Pomysł na kolejną wyprawę na bliski wschód pojawił się zaraz po wyjeździe do Syrii w zeszłym – 2011 – roku. Właściwie nawet nie pomysł, co niejasna potrzeba poznania kolejnych krajów w regionie. Jako że w pół roku po powrocie z Syrii jechałem na Ama Dablam, koncepcja miała niemal rok wykrystalizowanie się. Planów powstało kilka – Jemen i Oman, 2-miesięczy objazd Półwyspu Arabskiego, Jordania, Karakorum Highway, AfPak… Generalnie materiału jest na co najmniej półroczną podróż, która równie dobrze może potrwać i całe życie.
W miarę jak kolejne kraje stawały w ogniu Arabskiej Wiosny, kolejne pomysły stopniowo okazywały się trudne, bądź niemożliwe, do zrealizowania. Wojna domowa w Jemenie skuteczne uniemożliwiła większość działań podróżnych w kraju, a sam Oman nie wydawał się być aż tak interesujący, żeby poświęcić mu miesięczny wyjazd. Z niemal pewnej wycieczki do Jordanii muszę w ostatniej chwili zrezygnować ze względu na korporacyjne perturbacje i kolejne zderzenie z małymi ludźmi o ciasnych horyzontach. Na AfPak nie jestem gotowy, głównie z powodu bardzo wczesnych stadiów nauki arabskiego. Ostatecznie zaczynam rozważać państwo, które do arabskich się nie zalicza, ale które nosi mocne piętno kultury arabskiej plus mocarstwowe tradycje liczone w tysiącleciach, podczas których kolejne imperia powstawały na gruzach poprzednich – Iran. Co prawda USA wespół z Izraelem prześcigają się w pogróżkach, a Ahmadinejad nie pozostaje im dłużny (mój ulubiony cytat z Mahmouda: “All options are on the table. Let them remain on the table until they rot”), a wojna wydaje się wisieć na włosku. Nie zrażam się jednak takimi detalami, wojna mi chyba milsza niż kolejny miesiąc korporacyjnej agonii.
Za Iranem przemawia tez aspekt outdoorowy – można tu podziałać w wysokich górach, są rejony trekkingowe – tak górskie, jak pustynne, a do tego dwa morza. Plus miasta, które walczą z Aleppo, Saaną i Damaszkiem o miano najstarszych na świecie. Do tego alfabet irański zasadniczo oparty jest na alfabecie arabskim (występują 4 dodatkowe litery), więc pomimo pewnych braków w słownictwie, będę w stanie przeczytać co ważniejsze napisy w miejscach publicznych.
Kiedy decyzja co do wyboru rejonu zapadła, zaczęły się żmudne i długotrwałe starania o wizę. Co prawda Iran nie utrudnia cudzoziemcom wjazdu na swoje terytorium, ale sam proces uzyskania wizy odbywa się dwuetapowo. W pierwszej kolejności występuje się do irańskiego MSZ o kod autoryzacji. Robi się to za pośrednictwem jednego z irańskich biur podróży, które – na szczęście – działają głównie w sieci. Formularz wysyła się przez stronę www, płaci Paypalem, a kod otrzymuje mailem. Kod jest następnie wysyłany przez ministerstwo do ambasady w Polsce, gdzie można wystąpić o właściwą wizę. Kod udało mi się dostać na chwilę przez irańskim nowym rokiem, Nowruz, podczas którego cały kraj zamiera na ok. dwóch tygodni. To była jednak zaledwie połowa sukcesu, bowiem kodu nie otrzymała ambasada. Ostatecznie pod koniec marca dotarł i na Saską Kępę – wizę odebrałem na tydzień przez planowanym wylotem, a bilet kupiłem niewiele później. Szczęśliwie nie miało to wpływu na jego cenę – najwyraźniej Iran nie jest teraz celem turystycznych eskapad bogatych emerytów z USA i Europy Zachodniej.
Po niepewności ostatnich tygodni podróż okazała się być rozczarowująco bezproblemowa. Chwila w lounge na Okęciu, potem kilka godzin w Wiedniu – tu ostatni kieliszek koniaku przed wizytą w krainie prohibicji i czadoru – wreszcie szybki boarding do prawie pustego samolotu. Obok mnie krągła Iranka, która sama z siebie zaczyna rozmowę. Bardzo ciekawa świata i pomocna – opowiada o interesujących miejscach w Teheranie (co w jej przypadku oznacza rozmaite centra zakupowe), proponuje nawet pomoc w znalezieniu anglojęzycznego kierowcy, który obwiezie mnie po atrakcjach miasta. Grzecznie odmawiam, asymilacja z lokalną kulturą wymaga korzystania z komunikacji miejskiej!
Lądujemy, przechodzę przez odprawę, odbieram plecak i… już. Przypomina mi się fragment książki Jasona Elliota, “Mirrors of the Unseen – Journeys in Iran”, którą czytałem podczas podróży, odkrywając wiele obserwacji zbieżnych z własnymi:
The shortfall of difficulty had left me with a feeling of suspicion. I had vaguely expected the airport to be draped with revolutionary banners, and to be interrogated under the gaze of unshaven and booted soldiers. I had imagined my possessions spread over long tables and scrutinized by humourless veiled women of the kind who, twenty years earlier, had zealously pieced together the documents from the abandoned American Embassy. […]
Ja też przeżywam lekki anticlimax. Nikt nie wymaga wyznania wiary, islamscy bojownicy nie obrzucili mnie kamieniami, nie jestem godzinami przesłuchiwany przez tajną policję. Nie zainteresował się mną pies z kulawą nogą. Dopiero przy wyjściu z hali przylotów, kiedy przez nieuwagę omijam duży skaner do bagażu, jakiś mundurowy kieruje mnie na koniec kolejki. Chwilę potem pyta “tourist?”, kiwam głową i mój plecak zostaje zeskanowany bez kolejki.
Nawet taksówkarze bardziej pomocni niż natrętni. Autobusu do mojej części miasta o tej porze nie ma. Jest na plac Azadi, skąd mógłbym pojechać dalej metrem (zbliża się 0400, więc za 1-2h powinno ruszyć), ale idę na łatwiznę i biorę taksówkę. Dobra decyzja, bo po drodze zaczyna padać. Taksówkarz wysadza mnie na właściwej ulicy, ale przed złym hotelem – jestem przed Firouzeh, najpopularniejszym hotelem z dolnej półki w mieście, ale nie mam motywacji do szukania tego właściwego. Krótkie negocjacje z zaspanym recepcjonistą i dostaję 3 noce w cenie dwóch. Po chwili jestem w łóżku, usypiany przez spokojny o tej porze ruch pobliskiej ulicy Amir Kabir.
