Kolejnym krokiem aklimatyzacyjnym jest spędzenie dwóch nocy w C1, z wycieczką do C2 w dniu wypadającym pomiędzy tymi nocami. C1 to 5800m, a więc wysokość wymagająca nieco większej ostrożności. Po bezproblemowych nocach w ABC czuję się dosyć pewnie, co nie zmienia faktu, że dalej jestem bardzo wyczulony na wszelkie wahania sampoczucia.
Uzupełniam zapasy i ruszam w górę ok. 1100. Droga do ABC zajmuje ok. 2.5h, C1 to kolejne 1.5-2h w górę. Droga bez specjalnych atrakcji, pogoda absolutnie idealna, więc docieram na miejsce w dobrym czasie, choć z lekkim bólem glowy. W C1 okazuje się, że znowu mam namiot dla siebie – nasz dyżurny Sherpa, Dorje, śpi w innej części obozu, ze swoimi lokalnymi znajomymi. Kiedy lokuję się w namiocie, zaczepia mnie jakiś Włoch, który koniecznie chce mi coś pokazać. Niechętnie wypełzam z namiotu. Okazuje się, że na grani dokładnie ponad moim namiotem leży spory głaz, który niepokojąco kiwa się przy mocniejszym poruszeniu. Godzine później zagląda do mnie Dorje, więc pokazuje mu kamień. Sherpa buja nim troche, po czym śmieje się i stwierdza “istrong”, sherpańskim sposobem dodając “i” do angielskich słóww, które zaczynają się od “s”. Skoro istrong, to nie mam się czego obawiać, kontynuuję więc piknik pod wiszącą skałą.
Noc mija bez problemow. Wieczorem łykam pyralginę na ból glowy plus diamox na lepszy sen i rano budzę się swieży i pełen mocy. Wypijam z litr herbaty, zjadam pare krakersow z serem, po czym dołączam do reszty teamu obecnej w C1 – wspólnie z Dorje robimy dzisiaj wszyscy aklimatyzacyjną wycieczkę do C2. Forma dopisuje, mięśnie pracują idealnie, choć oddechowo nie jest idealnie. Gonię za Sherpa, w wiekszość poręczówek wpinam się jedynie karabinkiem, pewnym utrudnieniem jest reszta grupy, na która trzeba co jakiś czas poczekać. Do C2 docieram swieży, podczas gdy reszta teamu jest mocno wymęczona. Oby tak dalej.
Camp 2 to wyjątkowo odrażające miejsce, mimo pięknej lokalizacji. Wszędzie walają się smiecie, nie ma wyznaczonego miejsca do zalatwiania potrzeb fizjologicznych, więc cały obóz jest koszmarnie zasrany i zasikany. Sherpa mówi, że sporo osób tu choruje – trudno się dziwić, brzydzę się dotknąć poręczówki przez gruba rękawicę, poważnie też obawiam się o źródło śniegu do topienia. Przy słonecznej pogodzie obóz śmierdzi jak publiczny szalet na Dworcu Centralnym. Na całe szczęście planuję spędzic tu tylko jedną noc w drodze na szczyt. Reszta teamu jest równie zniesmaczona, Ronan stwierdza, że jest to “fucking disgrace” i faktycznie, trudno się nie zgodzić. Stan tego miejsca świadczy równie źle o wspinaczach, jak i agencjach organizujących wspinaczkę na Ama Dablan i ich Sirdarach.
Powrót szybki, większość zjazdów robię w kluczu i docieram do C1 dobre trzy kwadranse przed resztą, w bardzo dobrej formie. Mam cicha nadzieję, że ta forma utrzyma mi się do końca wyprawy. Nie spodziewałem się, że na 6000 będzie aż tak dobrze. Reszta dnia mija mi na topieniu śniegu, gotowaniu herbaty i jedzenia oraz lekturze.
