Czechach i Włoszech. Zdominowali większość trasy do Makalu BC, budując lodge praktycznie na każdym postoju – Tashi, Khongma, Dobate, Yangle Kharka i Yak Kharka. Ich wpływy nie sięgają jedynie base campu, ale podejrzewam, że to jedynie kwestia czasu.  Wśród rodziny jest młoda Sherpani, która uczy się w Tokio, i wpadła tu tylko na krótkie odwiedziny. Sherpani wyraźnie jest na etapie poszukiwania męża. Pokazuje mi album rodziny, w którym dominują zdjęcia jej siostry, co to wyszła za mąż za Czecha i w Czechach zamieszkała. Pytam jak się poznali – ‘przyjechał tu na trekking, tak jak Ty’, odpowiada chichocząc i wdzięcząc się. Czas uciekać, myślę sobie.

Kwestia tragarza wciąż aktualna. Umawiamy się na 800 rupii dziennie. Więcej niż się spodziewałem, ale jak tą wysokość i porę roku, jest to bardzo dobra stawka. Wieczorem rozmowy o szczegółach, mam nadzieje, że bez niespodzianek tym razem.

Dzień robi się leniwy, więc kolejne popołudnie spędzam grzejąc się na słońcu, rozmawiając z Australijczykami i snując dzikie plany na najbliższe kilka dni. Przed snem łykam Diamox – jutro wchodzę z 2000 mnpm na 3500 mpnm, spora zmiana wysokości jak jeden dzień, mimo że 3500 to nie jest jeszcze poważna wysokość. Co więcej, w drodze pod Makalu spędziłem kilka nocy w okolicach 3000 metrów. Tak czy inaczej, wolę dmuchać na zimne.