Shiraz niespecjalnie mnie zauroczyło i decyduję sie nieco skrócić tu pobyt. Na obejrzenie zabytków i spacery po bazarze zostaje mi pół dnia. Odwiedzam cytadelę Karim Khane Zand, w której najciekawsza jest łaźnia a potem meczet Haqil, który z kolei robi wrażenie niesamowitą kolumnadą, zamykającą główny dziedziniec od północy. Na koniec zaglądam do jednego z większych meczetów w Iranie, meczetu Jameh, który nie jest wyłącznie zabytkiem, ale przede wszystkim popularnym miejscem kultu.
Na potężnym dziedzińcu setki wiernych, bo bokach biura różnych instytucji religijnych, między innymi niewielki pokoik z Centrum Rozwiązywania Problemów Religijnych! Urzęduje tam starszy, siwobrody Imam, który pomaga ocenić, jakie działania dozwolone są w świetle prawa islamistycznego, shariatu (halal). Natychmiast przypomina mi się “Rozstanie”, scena, w której służąca dzwoni do swojego imama, z pytaniem, czy może umyć satrego, niedołężnego mężczyznę pozostawionego pod jej opieką. Kusi mnie, żeby o cos zapytać, ale pomijając juz kwestie językowe, mam pustkę w głowie. Religia to nie do końca moja bajka. W środku dziedzińca, w cieniu niewielkich drzew, rozłożone są dywany, na których chilloutują czarno odziane panie i brodaci panowie. Siadam z nimi na trochę, piszę SMS do Polski.
Dalej sala modlitw. Przed wejściem zdejmuję buty, które tutaj – inaczej niż na przykład w meczecie Umayyadów w Damaszku, gdzie przy wejściu stoją specjalne szafki z półeczkami na obuwie – włada się do plastikowych toreb i zabiera ze sobą. Sala wyłożona lustrzaną mozaiką, podobną do tej, którą widziałem w Pałacu Golestan w Teheranie. Podziwiam mozaiki, gdy mój wzrok pada na szafki z Koranami… W końcu potrafię już nieco czytać po arabsku, a trudno o lepsze ćwiczenie niż lektura Koranu. Chwytam opasłe tomisko i siadam pod lustrzaną kolumną:
بِسْمِ اللَّهِ الرَّحْمَٰنِ الرَّحِيمِ
الْحَمْدُ لِلَّهِ رَبِّ الْعَالَمِينَ
الرَّحْمَٰنِ الرَّحِيمِ
مَالِكِ يَوْمِ الدِّينِ
إِيَّاكَ نَعْبُدُ وَإِيَّاكَ نَسْتَعِينُ
اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ
صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ
Po jakimś kwadransie udaje mi sie przesylabizować pierwszą surę. Nikt nie zwraca uwagi na moją obecność, czuję się zasymilowany z tłumem wiernych. Powoli zbieram się do wyjścia, gdy uświadamiam sobie, że nie zdjąłem czapki – szybki rzut oka wokół uspokaja, w meczecie roi się od panów w turbanach, chustach, czy lokalnej odmianie kaszkietu. Nakrycie głowy najwyraźniej Allahowi nie przeszkadza. Al hamdu Lillahi. Z meczetu wychodzę tyłem – ładny zwyczaj, o którym przeczytałem we wspominanym juz wcześniej “Mirrors of the Unseen”.
Po tych niemal mistycznych przeżyciach wracam do hotelu po plecak i robię szybki desant na dworzec. Pośpiech niepotrzebny, autobus odjeżdża z półgodzinnym opóźnieniem. Obok mnie siada potężny irański chłop – skórę na rękach ma jak smocze łuski, zajmuje półtora fotela . Nie mówi ani słowa po angielsku i po moim szybkim “na mifahman” nie próbuje nawiązywać kontaktu. Po przejściach w Sisakht jestem wciąż nieco zły na irańczyków i niespecjalnie mam ochotę na konwersacje. Sielanka nie trwa jednak długo, chłop po chwili zostaje wygnany ze swojego miejsca przez spragnionego kontaktów młodego Iranczyka. Pozostaję nieugięty w swojej nieprzysiadalności – mówię, że jestem zmęczony i nie mam ochoty na rozmowy. Mój nowy towarzysz jest wyraźnie rozczarowany i lekko dotknięty. Podejmuje jeszcze kilka prób przełamania lodów, ale na próżno. Ostatecznie daje za wygraną i przegoniony niedawno chłop wraca na swoje miejsce.
Do Yazd docieram po zmroku. Terminal jest nieco za miastem, więc łapię taksówkę do hotelu, który już wcześniej upatrzyłem sobie w sieci – Kohan Traditional Hotel. Wybór okazuje sie trafny, nie dość, że miejsce jest cudownie urokliwe, to udaję mi się wytragować 30% zniżki na dwuosobowy pokój z łazienką. Hotel znajduje się w starym odrestaurowanym budynku z charakterystycznymi dla Yazd zewnętrznymi ścianami z masy błotnej. Wnętrze zorganizowane jest wokół obsadzonego drzewami dziedzińca z niewielką sadzawką. Przy ścianach fotele-łoża przykryte miękkimi dywanami, sączy się perska muzyka, słychać ciche rozmowy i szmer wody w sadzawce. Daje się odczuć urok Persji – czuję, że nie będę chciał stąd wyjeżdżać.
Zrzucam plecak w pokoju i idę na spacer po uśpionym starym mieście. Wąskie uliczki między błotnymi murami domów, przesmyki, tunele, piękna gra świateł. Uliczek prawdziwa plątanina, wystarczy chwila nieuwagi, żeby się zgubić. Kilka razy zatrzymują się przy mnie lokalsi na motorach, pytająć czy nie zabłądziłem – gestem pokazuję, że krążę bez celu – odjeżdżają bez słowa. Atmosfera nieco bajkowa. Z radosną antycypacją myślę o kolejnym dniu i eksploracji tych zaułków w świetle słońca.
