Zrywam się możliwie wcześnie, żeby przez choćby pół godziny mieć zamek wyłącznie dla siebie. Ten przebiegły plan spala jednak na panewce, bowiem o 0900 pod wejściem kotłują się już niemieccy turyści. Odpuszczam więc poranną wizytę i robię kilka zdjęć Kraku z bardziej odległych perspektyw. Potem żegnam się z właścicielem Okrągłego Stołu i ruszam w stronę autostrady Homs-Tartus. Planuję spacer, bo pogoda zdecydowanie sprzyja, ale po mniej więcej 150 metrach słyszę znajome “Sir!! Need taxi?!”. “How much?”, pytam zrezygnowany. Z początku too much, ale po chwili już całkiem akurat. Wiezie mnie starszy, małomówny Arab, który emanuje niesamowitym spokojem, trochę jak starzy Nepalczycy, których miałem okazje spotkać wysoko w górach.
Docieramy do krzyżówki, gdzie płacę, żegnam się i zaczynam łapać stopa. Szczerze mówiąc niespecjalnie mi to odpowiada, bo z założenia lubię mieć kontrolę na tym, co robię, a autostop to jednak spora dawka losowości. Prawda jest taka, że nie mam innego wyjścia, dzisiaj wypada jedno z syryjskich świąt narodowych, mikrobusów mało, a poza tym nie ma bezpośredniego połączenia między Krak a Tartus. Musiałbym wrócić do Homs i stamtąd jechać do Tartus, po drodze ponownie mijając Krak – co najmniej 2h stracone. Macham więc cierpliwie i po 15 minutach zatrzymuje się mała ciężarówka. Siadam z przodu, obok kierowcy i jego kolegi. Kierowca, duży zarośnięty Arab w typie bully, drze się na mnie po arabsku, wychodząc z założenia, że jeśli powie coś głośniej, to ja to zrozumiem. Konwersujemy sobie tak trochę i wreszcie dochodzimy do porozumienia – gość chce pieniędzy. Daję mu stówkę, to za mało, dorzucam więc jeszcze pięćdziesiątaka. To go nieco uspokaja, ale po chwili znów zaczyna mnie wypytywać o różne rzeczy. Rozumiem mniej więcej 5% z tego, co mówi, co go bynajmniej nie zniechęca, bo krzyczy coraz głośniej, co jakiś czas puszczając kierownicę, żeby wyrazić coś gestem. Jego towarzysz z kolei jest ucieleśnieniem spokoju i równowagi. Jak do tej pory powiedział może kilka słów. Obserwuje drogę, powoli przebiera palcami koraliki modlitewne, łapię nawet kierownicę w chwilach, kiedy kierowca jest zbyt zajęty komunikowaniem się ze mną, żeby prowadzić. Po pewnym czasie zwraca koledze uwagę – wnioskuję, że jest to coś w stylu “po co mówisz do niego po arabsku, przecież on nie zna arabskiego”, bo w zdaniu dwa razy pojawia się “arabic”. O dziwo do kierowcy trafia ten przekaz. Milknie, włącza muzykę, a nawet częstuje mnie papierosem. Po ok. 15 km skręcamy z głównej drogi – kierowca znów zaczyna się wydzierać, powtarza słowo service, pokazuje mi też banknot 100 SYP. Początkowo myślę, że chce naprawić samochód, a ja mam za to zapłacić kolejną stówkę, ale w końcu dociera do mnie, że mam się przesiąść w minibusa (tutaj zwanego service taxi, albo krótko servees), którym za stówkę dotrę do Tartus. Gość jest na tyle uczciwy, że część pieniędzy, które mu dałem, przekazuje kierowcy minibusa, więc płacę tylko za pół biletu.
Do Tartusu docieram bez większych perturbacji. Z dworca biorę taksówkę pod katedrę, na wprost której znajduje się jeden ze sprawdzonych hoteli z kategorii “backpacker”. Trafić tam nie jest łatwo, w pierwszej kolejności zagaduję sprzedawcę ze sklepu spożywczego na rogu. Ten następnie prowadzi mnie na drugie piętro kamienicy, gdzie spore mieszkanie zostało przerobione na hotel. Cena wyjątkowo atrakcyjna – za sporą, czystą jedynkę płacę 250 SYP, taniej kosztował jedynie nocleg w namiocie w Palmyrze.
Pół godziny później płynę już łodzią na Arwad – położoną mniej więcej kilometr od brzegu wyspę, które miała strategiczne znaczenie już dla Fenicjan, a także była ostatnim przyczółkiem rycerstwa krzyżowego, zanim wycofało się ono na Cypr. Na wyspę dociera się wodną taksówką, podróż trwa jakies 20 minut. Drugie tyle, a czasem dłużej, czekać trzeba, aż zbierze się komplet pasażerów – dobrze jest więc wybrać mniejszą łódź. Wyspa bardzo gęsto zabudowana, zaniedbana, brudna i bez specjalnych atrakcji. Z dawnych umocnień pozostało niewiele, zachowała się natomiast forteca, położona na jednym na wyspie wzgórzu. Niestety, jestem świeżo po wizycie w Krak, więc mniejsze fortyfikacje nie robią na mnie specjalnego wrażenia. Ciekawe są natomiast stocznie na południowym krańcu wyspy. Spędzam tam sporo czasu fotografując łodzie w różnych stadiach dojrzałości. Potem zalegam w przybrzeżnej knajpie na obiad – sucha ryba smakuje nędznie, natomiast sałatka i humus znakomite. Krążę jeszcze trochę po nabrzeżu i dochodzę do wniosku, że brakuję mi morza – czas chyba odkurzyć planu rejsu na Antarktydę.
Powrót na stały ląd bez przygód. Przysypiam trochę w nagrzanej słońcem kabinie. W Tartus niewiele zostało do obejrzenia – niewielka katedra i marne resztki starego miasta. Znajduję więc kawiarnie internetową, kontrola tutaj ostrzejsza niż w Damaszku, bo muszę pokazać paszport. W skrzynce czekają informacje o zamieszkach w Syrii – krwawo zresztą stłumionych, na południu kraju zginęło ponoć pięć osób. Później okaże się, że znacznie więcej, a te zamieszki ciągnąć się będą jeszcze kilka tygodni. Zaglądam na Foreign Policy, gdzie czeka już analiza, czy rewolucja na dobre zagościła w Syrii. Jak na razie konsensusu nie ma – prezydent Assad z jednej strony obiecuje zmiany, a z drugiej nasyła na demonstrantów hordy tajniaków, czego sam byłem świadkiem. Teraz wygląda na to, że kiedy znużą go takie subtelności jak ścisła kontrola tajnej policji, po prostu strzela do protestujących z ostrej amunicji. Jutro ruszam do Aleppo, które jest ostoją Kurdów, znanych ze swojej nieustępliwości, waleczności i dumy. Kurdowie zapowiedzieli już, że na swoje narodowe święto, 21 marca, wywieszą flagi syryjskie, zamiast kurdyjskich, na znak poparcie dla protestujących Syryjczyków. Nie ma wątpliwości, przyszło mi żyć w ciekawych czasach.
Reszta dnia mija spokojnie – ulokowany na balkonie z widokiem na plac z katedrą uzupełniam notatki z ostatnich dni, sączę arak i obserwuje lokalną populację.
