19.III.2011 – Damaszek-Palmyra

Po 12h snu czuję się cokolwiek rześko, staram się więc możliwe szybko wyrwać z hotelu. W planach mam podróż do Palmyry i wstępne zwiedzanie tejże, a wcześniej wizytę w muzeum narodowym w Damaszku. Ale first things first, na początek spędzam trochę czasu w odkrytej wczoraj kawiarni. Tym razem próbuję herbaty – podobnie jak wszędzie tutaj, podają mocną, cejlońską mieszankę z dużą ilością cukru podanego w małym kieliszku, przypominającym kieliszek do jajka na twardo. Towarzystwo, tak jak wczoraj, stricte męskie. W pewnym momencie do środka wchodzi starsza kobieta, która chyba próbuje coś sprzedać i natychmiast zostaje przepędzona. Zaczyna się awantura – wąsaci mężczyźni się drą i machają rękoma, kobieta bliska płaczu, ale nie daje za wygraną, a wręcz zaczyna pomstować. Niechybnie rzuca klątwy na cały ród męski. Jest mi jej szkoda i chcę pomóc, ale tak niewiele rozumiem z kontekstu, że wolę nie ryzykować.

Dopijam leniwie herbatę i ruszam do muzeum, to jakieś dziesięć minut spacerem od mojej ulicy. Na miejscu roi się od turystów, poza tym strażnik nie chce mnie wpuścić z plecakiem, który mam zostawić pod jego opieką, w kasie. Człowiek nie wzbudza mojego zaufania, więc muzeum będzie musiało poczekać na lepsze czasy.

Teraz pozostaje dostać się na dworzec Harasta, po drugiej stronie Damaszku. Próbuję znaleźć mikrobus na dworcu obok muzeum, ale za dużo z tym zachodu – jeden z kierowców długo i zawile tłumaczy mi coś po arabsku, zapewne wskazówki jak znaleźć właściwy przystanek, ale niewiele udaje mi się z tego zrozumieć, poza nazwą ulicy. Pytam więc o cenę przypadkowego taksówkarza. 100 SYP, odpowiada, a ja myślę, że się przesłyszałem – tyle faktycznie ma kosztować ten kurs. Allah ma mnie w swojej opiece, trafiłem na uczciwego taksówkarza w Syrii, myślę wsiadając do samochodu. Początkowo pełen jestem najgorszych podejrzeń, ale po chwili wygląda na to, że jedziemy we właściwym kierunku. Po 20 minutach jesteśmy na miejscu – nie wątpliwości, że to dworzec autobusowy.

Sprzedaż biletów na syryjskich dworach autobusowych i minibusowych nie jest w żaden sposób scentralizowana. Każda firma przewozowa ma swoje okienko (właściwie to swój kantorek). Co więcej, nie wszystkie jeżdżą po tych samych trasach, a nawet jeśli po tych samych, to w różnych godzinach. Rozglądam się nieco bezradnie, co natychmiast przykuwa uwagę jednego z tubylców, który pyta dokąd chcę jechać, po czym prowadzi do mnie do odpowiedniego kantorka. Autobus odjeżdża dopiero za 2h, szukam więc dalej. Kolejne okienko z napisem “Palmyra”, tym razem odjazd za 15 minut. Panowie biorą ode mnie paszport, wystawiają bilet, inkasują 240 SYP, po czym wysyłają na posterunek policji. Ani chybi jestem na czarnej liście po wczorajszym czynie rewolucyjnym! Na posterunku po raz kolejny pokazuję paszport, a na bilecie pojawia się specjalna pieczątka. Nikt nie woła, można jechać… Pozostaję mi tylko znaleźć odpowiedni autobus wśród około 300. Trochę przez przypadek trafiam na Syryjczyka, który ma bilet z tej samej firmy, co mój. Stacje docelowe też się zgadzają. Po chwili podjeżdża autobus, ruszamy o czasie. Podróż komfortowa, autokar czysty i klimatyzowany, boy roznosi cukierki i częstuje wodą z czajniczka. Podróż mniej więcej taka jak w polskich dalekobieżnych PKSach, wyjąwszy boya z czajniczkiem.

W Palmyrze jestem po 3h. Tutejszy dworzec autobusowy oddalony jest o 6km od ruin, więc rezygnuje ze spaceru i biorę taksówkę – chętnych nie brakuje. Chcą mnie przy okazji zaciągnąć do zaprzyjaźnionych hoteli, ale bronię się dzielnie. Na krótko przed wyjazdem znalazłem informację o beduińskim campingu schowanym za świątynia Baala w Palmyrze. Znam tylko lokalizację, opisaną dosyć ogólnikowo, po drodze zasięgam więc języka – faktycznie, jest taki camping. Pełen radosnej antycypacji mijam świątynie i po chwili jestem na miejscu. W ogrodzie pełnym palm stoi namiot a’la Quadaffi. W środku dywany, koce, kilimy, na ścianach broń, jalabiye, kawałki fajek wodnych i rozmaite lokalne przedmioty. Pod ścianami tkane materace i rytmicznie rozstawione podgłówki, całkiem zresztą kunsztownie wykonane. Szybkie targi z właścicielem i rozkładam się w kącie namiotu. Przepakowuje co cenniejsze rzeczy do day packa i ruszam w kierunku ruin.

Palmyrczycy z całą pewnością mieli poważne skrzywienie na punkcie kolumn. Przez środek miasta biegła potężna, ponad kilometrowa, kolumnada, która osłaniała główną arterię – jej całkiem nieźle zachowane ruiny można oglądać do dzisiaj. To tędy przechodziły karawany, które po wielu dniach na pustyni docierały do oazy w Palmyrze. Po obu stronach głównej kolumnady pozostałości rozmaitych budynków użyteczności publicznej: sukiennic, świątyń, łaźni, również zazwyczaj wykorzystujących jakąś wariację układu kolumn. Z kolei na początku i końcu głównej ulicy stoją dwie świątynie, odpowiednio Baala (boga pioruna, deszczu i urodzaju) i Bela. Cały kompleks robi wrażenie również ze względu na swoją wielkość – zajmował kilka kilometrów kwadratowych. Na wzgórzu nad miastem góruje zamczysko, z kolei za miastem znajduje się dolina grobowców, o której więcej jutro. W czasach swojej świetności była to potężna metropolia, otoczona murami i – jak sądzę – polami namiotów przejezdnych karawan, pustynnych plemion i mniej zamożnych palmyrczyków.

Palmyra słynie też z królowej Zenobii, która rządziła tutaj w III w n.e. Zenobii nie brakowało ambicji, myślę, że dzisiaj byłaby menedżerem w dużej korporacji. Ożeniła się królem Palmyry, Septimiusem, by po kilku latach go otruć. Niedługo potem podbiła Egipt i ogłosiła się jego królową. Po Egipcie przyszedł czas na tereny dzisiejszej Turcji, Syrii, Palestyny i Libanu. Ta proliferacja niezbyt podobała się Rzymowi, którego ówczesny cesarz Aurelian, rozgromił oddziały Zenobii pod Antiochią. Sama Zenobia uciekła na dromaderze, by ostatecznie zostać schwytaną nad brzegami Eufratu. Aurelian zakuł ją w złoty łańcuch i przeparadował po ulicach Rzymu po powrocie z wyprawy. Następnie, będąc pod wrażeniem jej waleczności i, zapewne, innych zalet, darował jej życie i wolność a także podarował willę pod Tivoli. Zenobia stała się szanowaną rzymianką, by ostatecznie poślubić nawet rzymskiego senatora.

Krążę po ruinach jak w transie i robię masę zdjęć. Powoli zachodzi słońce, połamane kolumny rzucają piękne, rytmiczne cienie. Aktywność turystyczna koncentruje się wokół głównej kolumnady, więc w bocznych budynkach jestem zupełnie sam. Czasami spłoszę gekona, albo ciekawe beduińskie dziecko.

W pewnej chwili wśród kolumn pojawia się bardzo gruby Arab w tłustej jalabiyi, dosiadający przykrytego derką motoroweru co najmniej dwa numery dlan za małego. Podjeżdża do mnie i próbuje sprzedać koraliki – zna nawet parę słów po polsku i wyraźnie nie brakuje mu motywacji. Po 20 minutach dyskusji, udaje mu się sprzedać mi hematytowe koraliki za 100 SYP. Zupełnie ich nie chcę, ale gość mocno przypomina Jabbę z Gwiezdnych Wojen i wygląda jakby zaraz miał się rozpłakać. Koraliki kupuję za 1/3 ceny wyjściowej, żeby nie było mu przykro. Doprawdy, nie poznaję samego siebie. Zbieram się do odejścia, kiedy Jabba wyciąga z tobołka piękną, beduińską chustę i ręcznie robione czarne kółko, zakładane na czubek głowy, służące do przytrzymywania rzeczonej chusty. Oczy musiały mi się zaświecić, bo kupiec rzuca się na mnie jak głodna hiena na martwego wielbłąda. Chce 600 SYP za komplet. Zaczynamy dzikie targi, on narzeka jak wiele traci na handlu ze mną, ja z kolei prześcigam się w opisywaniu biedy, w której przyszło mi żyć. Naprawdę, chcę to kupić, ale muszę też zjeść kolacje – przekonuję. Cena staje na 250 SYP – celowałem w 200. Nieco wyczerpany targami ruszam dalej – wchodzę do fortecy nad miastem, ocieram się o dolinę grobowców, po czym siadam na złamanej kolumnie, obserwować zachód słońca nad ruinami.

Po zmroku wracam do Beduinów. Wygląda na to, że jestem sam. Palmy, namiot, zaraz obok świątynia Baala – czas zatrzymał się tutaj jakieś 2k lat temu. Nastrój nieco psuje motorower zaparkowany na dziedzińcu. Właściciel przybytku wraz z kulawym, lekko garbatym pomocnikiem i kolegą zapraszają mnie do swojego namiotu. Sączę anyżówkę i prowadzę z właścicielem – jedyną osobą w towarzystwie, która potrafi sklecić po angielsku zrozumiałe zdanie – bardzo zaangażowaną rozmowę. Pytania jakby skądś znane – ile mam lat, czy Syria jest fajna i czy jestem żonaty. Okazuje się, że mój towarzysz rozmowy, Mohammad, również nie jest i wdajemy się w małą apoteozę stanu kawalerskiego. Ta szybko przechodzi w pochwałę seksualnej wytrzymałości beduinów – “Bedouin very strong!” – mówi Mohammad – “5, 6 girlfriends, no problem” – zachwala swój ród. “Possibly camels” – chcę rzucić, ale gryzę się w język, żeby samemu nie skończyć jako karma dla wielbłądów. O wielbłądach zresztą zaczynamy rozmawiać za chwilę – mając jakieś tam doświadczenia w jeździe konnej, wypytuje o technikę jazdy na wielbłądzie. Nie różnią się specjalnie, niestety podczas tego wyjazdu nie będzie mi dane spróbować. Pytam też gospodarza jak zawiązać na głowię świeżo kupioną chustę. Nie jest to proste, za pierwszym razem musi mi pomóc, ale za kolejnym łapię w czym rzecz. W okolicy nie ma lustra, więc przez jakiś czas siedzę, zastanawiając się, czy nie wyglądam koszmarnie głupio. Ale nie. Pod koniec wieczoru mam okazję obejrzeć się w jedynym lustrze w tym przybytku. Lawrence z Arabii może się schować.

Po godzinie towarzystwo żegna się i zbiera, a ja zostaję na posesji sam z kulawym i garbatym pomocnikiem, który robi także za kucharza, stróża i pokojówkę. Uzupełniam notatki, po czym ruszam do namiotu. Noc spokojna, dżiny, ani upiory przeszłości mnie nie prześladują.