15.XI.2012 – Yangon.

Lotnisko w Yangonie robi zaskakująco dobre wrażenie. Czyste, w miarę nowoczesne, odprawa trwa chwilę. Na miejscu od niedawna jest też kantor – co ma spore znaczenie, biorąc pod uwagę, że Myanmar na razie nie jest podłączony do globalnych sieci finansowych i bankomaty obsługują jedynie lokalne karty. Kurs całkiem atrakcyjny – 844 kyat za dolara, cinkciarze pod stupą Sule placa 870. Przy wymianie muszę pokazać paszport i moje dane wraz z wymieniana kwotą wprowadzane są do Systemu. Długo zastanawiam się nad sensownością tej procedury i jedyne co mi przychodzi do głowy, że to spadek po reżimie, który z natury swojej pokrętnej chce kontrolować i wiedzieć wszystko.

Na zewnątrz typowe tropiki, trzydzieści kilka stopni i koszmarna wilgoć. Powietrze pachnie kwiatami i gnijąca roślinnościa. Po minucie jestem mokry i marzę o prysznicu.

Przy wyjściu zaczepia mnie taksowkarz, chce 10 USD za kurs do centrum. O dziwo nie jest to koszmarne ździerstwo, ceny za taki kurs zwykle wahają się między 8-10 dolarów. Rozglądam się chwilę i znajduję dwóch nieco zagubionych Holendrów (znowu, i jak się później okaże, to dopiero początek) rozmawiamy chwilę i ostatecznie jedziemy razem dzieląc się kosztami.

Jako że mam zarezerwowane spanie, bezdomność przez najbliższe dwie noce mi nie grozi. Mój guesthouse – Tokyo Guesthouse – to typowo backpackerskie miejsce prowadzone przez starszego japończyka. Dostaję pokój wielkości psiej budy, bez okien, ale za to z klimatyzacją i moskitierą. Poza tym jest spory lounge, gdzie można schronić się w razie ataku klaustrofobii. W GH poza mną kilku Japończyków i kolejna Holenderka, z którą po krótkiej rozmowie umawiam się na wspólny trek z Hsi Paw pod koniec miesiąca (ostatecznie nic z tego nie wyjdzie). Co ciekawe, po drugiej stronie ulicy mieści się niewielki meczet, ktory ma światowej klasy muezzina – nigdy dotąd nie slyszalem tak głębokiego, nostalgicznego i pięknego wezwania do modlitwy. Za każdym razem słucham go jak urzeczony. Allah jest wielki.

Ogarnawszy sie nieco ruszam obejrzec okolice. Najblizsza atrakcja to stupa Botatung, polozona nad sama rzeka. Yangon robi naprawde niezle wrazenie, nie jest to moze miasto zadbane i wymuskane, ale ma sporo intrygujacej architektury, kamienic laczacych stylistyke indochinska z brytyjska, monumentalnych budowli i latwa do opanowania siatke ulic. Wychodze nad rzeke i trafiam na lokalna wersje Wislostrady. Biorac pod uwage, ze ogromna wiekszosc samochodow w tym kraju ma stare silniki, produkujace odrazajace kleby spalin, jest to wyjatkowo przykre doswiadczenie.

Zejscie na rzeke nieco zaciera zle wrazenie. Wokol stupy atmosfera karnawalowa, dziesiatki straganow sprzedajacych wszystko od dewocjonaliow przez pamiatki po jedzenie i picie. Intyrguja mnie napoje na bazie soku z trzciny cukrowej, wyciskane w charakterystycznych prasach z poteznym kolem zamachowym. Sok z trzciny mieszany jest potem z syropami o roznych smakach i dopelniany lodem. Kusi mnie taki drink straszliwie, ale nie mam zludzen, ze lod jest z filtrowanej lub gotowanej wody, a na kolejna przygode z giardia nie mam najmniejszej ochoty.

Nad woda klimat starego, zapuszczonego rzecznego portu. Rzdzewiejace braki, chybotliwe pomosty, dziesiatki waskich, dlugich drewnianych lodzi cumujacych wokol. Niestety cudzoziemcy nie moga takich lodzi wynajmowac – kolejne absurdalne ograniczenie z czasow rezimowych. W tle przeplywaja potene kontenerowce, rzeka muwi tutaj byc naprawde gleboka. Powoli zaczyna sie sciemniac, a mnie ogarnia niepokoj i tesknota. Woda i duze statki zawsze kojarzyly mi sie z egzotyka i przygoda, jesli teraz wrzucic to skojarzenie w kontekst Indochin, ktore kojarza mi sie romantycznym urokiem tropikalnego kolonializmu (tak, wiem, w kolonizacja z natury swojej jest malo romantyczna, ale tu nie o racjonalne plaszczyzny chodzi), to mamy mieszanke o naprawde duzej mocy… Na aniol panski bija dzwony…

Do tych tesknot i nostalgii dochodza takze wspomnienia z dziecinstwa. Pisalem kiedys, ze chwile po pierwszym ladowaniu w Kathmandu poczulem sie jak w domu – wrocily do mnie dzwieki, zapachy i obrazy zapamietane z dziecinstwa w Nigerii. Tu jest bardzo podobnie, ale chyba jeszcze blizej oryginalu – jednak Kathmandu jest nieco dalej na polnoc, a tu mamy typowo wilgotne tropiki. Tym razem nie jest to taki szok jak wczesniej, jednak mocno oswoilem sie ze swiatem podczas ostatnich kilku lat.

Zabawiwszy nieco nad rzeka, ruszam do stupy. To moja pierwsza stupa, wiec jeszcze nie czuje znuzenia, ktore pojawi sie po obejrzeniu kolejnych… Sciagam buty przed wejsciem, place trzy tysiace kyatow i moge do woli oddawac sie zwiedzaniu. Bardziej od cukierkowych buddow moj obiektyw przyciagaja jednak koty i lokalna dzieciarnia. Stupa Botatung jest o tyle ciekawa, ze w srodku jest pusta. Niestety wnetrza nie kryja estetycznej uczty. Mamy tam mase plaskorzezb, pieczolowicie oklejonych zlota blacha. Wszystko jest zlote. Albo marmurowo biale. Po zlozonosci mozajek w iranskich meczetach, trudno odnalezc tu cos, na czym oko zatrzyma sie na dluzej.

Zaliczam stupe i okrezna droga ruszam do GH. Po drodze mijam mase przydroznych straganow z jedzeniem. Wokol porozstawiane sa niskie krzeselka, a dnia wybiera sie z kilkunastu mis, w ktorych czeka wszystko od krewetek az po szarancze. Mijam tych straganow kilknascie, sliniac sie na widok stosow krewetek, suszonych ryb, kalamarnic i innych owocow morza (nie ukrywam, jesli chodzi o rybe i owoce morza jestem cpunem bez szans na rehabilitacje), ale brakuje mi wewnetrznego impulsu, zeby przy ktoryms sie zatrzymac. Impuls pojawia sie wiec z zewnatrz, w postaci mlodziutkiej, okraglutkiej Birmanki, ktora niezle mowi po angielsku, choc z koszmarnym akcentem, i bez przerwy sie smieje. Swoja mocno ekstrowertyczna osobowoscia ujmuje mnie natychmiast i ufnie oddaje sie w jej rece. Probuje krewetek (w oleju), gotowanego dorsza (w oleju), suszonego narybku, krabow (w oleju), gotowanego szpinaku i czegos, co nie zyje na ziemi. Do tego dostaje wielka miske ryzu, a moja opiekunka co chwila przynosi rozne rzeczy do sprobowania – ba, ona mnie nimi karmi, a ja jem jej z reki jak posluszny cudzoziemiec. Kiedy zaczynam miec powazne watpliwosci co do przyszlosci swojej kariery wspinaczkowej i biegowej, ciezko dzwigam sie od stolu, przygotowany na powazne wydatki. Ale nie, rozpasanie zamyka sie w rownowartosci dwoch USD.

Na granicy food coma docieram do guesthouse’u, gdzie szybko zapadam w sen. Snia mi sie dlugie rejsy na kontenerowcach, przez ciesnine Malakki, kanal suezki i Giblartar.