Kolejny dzień powrotu – sobota, czyli nepalski dzień wolny. Do śniadania, które jem wspólnie z Francuzami, dostajemy talerz pokrojonych jabłek. Pani Fracuzka rezygnuje w obawie przed amebą, więcej zostaje dla mnie. To pierwszy znajomy owoc od ponad miesiąca – pomijam guawy i leśne jogody, którymi byłem częstowany w Tashigaon.
Śniadanie spóźnia się o ponad godzinę – wszak gotowanie dla trójki turystów to już poważne wyzwanie. Wykorzystuje to opóźnienie, żeby ogolić się i doprowadzić do bardziej cywilizowanego wyglądu. Wszak za dwa dni będę w Khandbari, stolicy prowincji, a to do czegoś zobowiązuje!
Po przedłużonych ablucjach i spóźnionym śniadaniu ruszam w drogę. Zaczyna się w lekkim deszczu, który po 30 mintach zamienia się regularną tropikalną ulewę. Doskonale się idzie w tych warunkach – temperatura ok. 15 stopni, może 17, deszcz, który chłodzi i orzeźwia, tempo mam niesamowite. Miejscami nawet biegnę truchtem, co z ponad 20-kilowym plecakiem jest doświadczeniem ciekawym. Deszcz sprzyja inwazji pijawek – mimo że moja krew niespecjalnie im smakuje, w połowie drogi znajduję wyjątkowo persystentną bestią, która wgryzła mi się w łydkę przez skarpetkę. Do Chichili docieram w nieco ponad 3h, loguję się w znajomym logde’u i biorę za codzienne czynności – pranie, pisanie dziennika, jedzenie i rozmyślania na temat uroków życia w podróży.
Jako że dzisiaj lokalne święto, właściciel lodge’a nie wylewa za kołnierz. O 1300 jest już ledwo ciepły, w dwie godziny później próbuje wciągnąc mnie w rozmowy o życiu, wszechświecie i wszystkim innym. Podziwiam jego zapał, zwykle działam na ludzi odstraszająco i nikt bez wyraźnego zaproszenia mnie nie zaczepia w celach towarzyskich. Rozmowa się jednakowoż nie klei, niechybnie poziomy alkoholu we krwi się nie zgadzają.
Zostaję więc na ganku sam, sączę piwo i planuję kolejny trek. Po raz drugi w ciągu ostatnich dwóch dni zaczepia mnie szerpański przewodnik i zaczynamy rozmowę na temat czasów przejść. Okazuje się, że Sherpani Col można solo zrobić bez większego problemu w 3-4 dni. Baruntse z Hillary BC (pod Makalu) w 2-3 dni, ale tu trzeba ze dwóch osób. Na przykład Miro i jeden wysokościowy Sherpa. Ach, plany na ten rejon zaczynają nabierać kolorów.
Przy okazji dowiaduję się, że dzisiaj nie tylko sobota, ale także ostatni dzień Dashain, nepalskiego odpowiednika bożego narodzenia. Trafiłem na ostani z trzech dni ostrych celebracji… Mam nadzieję, że jutro sprawy wrócą do normy. Nadzieja matką głupich jednakowoż – od jutra zaczyna się tydzień wizyt. Nepalczycy ze wszystkich stron świata ruszają odwiedzać rodziny. To zasadniczo wpłynie na moje szanse dostania się do Kathmandu z Tumlingtaru.
Czekam na Francuzów, których spodziewałem się zastać na miejscu. Dochodzę do wniosku, że nie korzystali ze stromych skrótów, których używałem po drodze. Pojawiają się po kilku godzinach – zmęczeni i ogólnie pełni negatywnego nastawienia do świata. Wychodzi na to, że deszcz okazał się dla nich zbyt dużym wyzwaniem, więc schowali się w jednym z przydrożnych domów. Tam Pani Francuzka przez ponad 3h odsypiała pogodowy koszmar. Spójrzmy prawdzie w oczy – Himalaje to nie Lasek Buloński: deszcze padają, jest zimno, ludzie śmierdzą, pijawki gryzą, a błoto brudzi. Fi donc!
Lodge w Chichila jest kolejnym gwoździem do trumny mojej francuskiej przyjaciółki, która nie ukrywa, że ma mi za złe tą rekomendację. Ale nie wszystko stracone, ma do wyboru jeszcze jeden hotel, rozchwierutany barak z blachy falistej, nastawiony na porterów i kierowców jeepów – co prawda nawet ja mam opory przed zatrzymaniem się tam.
