18.X.2010 – Khandbari-Hile.

Jako że lotnisko w Tumlingtarze wciąż zamknięte, decyduję się na powrót droga lądową. Jest to de facto jedyne wyjście, na otwarcie lotniska czekać mogę i miesiąc, a powrót pieszo oznaczałby 9 dni marszu do Lukli, skąd dziennie odlatuje kilkadziesiąt małych samolotów do Kathmandu. Droga do Kathmandu z Khandbari (położonego nieopodal Tumlingtaru) jest wieloetapowa – najpierw jeep do Sabha Khola, potem przeprawa łodzią przez rzekę, dalej jeep do Hile i wreszcie autobus do KTM.

Wyruszam wspólnie z Francuzami, mimo że zupełnie nie mam ochoty na ich towarzystwo. Kobieta roztacza tak negatywną aurę, że z trudem wytrzymuje w jej towarzystwie – wyraźnie jest sfrustrowana do granic możliwości, wygląda na to, że trekkingu w Himalajach nie będzie zaliczać do udanych wakacji. Facet też nieco mnie irytuje – kilkukrotnie podkreśla, że mają przewodnika, dzięki czemu będzie nam łatwiej, bo guide porozumie się z tubylcami. Po raz kolejny doceniam zalety samotnej podróży i zastanawiam się jak w możliwie efektywny sposób pozbyć się francuskiego koszmaru.

Pierwsza okazja nadarza się już w Khandbari. W jeepie jest za mało miejsca dla Francuzki, która nie chce jechać z tubylcami, ściśnięta jak sardynka. Wykorzystuję to i wciskam się do środka – na razie jest nas tylko 6 osób, ostatecznie będzie jechało 9. Po kilkunastu minutach ruszamy – macham żabojadom na pożegnanie i mam cichą nadzieję, że się już nie zobaczymy.

Po drodze zabawna sytuacja. Żeby nie rozbić sobie głowy o sufit na kolejnych wybojach, klinuję rękę między oknem a oparciem siedzenia (siedzania w lokalnych jeepach są wzdłuż burt, a nie w poprzek samochodu). Mniej więcej po trzech kwadransach jazdy, okno wypada – rama, na której rozpięta była uszczelka, jest tak przerdzewiała, że rozpada się na stalowe drzazgi. W ostatniej chwili udaję mi się je złapać – odwracam się do reszty pasażerów, ale Ci nie są chetni do udzielania dobrych rad, wyraźnie czekają, co zrobię. Przekładam więc okno do lewej ręki, a prawa walę kilka razy w dach – to tutejszy sygnał do zatrzymania. Za drugim razem skutkuje – samochód staję, z dachu schodzi zaciekawiony menedżer jeepa. Podaje mu okno wołając “oy, you’ve lost a fuckin’ window”. Gość nieco zbity z tropu ocenia straty i zabiera okno na dach. Moi współpasażerowie nagle zaczynają się pokładać ze śmiechu – opisują sobie cała sytuację, żywo gestykulując i śmiejąc się coraz bardziej. Po chwili dołączam do nich – bardziej bawi mnie ich upodobanie do humoru sytuacyjnego niż fakt zdemolowania jeepa.

Mój jeep jest wyraźnie pechowy, bo po drodze mamy ze trzy przystanki na dokręcenie koła, które grozi odpadnięciem. Na jednym z przystanków mija mnie jeep z Francuzami – siedzą obok kierowcy, na przednim siedzeniu, bardzo uprzywilejowana pozycja. Do przeprawy przez rzekę docieram chwilę po nich.

W Sabha Khola ładuję się na łódź i szybko ląduję na drugim brzegu. Upał robi się koszmarny, okazuje się też, że na transport do Hile czeka kilkadziesiąt osób, stale też przybywają nowe. Coroczny festiwal – Dashain – właśnie wchodzi w fazę odwiedzin. Robię kilka prób dostania się do czekających jeepów, ale widzę, że nie mam szans. Francuzi, których łącznie z przewodnikiem jest trójka, są na straconej pozycji. Guide, Pasang, próbuje negocjować z kierowcami, ale jest na straconej pozycji… Tu trzeba asertywności i bezczelności, a on jest wcieleniem łagodności.

Pierwsza fala jeepów odjeżdża, kolejna pojawia się po 1.5h… Upał coraz większy, ludzi coraz więcej, a jeepy przyjeżdżają tylko dwa. Pierwszy jest natychmiast otoczony przez tłum, udaję mi się zbliżyć do drugiego. Ktoś stoi na dachu i zdejmuje bagaże – podaje mu swój plecak, po czym sam ładuję się na dach. Tam opieram się plecami o swój bagaż, nogi przewieszam przez koło zapasowe i decyduję się nie zmieniać tej pozycji aż do Hile. Słońce nie odpuszcza, powoli zaczynam się gotować – znajduję kawałek starego kartonu, którego używam na przemian jako wachlarza i parasola. Kierowca wygania kolejne osoby z dachu, mnie też próbuje, ale słyszałem jak mówi, że na górze mogą jechać “dui”, czyli dwie osoby. Cytuję mu to “dui” aż do upadłego. W pewnej chwili robi się bardziej zdecydowany, więc pokazuję mu co dzieje się wokół drugiego jeepa i kręcę głową – “jadę aż do Hile, stary”, mówie po polsku.
Najwyraźniej przekonuje go moja determinacja, bo ostatecznie odpuszcza. Ruszamy po 1.5h postoju, by po 500 metrach znowu zatrzymać się na pół godziny. Do jeepa ładują się kolejne osoby, w tym 4 na dach. Jest nas już szóstka. Francuzi zostali w Sabha Khola – tym razem na dobre.

W chwilę później kierowca zbiera pieniądze – płacę 600 rupii i dopiero teraz jestem spokojny o swoje miejsce. Ruszamy i przez kolejne 3 godziny pokonujemy ok. 25 km. Co kilka kilometrów jeep staje, wszyscy pasażerowie wychodzą, a samochód pokonuje trudniejszy odcinek trasy bez ładunku. Potem ładujemy się na swoje miejsca i tak da capo al fine. Po pięciu godzinach mam nieco dosyć – bolą mnie mięśnie i stawy, psychicznie tez jestem nieco nadwyrężony, w końcu większość trasy jedziemy wąska drogą, wyrżnięta w zboczu rzecznej doliny. Kilkanaście centymetrów od kół jeepa jest kilkudziesięcio-, a czasem kilkusetmetrowa przepaść. Jak polecimy, to nie zostanie z nas wiele.
Robi się ciemno i zimno, przeżywam też lekki culture shock. Na dachu znalazłem sobie pozycję półleżącą – mam w ten sposób nisko środek ciężkości, poza tym jest stosunkowo wygodnie. W pewnej chwili młody chłopak, jadący obok mnie, kładzie się obok, z głową i częścią tułowia na mojej klatce piersiowej… Rozglądam się ukradkiem i widzę, że reszta towarzystwa też tak na sobie poleguje – cieplej tak i wygodniej, choć nieco brakuję mi komfortu psychicznego.

Ok. 1900 docieramy do większego skrzyżowania, część osób przesiada się na busy do Dharan Bazaar. To spore miasto, z którego odjeżdża masa autobusów do KTM, ale ja nie mam siły na kolejne 3h jazdy. Mam ochotę wyłącznie na papierosa, co mnie niebotycznie dziwi, bo od paru lat nie palę w ogóle, a wcześniej popalałem raczej jedynie okazjonalnie, na imprezach. Kupuję dwie sztuki za 10 rupii i lekko pokrzepiony nikotyną, wskakuję na swoje miejsce na dachu. Po 20 minutach jesteśmy w Hile – szybko znajduję całkiem miły lodge, zjadam znakomity dal bhaat, wypijam piwo i idę spać. Nie mam nawet siły myśleć o jutrzejszej podróży do Kathmandu.