12.X.2010 – Yak Kharka-Makalu BC-Yak Kharka.

Rest bardzo dobrze mi zrobił, budzę się niezwykle energetyczny i pełen chęci do działania. Na pewno pomógł też Diamox, dzięki któremu przespałem całą noc bez jakichkolwiek problemów. Szerpowie nieco spóźniają się ze śniadaniem, ale po odrobinie perswazji, udaje się nam wyruszyć niemalże zgodnie z planem, w chwile o 0700. Lakpa niesie mój day pack, ja biorę tylko aparat. Ach, uroki posiadania portera. Dołącza do nas Juan, trochę na krzywy ryj – nie bierze ze sobą wody, jedzenia, a potem bez skrupułów korzysta z moich. Niech będzie, Jego karma.

Pierwsze kilkadziesiąt minut idziemy przez dolinę Barun – mijamy Merek (rozległa kamienista płaśń w zakręcie rzeki), a potem Shershong, dużą halę z resztkami kamiennej chatki, czy dwóch. Krajobraz jak z innej planety – szarości, brązy, trochę bieli i przebłyski błękitu na górze. Spektrum kolorystyczne rozpaczliwie domaga się uzupełnienia zielenią.

Tempo mamy bardzo dobre, bo do moreny nad base campem docieramy w 2.5h (przy zakładanych 4h). Na dół, do właściwego base campu jest jeszcze ze 20 minut drogi. Decyduje się zostać na górze – widoki znacznie lepsze, do lodge’y na dole też nie mam po co schodzić.

No właśnie, widoki – do tej pory nie miałem okazji oglądać Makalu; nie pozwalało na to zachmurzenie, albo zasłonięty był przez inne szczyty. Tym razem jest inaczej, pogoda niezła, choć nie całkowicie bezchmurna. W miarę jak podchodzimy pod morenę boczną, widać coraz więcej. Na pierwszy fragment masywu zwraca moją uwagę Lakpa: łapie mnie za rękę i pokazuje palcem – Makalu. Robię kilka zdjęć i ruszamy dalej. W końcu wychodzimy za ostrogę i szczyt widać w całej okazałości.

Efekt jest piorunujący – jesteśmy na 5000 m, a nad nami jeszcze 3.5 km górotworu. Do tego pod nami, 150-200 metrów niżej dolina Barun z lodowcem, co dodatkowo potęguje ekspozycję. Masyw zaczyna się od brązowawych piargów, by potem stopniowo przejść w zaśnieżone stoki. Gdzieś w połowie wysokości cienka warstwa chmur. Stoję tak kilkanaście minut, sycąc oczy widokiem. Nie dość, że szedłem prawie miesiąc, żeby stanąć twarzą w twarz z Makalu, to jest jeszcze jest to pierwszy ośmiotysięcznik, widziany bezpośrednio i z tak bliska. Brakuję im tła muzycznego, III symfonii Góreckiego, albo Fratres Arvo Parta. A właściwie nie brakuję, bo przeładowanie zmysłu wzroku starcza też za muzykę.

Uspokajam się nieco, robię zdjęcia. Zdecydowanie planuję tu wrócić, do zrobienia jest choćby przejście do Solu Khumbu przez Sherpani Col, może z czasem Baruntse.

Po godzinie decyduję się wracać – cel osiągnięty, kolejny plan jest, nie ma co się za bardzo rozczulać. Wspólnie z Lakpą oddajemy Makalu pokłon i ruszamy do Yak Kharka. Powrót mija szybko i bez niespodzianek. Na miejscu dopada mnie lekka deprecha i ogólna nostalgia, na domiar złego pogoda gwałtownie się pogarsza, robi się zimno, opada mgła. Idę do kuchni, gdzie po raz kolejny dostaje pieczone ziemniaki na koszt firmy, do tego herbatę. Ok. 1800 ładuję się do śpiwora i śpię do rana.