Ostatni dzień w Aleppo traktuję ulgowo. Primo, jak już wspomniałem wczoraj, mam nieco dosyć zwiedzania, gdzieś bym pobiegł, wspiął się na coś, komuś dał w mordę, w ostateczności pojeździł na rowerze. Secundo, lot do Warszawy mam o porze całkowicie barbarzyńskiej, czwartej nad ranem. Do tego muszę jeszcze przejechać pociągiem przez pół Syrii, żeby dotrzeć do Damaszku. Wstaję więc późno, z ostentacyjnym lekceważeniem mijam stołówkę w Baronie i udaję się zjeść lokalny specjał kurczakowy. Potem włóczę się nieco po okolicy i chwilę przed 1200 wymeldowuję się hotelu.
Idę prosto do sprawdzonej wcześniej kawiarni, gdzie w chwilę po mnie pojawia się mój wczorajszy interlokutor. Dzisiaj najwyraźniej nie jest w nastroju do dyskusji – a może stężenie krwi w kofeinie jest zbyt wysokie o tak wczesnej porze. Podejrzewam jednak, że to wiadomości, które podaje Al Arabiya zniechęcają towarzystwo do socjalnej aktywności. To są pierwsze niusy o starciach ludności z tajną policją i wojskiem – na tym etapie dosyć spokojne, policja zajęła jeden damasceńskich meczetów pod pretekstem walki z terroryzmem. Oficjalne wiadomości pokazywały potem broń i pieniądze, jakie znaleziono w tym meczecie. Faktyczny powód akcji to najpewniej fakt, że zbierali się tam aktywiści protestujący przeciwko reżimowi Bashara Al-Assada. Za kilka miesięcy okaże się, że te starcia przerodziły się w masowe protesty, w których zginęło ponad tysiąc osób, dziesięć razy tyle zostało aresztowanych, a kilkadziesiąt tysięcy uchodźców schroniło się w Turcji. Assad nie wahał się użyć czołgów i broni maszynowej – była to eskalacja przemocy niewiele odbiegająca od tej w Libii… Tyle, że teoretycznie stabilizująca rola Syrii w tej części świata, skutecznie powstrzymała zachód od bardziej zdecydowanych kroków.
Nieświadom tego, co zaczyna wrzeć wokół mnie, idę na dworzec, czekać na pociąg. Na dworcu tradycyjnie kontrola paszportu przed zakupem biletu. Sam bilet na ekspres do Damaszku, w pierwszej klasie, kosztuje ok. 250 SYP, czyli jakieś 5 USD. Jako że mam słabość do dworców kolejowych (podobnie jak i lotnisk), rozsiadam się na peronie i obserwuje fale podróżnych, rozbijające się o z rzadka odjeżdżające pociągi. Sielanka nie trwa długo, wkrótce podchodzi do mnie wąsaty kolejarz, wypytuję dokąd się wybieram, po czym wysyła mnie do poczekalni. W Syrii nie ma siedzenia, na peronach, porządek być musi!
Pomny ostatnich doświadczeń kolejowych w tym kraju nie mogę powiedzieć, żeby przepełniała mnie radosna antycypacja. Zostaję jednak bardzo pozytywnie zaskoczony – ekspres jest czysty, nowoczesny, ma lokalny odpowiednik Warsa. Boy roznosi gazetę, cukierki i wodę. Gazeta reżimowa, w dodatku po arabsku – nie zrażony przyjmuję ją z wdzięcznością i zaczynam przeglądać, co wzbudza respekt nielicznych europejczyków w wagonie. Ach, pozory… Podróż nieco się przedłuża, ale ostatecznie ok. 2230 docieram do Damaszku. Po drodze sporo widoków wiejskiego życia w Syrii – kilka razy widzę spore piece, coś jakby dymarki, ustawione w obejściach. Nie udaję mi się jednak dojść do tego, co tam jest wypalane – węgiel drzewny, smoła, może jakieś metale?
W Damaszku są dwa dworce kolejowe – stary, Al Hijaz, położony w centrum, przy Saria Port Said, dwa kroki od dzielnicy tanich hoteli El Merjeh. Al Hijaz od kilku lat jest remontowany, kiedy odwiedzałem go kilka dni temu, w środku odbywał się jedynie kiermasz książki. Nowy dworzec kolejowy, Kadem, położony jest kilka kilometrów od centrum, czekają mnie więc kolejne negocjacje z taksówkarzem. Szybko staje na stówce. Kiedy dojeżdżamy na miejsce, driver bierze stówkę i mówi “too much”, patrząc na mnie wyczekująco. Nieco oswojony z faktem, że semantyka języka angielskiego na bliższym i dalszym wschodzie bywa ściśle dostosowana do sytuacji, szybko orientuję się, ze trzeba płacić więcej. Z gestów wynika, że kolejną stówkę. Płacę pięćdziesiąt i kategorycznie odmawiam dalszych rozmów. Rozstajemy się w pokoju i wzajemnym poszanowaniu.
W chwilę potem siedzę już w autobusie na lotnisko. Na miejsce docieram nieco przed północą i muszę czekać na rozpoczęcie odprawy. Czas dłuży się koszmarnie – powinienem być wyskoczyć na kilka godzin nocnych wędrówek po starym mieście, ale chciałem uniknąć szaleńczej gonitwy na lotnisko w ostatniej chwili. Najwyraźniej na starość powiększa mi się awersja do ryzyka. Check-in wreszcie się otwiera, odprawiam się bez żadnych problemów i ruszam do business lounge (tutaj nazywanego VIP Lounge), spodziewając się miniaturowej wersji Shangri La, pełnej chętnych hurys, mis pełnych haszyszu i najbardziej egzotycznych owoców świata. Zderzenie z rzeczywistością o drugiej w nocy jest wyjątkowo bolesne. Nie dość, że lotowski bilet business class nie pozwala mi wejść do środka, to panie recepcjonistki najwyraźniej nie wiedzą, ze karta frequent flyer miles and more ma moc otwierania wszystkich lotniskowych sezamów. Po pięciu minutach już wiedzą i zapraszają mnie do środka. Niestety, jedynym skarbem w tym sezamie jest lodówka pełna piwa Barada (o mocy odpowiadającej klasie lounge’u – 3.4%) i trochę podeschniętych kanapek. Zamiast hurys, zaspani kelnerzy, a haszyszu zakazał jeszcze ojciec Bashara. Nie tracę jednak optymizmu i dodatkowo pocieszam się tym niezmiernie słabym piwem.
Przed wejściem na pokład podwójna kontrola – pracownica lotniska i tajniak, który weryfikuje coś na swojej tajnej liście. Najwyraźniej nie zostałem oznaczony jako wróg publiczny i dane mi jest opuścić Syrię. W samolocie całą business class mam dla siebie, łącznie z dedykowaną stewardessą, niestety w wieku mojej świętej pamięci babci. Dochodzę więc do słusznego wniosku, że nic dobrego mnie już tej nocy nie spotka i w chwilę później budzę się w Warszawie.
