Zostalo mi pol dnia w Yangonie. Wiekszosc godnych uwagi miejsc juz widzialem. Yangon to nie jest raj turystycznej roznorodnosci, w jeden dzien mozna zobaczyc glowne atrakcje wymieniane w wiekszosci przewodnikow, ale nie na tym polega urok tego miasta. Wybieram sie wiec na jeden z bazarow. W przeciwienstwie do blisko- i srodkowowschodnich bazarow, ten przypomina KDT i jest calkowicie pozbawiony wszelkiego uroku. Za to wyspecjalizowany jest w ubraniach i szybko znajduje lokalna wersje spodni – longyi.
Kupno longyi zaplanowalem sobie na dlugo przed przyjzdem o Birmy. Urzekla mnie ich nieco japonska stylistyka (troche kojarza sie z spodniami noszonymi przez aikidokow, chyba) i prosty, a przez to niepewny w niewprawnych rekach sposob wiazania. Longyi to dosyc szeroki – ok. 1.5m – welniany cylinder, ktory wiaze sie z przodu, zrobiwszy z materialu dwie zachodzace na siebie faldy, ktore nastepnie od gory zabezpiecza sie zawinawszy jedna w druga i zatyka za pas. Przez pierwsze dni noszenie longyi to sport ekstremalny. Bez przerwy zastanawiamy sie, czy przypadkiem nie rozwiaze sie nam na srodku ruchliwego placu, wbudzajac – uzasadniona – ucieche gawiedzi. Po kilku dniach jednak nasze wezly nabieraja solidnosci, a i swiadomosc, ze facet poprawiajacy longyi na srodku ruchliwej ulicy to tutaj standard, rowniez pozytywnie wplywa na samopoczucie.
Po wizycie na bazarze zahaczam o kawiarnie w zachodnim stylu, gdzie dostaje niezle ciasto marchewkowe i kawe. Obsluga jednak rowniez w stylu zachodnim, znudzona i nadeta, nic nie zostalo z typowej birmanskiej serdecznosci i uprzejmosci.
Wracam do GH, koncze pakowac plecak i na ostatnie pol godziny znajduje sobie mozliwie chlodne miejsce w common roomie. Zaczepia mnie wlasciciel przybytku, starszy Japonczyk. Jakos wczoraj zartem zapytal – pokazujac na moj ogolony leb – czy zostalem mnichem. Ja na to, ze mnichem jeszcze nie, ale praktykuje buddyzm zen, wiec kto wie co przyniesie czas. Jako ze ta odmiana buddyzmu wywodzi sie z Japonii, recz go wyraznie zainteresowala. Opowiadam troche, z punktu widzenia nowicjusza, o naszej sangha, dojo i praktyce zazen, widac, ze jest bardzo zaintrygowany tym przeszczepieniem japonskiej tradycji na grunta Europejskie. Pyta tez po co praktykuje? Odpowiadam, ze jak na razie jestem typowym hinajanista, praktykuje dla siebie, lubie stan ducha i umyslu, jaki osiagam dzieki zazen i ciekaw jestem dokad mnie ta droga zaprowadzi. “I za kazdym zazen wiesz wiecej i wiecej”, pyta przewrotnie. Raczej mniej i mniej, odpowiadam. Krotko kiwa glowa i na tym konczy sie nasza rozmowa.
Taksowka na lotnisko kosztuje o polowe mniej niz ta z lotniska. Ach, jakze wzgledne sa odleglosci w Azji. Jestem w swiezo zakupionym longyi, co i raz wywolujac pozytywne reakcje lokalsow. Myanmar! Wolaja, pokazujac na moja kiecke i wystawiajac o gory kciuk. Straznik przy lotniskowym security mowi “very good”, lustrujac moj nowy nabytek. Fakt, ze cudzoziemiec nosi ich narodowy stroj najwyrazniej uwazaja za pewna nobilitacje.
Przy bramce poznaje samotnie podrozujaca Australijke. Jest w drodze trzeci miesiac i widac, ze mocno czeka ostatni dzien wedrowek. Wypytuje ja o rozmaite indochinskie destynacje, bardzo poleca Laos i Kambodze (ktore, nota bene, od jakiegos czasu chodza mi po glowie), odradza Wietnam, ze wzgledu na masy turystow i pozbawionyh skrupulow lokalsow, ktorzy tylko czekaja, zeby okrasc lub oszukac samotnego podroznika!
Na pasie startowym potezny szary samolot z napisami US Army na bokach. Ani chybi przygotowania przed wizyta uberhamburgera ktora zacznie sie za dwa dni.
W samolocie siadam obok samotnie podrozujacej Holenderki, Liesbeth. Lecimy w to samo miejsce, do Mandalay (co wcale nie jest oczywiste, bo samolot ma dwa (!) miedzyladowania). Proponuje podzielic sie taksowka do centrum i tak zaczyna sie calkiem ciekawa rozmowa, ktora potrwa caly lot, i dalej. Rozmawiamy o podrozach (a jakze), o Polakach w Holandii, o migracjach wewnatrz Europy, o Rohingya (dostajemy rezimowa gazete do poczytania – na pierwszej stronie duzy artykul o birmanskim okraglym stole w tej sprawie, co ciekawe, zabraklo przy nim przedstawicieli muzulmanow), lot w ten sposob mija niezwykle szybko.
Ladujemy juz po zmroku. Mandalay International Airport jak z filmu o zombie. Pusto, ciemno, kreci sie kilku znudzonych do imentu porzadkowych. Po dlugich rozmowach z mocno nabetelowanym taksowkarzem i jego rownie przytomnym pomocnikiem, jedziemy do miasta mikrobusem z czworka innych. Lotnisko nie dosc, ze wyludnione, to polozone w srodku niczego, z droga dojazdowa pamietajaca jeszcze brytyjska okupacje. Kierowca pedzi jak opetaniec, kilka razy wyskakujemy z foteli niemal walac glowami o sufit. Gosc odwraca sie wtedy i rozwlekle przeprasza, nie patrzac na droge i zapominajac o kierownicy.
Docieramy do miasta i zaczyna sie rozwozenie po hotelach i guesthouseach. Z moim jest problem, panowie dlugo nie moga sie polapac co i jak. A ja powoli zaczynam sie czuc coraz gorzej, ewidentnie lapie mnie jakas zoladkowa infekcja. Po kwadransie kluczenia jest – Royal Guesthouse. Pokoj wyjatkowo cywilizowany, z zabudowanym balkonem, z ktorego mozna obserwowac ulice. Oberwacje innym rzaem jedak, jako ze moj zoladek stopniowo odmawia wspolpracy i przez najblizsza noc i dzien bede krazyl miedzy lozkiem a lazienka.
