Szczęśliwie, szczury nie mają ochoty na czerwone mięso, budzę się więc cały i zdrów. Możliwe też, że uratował mnie fakt, iż ostatni prysznic brałem 10 dni temu, a szczury mają wszak bardzo wrażliwe powonienie.
Pogoda piękna, samoloty lądują jeden po drugim, po śniadaniu pędzę więc na lotnisko. Przy check-inie mała konsternacja, wąsaty pan pyta, czy potwierdzałem lot. Nie potwierdzałem, jako że to nie jest bilet “open”, odpowiadam tonem jednoznacznie wskazującym na to, że zamierzam lecieć choćby na kolanach pilota. Obywa się bez dramatów i po chwili mam swój boarding pass. Do odlotu godzina, więc zagłębiam się w Touching the Void.
Kilka minut przed planowanym odlotem ląduje nasz Twin Otter. Szybka wymiana pasażerów, karkołomny zjazd pochyłym pasem, gdzie nieco nas nosi na boki, i jesteśmy w powietrzu. Start nieco mniej turbulentny niż lądowanie, kiedy to nasz Otter prawie rozpadł się na kawałki.
Lotnisko w KTM traktuję już rutynowo. Pierwsza fala taksówkarzy nastawiona jest na szybki zysk na naiwnych. Widząc moje zdecydowanie i nieustępliwość w negocjowaniu ceny, sami ustępują pola kolejnej fali kierowców, podobnie pazernej. Trzecia fala jest już dosyć elastyczna. Mówię gdzie chce jechać, pytam o cenę z uśmiechem i “no jokes please”, goście się śmieją i podają ceną o 1/3 niższą niż sępy z pierwszej fali. Negocjuję kolejne 20% i jedziemy.
Powrót do Kathmandu jest już jak powrót do domu. Zaczynam rozpoznawać skrzyżowania, ulice, a w Boudha czuję się jak w warszawskim śródmieściu. Podświadomie się tutaj relaksuję – okolica kojarzy mi się z odpoczynkiem, powrotem do cywilizacji i regeneracją.
Mój ulubiony lodge – Dragon Guesthouse – nieco mnie rozczarowuje. Mimo potwierdzenia rezerwacji pokoju z Lukli, okazuje się, że pokoju nie mam. Panie widząc moją minę wpadają w lekki popłoch – szybko okazuje się, że mają dla mnie pokój w hotelu obok. Jedna z nich, Sonam, nawet zanosi tam torbę, którą zostawiłem w depozycie. Torba jest mała i ciężka, a dziewczyna ma z 150 cm wzrostu. “Sonam”, mówię “I’ll take it, it’s quite heavy”. Sonam jednak nie daje za wygraną i po kilku próbach zakłada sobie torbę na grzbiet jak plecak, po czym prowadzi mnie do tymczasowego pokoju.
Nowy hotel bardzo cywilizowany, w pokoju łazienka, z okna ładny widok na Boudhę (w prawo) i Kathmandu (w lewo). Robię pranie i resztę dnia spędzam na uzupełnianiu zapasów tłuszczu, którego resztek pozbyłem się przez ostatnie dwa tygodnie.
