Po wizycie na Złotej Skale i otarciu się o odpustowy biznes tamże, jadę do Hpa An bez większych oczekiwań. Wyjazd powoli dobiega końca i ta wizyta na południu była – w założeniu mniej atrakcyjną – alternatywą dla Mrauk Oo. Hpa An i okolice zaskoczyły mnie jednak bardzo pozytywnie.
Noc mam niezbyt udana – najpewniej ugryzło mnie coś w trakcie jazdy pikapem i dostaję dziwacznej wysypki/uczulenia. Trochę się boję, czy to nie denga, ale poza wysypką nie mam żadnych objawów – przede wszystkim nie mam gorączki. Budzę się więc co chwilę, drapię i sprawdzam postępy choroby.
Nad ranem objawy ustepują, a ja mogę przespać kilka godzin bez przerwy. Wstaję na śniadanie, które mogłoby być defnicją słowa “skromny” – rozpuszczalna kawa 3w1, pół słodkiego tosta z masłem i banan. Wzmocniony tą ucztą idę na najbliższy róg, gdzie za 5000 kyatow najmuję motocyklistę na pół dnia. Ładuję się na miejsce dla pasażera i ruszamy. Do odwiedzenia mam dwie jaskinne światynie i klasztor na skale.
Koncepcja jaskini-swiatyni dosyc porywajaca. W naturalnej formacji, w pierwszym przypadku duzej nyzy, w drugim regularnej jaskini, przecinajacej na wylot kilkudziesieiometrowa gran za zaczeto przyklejac na skale niewielkie, gliniane figurki buddy. Jak ze wszystkimi przejawami dewocji w tym rejonie, figurek sa setki, tysiace, przyklejone w rownych rzedach wysoko nad ziemia. Glina jest ceglastoczerwona. Pod okiem glinianych buddow, na ziemi, staja juz znacznie wieksze figury.
Pierwsza jaskinia, nyza, Kawgun, powstala w 7 wieku i z tego okresu pochodza gliniane figurki na scianach. Figury na ziemi wydaja sie byc znacznie mlodsze (albo poddane takiej renowacji), w cukierkowo odpustowym stylu, spotykanym na kazdym kroku w Birmie. W nyzy podobnie, sporo wspolczesnych figur w roznych pozycjach – od buddow stojacych, przez siedzacych w pozycji medytacji, az po lezacych, wyluzowanych buddow chill outujacych w cieniu banyana. Szczerze powiedziawszy, klimat jaskiniowych swiatyn pociaga mnie o wiele bardziej niz oslepiajaca biel i zloto popularnych stup. Niewielkie oltarze ginace w mroku sa wrecz stworzone do dlugich, samotnych medytacji.
W Kawgun jest tez inna atrakcja, ktora przywoluje Swayambhu w Kathmandu, a mianowicie stada malp, baboonow, ktore opanowaly banyany u stop gory. Zlosliwe bestie jednak uciekaja od apartu, choc pozwalaja na siebie patrzec.
Kolejny przystanek to swiatynia w regularnej jaskini – Yathaypyan. Jaskinia mniej uczeszczana i znacznie piekniejsza. Zeby dostac sie pod skale, trzeba przejechac przez dlugi most nad stawem. Potem kilkadziesiat metrow w gore po schodach i wita nas gromadka bialych buddow. Ciekawie zaczyna robic sie pozniej, kiedy jaskinia wchodzi wglab gory. Korytarz wije sie kilkoma kawernami, poczatkowo mijajac kilka zapomnianych, pograzonych w polmroku oltarzy. Po paru minutach pojawia sie naturalne swiatlo i po krotkim podejsciu wychodzi sie w dwa okna skalne, z ktorych pieknie widac delte rzeki Thanlwin. Kilometry podmoklych terenow, podzielonych na w maire rowne prostokaty polmryzowych, ktorych rytmicznosc zaburzaja kudlate wzgorza w stylu Siam Reap.
Po prawie godzinie w pieczarze wsiadam na motor i daje sie wiezc do Kyauk Kalap – podejrzewam, ze wlasciwa wymowa to cos w okolicach ‘Cziak Kala’. Miejsce faktycznie niesamowite, na wyspie posrodku sporego jeziora stoi zwieńczona niewielkimi stupami skala w stylu Maczugi Herkulesa. Na wyspie pod skala klasztor. Z dolu widac bambusowe drabiny, ktore prowadza na szczyt skaly. Pelen radosnej ekscytacji przechodze przez most, wchodze po schodach wokol gornej czesci skaly, zeby na ostatniej platformie natknac sie na mnicha, ktory zdecydowanie nie zgadza sie na jakiekolwiek eskapady po drabinach. Nic na siłę.
Robi sie koszmarnie goraco, wiec wracam do hotelu na prysznic i jakies owoce. Owoce nie wystarczaja, pozostaje curry w przyulicznej knajpie na wprost hotelu. Prowadzi ja rodzina muzulmanow, z koloru skory i rysow lokuje ich gdzies w Bangladeszu. Na scianie duze zdjecie z Mekki. Probuje zamienic kilka slow po arabsku, ale znaja ten jezyk gorzej niz angielski. Kilka dni pozniej, w Bago, spotkam Alego, szyite, ktory zostanie moim kierowca na pol dnia. Wypytam go troche o islam w Birmie, opowiem o Iranie (najwiekszym skupisku szyitow), ale nie jest chyba zarliwym muzulmaninem, bo kwestie religijne nie wydaja sie go interesowac, albo nie chce ich poruszac z niewiernym. On tez nie mowi po arabsku, ale potrafi czytac arabski alfabet – co pewnie potrzbne mu jest do recytacji sur.
Wzmocniony bengalskim curry idę nad rzekę. Chce sie dostac na druga strone i wejsc na Hpan Pu, kuldate wzgorze ze stupa na szczycie. Nie bardzo wiem jak wyglada tu transport, wiec plyne bardzo waska lodzia z loklanym chłopem, jego zona i kurą w stanie przedzawałowym. Chłop postanawia oszczedzic mi czasu i wysadza mnie przy ledwie widocznej sciezce u stop gory. Sciezka od rzeki jest waska, sliska i stroma, a ja jestem w sandalach i longyi. Kilka razy ześlizguję się do samej rzeki, ale ostatecznie, łapiąc się trzcin, wychodzę na ścieżkę.
Droga pod górę dosyć nużąca – widoki piękne, ale upał sięga chyba 40 stopni, nie wieje też nawet najmniejszy wiatr, więc na na szczyt docieram przemoczony i lekko odwodiony. Szczęśliwie na górze pojawia się lekka bryza, można też schować się cieniu stupy. Wracam nad rzekę, gdzie czekam na łódź powrotną z grupką lokalnych taksówkarzy – motocyklistów. Mają krytą trzciną platformę, gdzie chronią się przed słońcem i czekają na klientów żując betel. Z wdzięcznością przyjmuję zaproszenie w cień. Łódź pojawia się po pół godzinie.
Zmęczony upałem resztę dnia spędzam raczej hedonistycznie, pijąc lokalne piwo i próbując nowych odmian curry.
