Droga do Gokyo dosyć zatłoczona, ale prosta i lekka, do tego niezwykle satysfakcjonująca pod względem estetycznym: spory lodowiec, wysokie górskie jeziora i masy absolutnie urzekających szczytów. Mimo rozpraszaczy, na miejscu jestem po 2.5h, łącznie z odpoczynkami i przerwami na zdjęcia. Znajduję akceptowalny lodge nad samym jeziorem, gdzie okazuje się, że będę dzielił pokój z innym trekkerem, jako że jedynki nie są opłacalne w utrzymaniu. Współlokator okaże się bardzo miłym Hindusem, zupełnie nie przygotowanym do wypraw w wysokie góry.
Szybki wczesny obiad i ruszam dalej na lekko. Nad jeziorem, przy którym położone jest Gokyo, od południe góruje długa grań, która daleko na zachodzie dociera do ściany ostrych turni. Wybieram sobie wyraźną ostrogę kilka kilometrów dalej i ruszam w górę. Początkowo nudno, trawiasta, pagórkowata grań przypominająca nieco bieszczadzkie połoniny. Docieram do swojej ostrogi i widzę kolejną kilkaset metrów dalej. Sytuacja powtarza się kilka razy, aż wreszcie docieram do ściany turnic. Końcówka już zimowa, śnieg, lód i trochę wspinania po potężnych głazach.
Po drugiej stronie jeziora, dokładnie vis-a-vis mojej grani, leży szczyt Gokyo-Ri (5483), popularny cel wycieczek z Gokyo. Na zboczu prowadzącym na szczyt ścieżka na przełęcz Renjo-La. Na północny wchód widać Everest i Lhotse, na północ fragmenty lodowej grani prowadzącej na Cho Oyo. Poza tym dobry widok na lodowiec Ngozumpa i jeziora Gokyo. Spędzam sporo czasu na robieniu zdjęć i zachwytach, po czym ruszam na dół. Przez chwilę kusi mnie by zrobić trawers doliny i wrócić do Gokyo okrężną drogą, ale braki sprzętowe i powoli zbliżający się wieczór, a tym samym szybko spadająca temperatura zniechęcają mnie do takich wyzwań.
Z żalem zostawiam grań i schodzę na dół. W wiosce robię kilka zdjęć jakom, płacę fortunę za prysznic i idę się nieco rozgrzać w śpiworze. Po zachodzie słońca zrobiło się koszmarnie zimno. Wieczór w common roomie – tłumy ludzi, ale udaje mi się znaleźć miejsce. Jem ryż z warzywami, spisuję wydarzenia ostatnich dni i wracam do śpiwora. Mimo Diamoxu nie udaję mi się wyspać, początkowo roznosi mnie energia, potem jest mi koszmarnie gorąco.
Kolejny dzień ma być z założenia luźny, więc wstaję wyraźnie po 0700, golę się po raz pierwszy od kilku dni, robię pranie, przy czym cierpię koszmarne katusze – woda ma ok. 3 stopni. Po śniadaniu prawdziwy luksus – dwie kawy. Staję się miękki w tym Khumbu.
Ok. 1000 ruszam na Gokyo Ri. Zakładam buty biegowe – po tygodniach chodzenia w ciężkich butach trekkingowych i z wielkim plecakiem, czuję się jak odchudzona kozica. Na szczycie jestem w godzinę i dwie minuty, czym jestem nieco rozczarowany, bo planowałem wejść w mniej niż godzinę. Wejść było warto, widoki o wiele lepsze niż z wczorajszej grani. Idę kawałek grzędą, wreszcie docieram na wysunięta turnię, z dala od ludzi. Tam instaluję się na ponad godzinę. Robię masę zdjęć i podziwiam panoramy – zdecydowanie trzeba będzie wrócić do Khumbu.
Gdy już zaspokoję niedosyt zdjęciowy i estetyczny ruszam w dół. Natykam się na swojego sąsiada, który właśnie dotarł na górę. Robię mu kilka zdjęć i w drogę. Lekkie buty kuszą, ścieżka jest prosta, więc zaczynam biec – niezwykle ekscytujące doświadczenie, chociaż nie spotyka się z pełną aprobatą mijających mnie grup.
W Gokyo atmosfera schroniskowa, nie ma o czym pisać. Co gorsza, nie można się napić piwa (albo rakshi), bo na tej wysokości szkodzi wyjątkowo, rujnując aklimatyzację. Cena zresztą odstrasza równie mocno jak wysokość. Przy okazji kolejna zabawna historia o skąpstwie Sherpów z Gokyo. Na obiad, tradycyjnie, zjadam dal bhaat. Powszechnie przyjętym w Nepalu zwyczajem jest proponowanie przez gospodarza dokładki ryżu i sosu soczewicowego, czasem także tarkari i jakiejś zieleniny. W większości przypadków dokładki są przerażających rozmiarów i po pierwszej ma się całkowicie dosyć jedzenia. Tu jednakowoż nikt nie kwapi się z dokładkami, a na pytanie o ciąg dalszy słyszę: “nie”. Widać, że nauczyli się również asertywności.
Reszta dnia w towarzystwie dwóch Anglików, Niemca i Nowozelandczyka. Kierowca tira, leśnik, były wojskowy… Dobrze nam się rozmawia, kontekst niweluje wszelkie różnice. Aż jestem zaskoczony, że potrafię tak dobrze spędzać czas wśród całkowicie obcych ludzi.
