Pogoda, która wczorajszym popołudniem lekko zniechęcała do życia, tego ranka jest wyjątkowo zachęcająca. Pakuje plecak nie czekając na Lakpę wchodzę na pierwszą przełęcz, Khongma La, gdzie zresztą byłem już dzień wcześniej. Na górze powalający widok ośnieżonych szczytów, wyciągam aparat i przez kolejne pół godziny fotografuję – peak 6 i 7, Jaupa, peak 5, a z drugiej strony widok na masyw Kangczendzongi, jakieś 80-100 km stąd. Dobra karma najwyraźniej procentuje, bo po pół godzinie chmury zasnuwają szczyty. Lakpa i Hiszpan docierają na przełęcz juz post factum.
Z dużą przyjemnością ruszam dalej – droga prowadzi stosunkowo wąską granią, stopniowo wspinając się sie 4000 metrów. Krajobraz robi się wyraźnie subalpejski, co chwilę widać konkretniejszy górotwór. Wchodzę na kolejną przełęcz, Ghungru La, potem mijam niewielkie jeziorko, Kalo Pokhari. Wreszcie wchodzę na Shipton La, przełęcz nazwaną tak na cześć Erica Shiptona, który w roku 1952 szedł tędy z E. Hillarym podczas rekonesansu przed atakiem na Everest.
Na Shipton La wchodzę sam, bo porter z kolegą zatrzymują się nieco przed przełęczą, poczekać na resztę rodziny. Podejście lekko daje się we znaki, ciężko oddycham, mimo spokojnego, równego tempa – zbliżam się do 4200 mnpm i wysokość powoli daje o sobie znać. Na przełęczy chorten, ława dla porterów i dużo słońca. Sama przełęcz – łagodne siodło z cała masą lekko połogich płasienek, porośniętych miękkim mchem. Miejsce nieco kojarzy mi się z tatrzańską Dolinką Spadową i zdecydowanie zachęca do dłuższego odpoczynku. Wyciągam więc z plecaka suszone owoce, orzechy i wodę, po czym rozkładam się jak leniwy jak na jednej z omszałych poduszek. Zazdroszczę Shiptonowi – ładne miejsce nazwali jego imieniem. Widoki może przeciętne, ale atmosfera niepowtarzalna.
Po trzech kwadransach dołącza Lakpa z kolegą i resztą klanu. Zaczynają się różne zawody – kto dalej pchnie ciężkim kamieniem, kto wykona salto, albo przewrót z ustaniem na nogach. Przymierzam się, ale nie osiągam zbyt dobrych wyników. Próbuje przypomnieć sobie pady z Jitsu, ale minęło zbyt wiele czasu i ostatni element ciągle mi umyka. Salto z ustaniem na nogach jest już całkowitą porażką i wzbudza powszechne rozbawienie. Sam też się skręcam ze śmiechu, co dodatkowo nakręca dobry nastrój.
W chwilę potem ruszamy w dół, do sporego jeziorka z chortenem. Ojciec Lakpy częstuje mnie colą rozcieńczoną wodą z jeziorka. Wymawiam się grzecznie, tłumacząc, że piłem na przełęczy. Na tej wysokości woda powinna być sterylna, ale pomny niedawnych doświadczeń z Giardią, wolę być ostrożny. Z nad jeziora ruszamy w górę, na ostatnią dzisiaj przełęcz – Keke La, potem szybko w dół do Dobate.
Hotel w Dobate to jedna chata z częścią kuchenno-sklepową i sypialną. Ta ostatnia składa się z kilku ław, postawionych obok siebie i tworzących wygodną, szeroką platformę do spania. Na kolację smażone ziemniaki, po czym do łóżka – na sklepowej półce udało mi się wypatrzyć książkę po angielsku – pożyczam ją od właściciela i – po raz pierwszy od niemal 4 tygodni) – mam okazję poczytać coś innego niż przewodnik. Literatura nędzna bardzo, ale moje szare komórki są na tyle spragnione jakiejkolwiek stymulacji, ze nie przeszkadza mi to specjalnie.
