18.III.2011 – Damaszek

Wstaję po 5h, nieco zregenerowany, ale wciąż na lekkim długu, jeśli chodzi o sen. Szybki prysznic i ruszam w miasto – pierwszy przystanek to kawiarnia dwa kroki od hotelu. Dostaję rewelacyjną, beduińską kawę z kardamonem, która nieco stawia mnie na nogi. Kawiarnia / herbaciarnia to typowo arabski przybytek, pełen wąsatych facetów w jalabiyach, chustach na głowach, palących masę papierosów albo nargile. W telewizji stacja Al-Arabiya. Nie czuję się specjalnie wyobcowany, mimo że jestem jedynym białym – klimaty jak Nepalu, trochę zaciekawionych spojrzeń, ale zero wrogości. Po chwili życie zaczyna toczyć się utartymi torami, a moja obecność zostaje całkowicie zasymilowana.

Dopijam kawę i ruszam na damasceńską starówkę. Nie mam konkretnego planu, wiem tylko, w którą mniej więcej stronę pójść. Szybko gubię się w wąskich uliczkach, z dala od głównych szlaków. Krążę tak przez kilka godzin, robię sporo zdjęć – potem okaże się, że byłem w dawnej Dzielnicy Żydowskiej. W pewnej chwili trafiam na bardziej uczęszczany szlak i daję się ponieść tłumowi. Tak docieram do Meczetu Umayyadów. Nigdy jeszcze nie byłem w meczecie, okrążam go więc nieśmiało, obserwując jak zachowują się lokalsi. W końcu zdejmuję buty i wchodzę do środka – niech Allah ma mnie w swojej opiece. Strażnik w bramie zatrzymuje mnie i pyta skąd jestem. Nikła znajomość arabskiego nie pozwala mi odpowiedzieć, że z Mekki, odpowiadam więc: Bolanda. Po tej deklaracji zostaję skierowany do kasy z biletami – 50 SYP za sztukę. Z biletem jestem już na pełnym legalu, wchodzę do środka i siadam obok grupki Arabów po jedną z kolumn na dziedzińcu meczetu. Obserwuję towarzystwo, robię trochę zdjęć. Przychodzą tu całe rodziny, panuje piknikowy chill-out, ludzie odpoczywają w cieniu, niektórzy nawet śpią, inni w skupieniu czytają Quaran, jeszcze inni przechadzają się odmawiąjac modlitwy. Atmosfera w pełni bezstresowa, sporo kobiet, ale poubieranych w długie jalabiye, zakrywające ręce i nogi. Europejki mogą wypożyczyć ubranie przed wejściem.

Po kilku minutach zaczepia mnie grupka młodych Arabów siedzących obok. Zaczyna się typowa rozmowa: skąd jestem (Bolanda), czy Syria jest nice (a jakże!), co tu robię (travelling around) i czy jestem żonaty (nie – ma sh’allah (Allah tak chciał) ;-)). Konwersujemy tak kilkanaście minut, po czym ruszam do sali modlitewnej. Tu także pełen luz – robię parę zdjęć, czego nikt nie ma mi za złe, zresztą młodzi muzułmanie też na potęgę fotografują – komórkami. Przez chwilę słucham Imama, przed którym rozsiadł się tłum wiernych, po czym wracam na dziedziniec poszukać optymalnych ujęć minaretu i posłuchać muezzina. Bardzo klimatycznie – atmosfera nieco inna niż w buddyjskich stupach Kathmandu, daje się odczuć, że islam to religia trochę bardziej konserwatywna. Brakuje mi też zapachu kadzideł, który w Boudhanath był wszechobecny. Po mniej więcej godzinie ruszam dalej.

Krążę po okolicznych souqach, ale nie znajduję niczego godnego zakupu. Biorę na cel damasceńską cytadelę. Zamknięta dla turystów, odbywa się tu poważna renowacja. Renowacja swoją drogą, ale brama uchylona – niewiele myśląc wchodzę do środka. Promieniując zdecydowaniem mijam trójkę strażników grających w karty w bramie. Zdecydowanie nie wystarcza, albo promieniuję za słabo, bo jeden z nich zaczepia mnie grzecznie, mówiąć “the citadel is now closed”. “I know”, odpowiadam bezczelnie “I’ll just take a quick look around”. Mój strażnik wyczuwa okazję do zarobku, bo niczym nie zrażony odpowiada “OK, I’ll give you a special tour”. Na dźwięk tych słów wąż w mojej kieszeni zaczyna się niespokojnie wić, special tour może oznaczać special price. Ale zgadzam się – wokół pustki, cała olbrzymia cytadela dla mnie. Mój przewodnik okazuje się mieć jakaś wiedzę historyczną, ja też od biedy odróżniam Mameluków od Ottomanów, wiem też kiedy miały miejsce krucjaty i kto to był Salah ad Din. Wkrótce więc prowadzimy zaangażowany dyskurs, wrodzona ciekawość skutecznie przykrywa moją faktyczną ignorancję. Obchodzimy cytadelę dookoła , przewodnik pokazuje części budowane przez Ayyubidów, Mameluków i wreszcie Turków ottomańskich, ujęcie wody, stajnie i to co zostało z 12 wież. Na koniec gwóźdź programu – kwiecista mowa o tym, że cytadela zamknięta jest, że strażnik, że nie wolno i czy przypadkiem nie zechciałbym wesprzeć datkiem za to poświęcenie. Zechciałbym, daję 150 SYP, mniej więcej tyle, ile kosztują bilety do takich przybytków. Strażnik jest podejrzanie zadowolony, wnioskuję więc, że spodziewał się ze trzy razy mniej.

Pod sam koniec zwiedzania, zza murów, docierają do mnie odgłosy demonstracji – głośne, rytmiczne skandowanie i hałas, jaki robi duża grupa przemieszczających się ludzi. Wspólnie z moim przewodnikiem ciekawie wyglądamy przez średniowieczne okno – po chwili mija nas spora grupa młodych facetów, machających syryjskimi flagami, niosących portrety wąsatego gościa i w kółko skandująca coś po arabsku. Pytam guide’a co oni krzyczą, na co ten odpowiada, że to demonstracja poparcia dla urzędującego prezydenta (Bashara Assada). Wołają – mówi – że mamy bardzo dobrego prezydenta. Następnie zaczyna długą tyradę na temat swobód obywatelskich w Syrii: “In Syria, you can go out on the street, any time you want, and you will not be stopped and asked where you are going and why! Other countries are not like that, this is exceptional!”. Chcę zapytać o stan wyjątkowy, który mają od 1963 roku, ale gryzę się w język – przez takie pytania on może mieć problemy, nie ja.

Żegnam się więc i wychodzę na ulicę, żeby dogonić demonstrantów. Zajmuje to parę minut, ale wreszcie doganiam ich na jednym z zadaszonych souqów. Posuwają się do przodu dosyć wolno, więc wychodzę z bazaru bokiem, chcąc przeciąć im drogę. Udaję mi się – po chwili jestem na placu, na którym protestujący zatrzymali się na chwilę. Robię parę zdjęć, ale nie mam dobrego ujęcia – wchodzę na rożne murki, próbuje różnych konfiguracji, ale ujęcia są wyjątkowo nędzne. Gdy szukam innego miejsca, demonstracja nagle rusza do przodu. Idę równo z nimi, gdy zaczyna się robić gorąco – goście mają szał w oczach, są nabuzowani adrenaliną do granic możliwości, skaczą, przepychają się, co i raz dochodzi do krótkich zwarć – po czym idą dalej. Oddziela mnie od nich tylko metalowa barierka. Atmosfera zaczyna mi się udzielać, adrenalina pulsuje w żyłach, mam coraz większą ochotę przeskoczyć przez tą barierkę i do nich dołączyć. Ale najpierw zdjęcia – wybiegam trochę do przodu, żeby wyjść przed tłum i złapać kilka szerokich ujęć, kiedy zauważam coś dziwnego… Równo ze mną idzie kilku facetów, odbitych jakby z jednej sztancy – wąsaci, brzuchaci, mocno zbudowani, czarne bufiaste skórzane kurtki, luźne spodnie w kancik. Wszyscy obserwują mój aparat, na razie przewieszony przez szyję i ramię. Zaczynam im się przyglądać i po chwili widzę, że jest ich więcej – jakies 30% demonstrujących. Porozumiewają się między sobą gestami i spojrzeniami, starając możliwie kontrolować sytuację. Dociera do mnie, że to osławiona syryjska tajna policja. Sporo się naczytałem o tutejszych tajniakach, ale uważałem te relacje za przesadzone. Zakładam, że mnie, auslandera, nie będą się czepiać i wchodzę na murek, skąd mam bardzo dobry widok na czoło demonstracji. Sięgam po aparat i po chwili jestem otoczony – trzech, czterech gości odgradza mnie od tłumu, jeden pokazuje na aparat i kręci głową. Przez chwilę mam ochotę z nim dyskutować, ale dochodzę do wniosku, ze lokalne więzienie może nie być atrakcją, jakiej szukam. Kiwam głową i zawracam. Idę kilkaset metrów, po czym wchodzę do publicznej toalety, żeby obejrzeć, czy udało mi się zrobić jakieś wartościowe zdjęcia… Zaczyna się we mnie odzywać duch konspiratora – nie na długo. Zdjęć mało i bardzo kiepskie, ale mają dla mnie spory ładunek emocjonalny.

Kiedy wychodzę na ulicę, zaczepia mnie mówiący po francusku facet o bardzo jasnej skórze. Zagaduje coś, z czego rozumiem wyłącznie “la démocratie”. Początkowo zakładam, że to turysta, który też widział demonstracje i chce się podzielić wrażeniami. Ale nie. Kiedy uświadamiam mu, ze nie mówię po francusku, męczy się trochę, powtarza to coś z “la démocratie”, po czym mówi “stop photographing”, pokazując na aparat. Ach, tu Cię boli. Kolejny tajniak, zaczynam czuć się jak w PRLu (znaczy się, zakładam, że tak to musiało wyglądać, bo sam PRLu specjalnie nie miałem okazji odczuć). Zapewniam go, że sesje wolnościowe na dzień dzisiejszy zakończyłem i ruszam poszukać jakiejś knajpy. Fakt, że zaczepił mnie 10 minut po całym zajściu oznacza, że za mną szedł, albo że ktoś przekazał mu jak wyglądam. Nie ukrywam, że nieco mnie to zdeprymowało, postanawiam do końca dnia odpuścić walkę o wolność i demokrację w Syrii.

Nieco przygnębiony krążę po dawnej dzielnicy chrześcijańskiej (nota bene, jest to jedno z niewielu miejsc w Damaszku, w którym powszechnie występują sklepy monopolowe). Potem zjadam niezły obiad w lekko up-scale’owej restauracji. Kosztuje sporo, ale za sam ryż – miękki, ale nie rozgotowany, lekko pachnący szafranem, podawany ze smażonymi, ale nie tłustymi orzechami ziemnymi, kucharz powinien dostać jakaś nagrodę. Do ryżu shish kebab w stylu Aleppo i mocna cejlońska herbata z prawdziwymi liśćmi mięty. Po obiedzie zaczyna dawać o sobie znać nie do końca przespana noc – wracam więc do hotelu na dwie godziny snu. Wieczorem idę jeszcze pochodzić po starym Damaszku nocą – wrażenia bardzo pozytywne, pustki, pełno wąskich, ciemnych uliczek i równie ciemnych zaułków. Po kolejnych dwóch godzinach mam dosyć, wracam do swojego obskuranckiego hotelu i śpię 12h.