Kończy się październik, do końca himalajskiego spaceru zostało niewiele ponad miesiąc… Żeby to odpowiednio podsumować, na dzisiaj zaplanowałem wejście na przełęcz Cho La (5420), która łączy okolice Everestu z Gokyo. Większość książkowych przewodników rozbija przez tą przełęcz na dwa dni, podobnie jak harmonogramy różnych agencji trekkingowych. Mój plan – dojść tam w jeden dzień i wrócić przed zmrokiem.
Lokalni Szerpowie na wieść na moich planach tylko się uśmiechają. Reszta traktuje je z lekkim niedowierzaniem. Propaganda agencji trekkingowych działa – dwa dni minimum, inaczej śmierć w męczarniach.
Ruszam o 0745, pogoda jest nędzna i zapowiada się jeszcze gorsza – masa ciężkich, śniegowych chmur, mroczno, zimno i wietrznie. Przechodzę przez lodowiec i w nieco ponad godzinę jestem w Dragnag. Dragnag to obowiązkowy przystanek na liście wszelkich agencyjnych harmonogramów – tu, po spacerze przez lodowiec, spędza się noc przed zmierzeniem się z koszmarami Cho La. Szerpowie znów wyśmiewają moje plany.
Wypijam herbatę i ruszam w górę – szybko, ale staram się nie forsować, na wyczucie idę stricte aerobowo. Po godzinie i 10 minutach docieram na wielkie, szerokie siodło z potężnym kamieniem pośrodku. Na kamieniu czaszka bawoła, albo jaka – ani chybi nawiązanie do losu jaki czeka samotnego wędrowca. Zaczyna padać śnieg, widoczność spada do 200-300 metrów.
Z siodła ruszam w dół, mijam pole biwakowe z praktycznym ujęciem wody skonstruowanym ze rozciętej plastikowej butelki, sprytnie umieszczonej pomiędzy skałami. Potem kawałek w górę do tyczki z kilkoma flagami modlitewnymi, a następnie mozolne przedzieranie się przez rumowisko głazów. Bardzo tu pomagają kopczyki, budowane przez przechodzących tędy porterów.
Ostatecznie docieram do żlebu prowadzącego na przełęcz. Podejście wyraźne, ale strome, do tego po żwirze. Końcówka oblodzona, na ostatnich 20-30 metrach nieco brakuje mi raków, więc idę po zmarzniętym śniegu z boku wydeptanej ścieżki. Po 2.5h od wyruszenia z Dragnag staję na przełęczy. Czas przewodnikowy to 4h, więc jestem z siebie zadowolony.
Na przełęczy siadam na kamieniu, wyciągam z plecaka wielkiego pieroga, którego rano przygotowali mi Szerpowie w lodge’u i zaczynam konsumpcję. Zbliża się 1200, doskonały moment na obiad. W chwilę potem na przełęcz ciężko wtacza się grupa trekkingowa. Z tyłu pcha ich porter, z przodu ciągnie guide. A każdy wygląda jak chodząca reklama sprzętu outdoorowego: kolorowe gore-texy, techniczne, wspinaczkowe plecaki (koniecznie z systemem nawadniającym), okulary lodowcowe (mimo że warstwa chmur jest tak gruba, że nie sposób stwierdzić, czy słońca nie ukradli nam bracia K). Czuję się jak ubogi kuzyn w swoich wytartych, czarnych membranach. Czarny jest tak bardzo demode. Grupa wtacza się do końca i zaczynają się wiwaty, gratulacje, uściski, pamiątkowe zdjęcia – brakuje tylko szampana. Patrze na to wszystko z lekka zdumiony… Zaraz, może pomyliłem drogę i rozpędu wszedłem na najwyższy szczyt na ziemi, Rum Doodle (40 000.5 stopy wysokości). Ale nie, to Cho La, łatwa himalajska przełęcz, niewiele ponad 5000 metrów npm.
W zamyśleniu pogryzam więc pieroga i karmię czarne ptaszysko z pomarańczowym dziobem, które od kilku minut patrzy na mnie łakomie. Niechybnie jest to lokalny drozd. Dzielni trekkerzy triumfują, ale też i zerkają na mnie ukradkiem. Co ja tu robię, sam, bez armii porterów, przewodników i kucharzy, do tego karmiąc ptaka? Ptaki nie żyją na takich wysokościach, to jakiś fałsz. Poza tym to się nie godzi przecież, to jest plwanie w twarz himalajskiego etosu. Wszak tutaj Sherpa powinien mi gotować herbatę, którą popijałbym energetycznego batona znanej marki.
Po chwili jednak zapominają o mnie, tragarze donoszą bowiem krzesła ogrodowe i grupa rozsiada się do celebracji na lodowcu po drugiej stronie przełęczy. Mijałem po drodze portera, który niósł te krzesła na przełęcz – nie miał jak ich włożyć do swojego wiklinowego kosza, więc zakładał całą naręcz na szyję. To mocno zaburzało mu równowagę, więc ślizgał się po kamiennych, oblodzonych stopniach. Co 50-100 metrów rzucał całą naręcz na ziemię, wyczerpany do granic. Albowiem posadzić dupę na kamieniu, czy też plecaku, to dla prawdziwego trekkera afront gorszy nawet od samodzielnego zamówienia jedzenia w schronisku.
Mocno zniesmaczony olewam trekkerów i zaczynam myśleć o powrocie. Pogoda ustabilizowała się gdzieś w okolicach marnej. Pada śnieg, wieje, ale wciąż daleko do dramatu – widoczność na 200-300 metrów, na 30 dobra. Pierwsze 100 metrów w dół dosyć męczące – oblodzone kamienie, znowu brakuję mi raków. Ale potem z górki, schodzę z piargu, przechodzę przez zawalisko kamieni i docieram do głazu z czaszką. Po drodze krótka rozmowa z grupą Chińczyków, którzy zgubili się po drodze z przełęczy i przez ponad godzinę szukali drogi. Trójka z nich po sześćdziesiątce – mój szacunek jest bezgraniczny.
Od czaszki droga jest prosta. Co prawda mocno już jestem zmęczony, ale sprężam się i w dobrym czasie docieram do Dragnag. Tam trochę herbaty i lekki obiad. Po godzinie wracają mi siły i ruszam do Gokyo.
Na lodowcu pustki: zacina śnieg, gwiżdże wiatr, co w połączeniu z księżycowym krajobrazem robi mocne wrażenie. Droga na szczęście wydeptana i wyraźnie oznaczona kopczykami, dzięki czemu przed zmrokiem jestem w Gokyo. Na miejscu spotykam kilka osób, które mijałem po drodze – rozmawiamy trochę, po czym oddaję się rozpasanej konsumpcji.
