Przelot do Dohy całkowicie uneventful. Wręcz rozczarowująco nudny. Po zeszłorocznych przejściach z China Southern byłem przygotowany na na najgorsze. Tymczasem wystartowaliśmy, zostałem nakarmiony, napojony, poczytałem trochę, po czym łagodnie wylądowaliśmy.
Katarskie powietrze, mimo późnej pory, gorące, suche i nieprzyjazne. Lotnisko podzielone na kilka różnych terminali, pomiędzy którymi jeżdżą autobusy. Autobusy dowożą też do samolotów, chybw w ogóle nie stosują tu rękawów. Terminal transferowy stosunkowo mały, do tego tłoczny i hałaśliwy, więc praktycznie w ogóle nie śpię.
Do samolotu wsiadam z nadzieją na dłuższą sjestę. Niestety za mną sadowi się grupka Nepalczykow, którzy zachowują się jak nasi rodacy wracający z saksów. On rana żłopią whisky, drą się wniebogłosy, a malutka didi siędząca za mną z uporem godnym lepszej sprawy, wali pięściami w oparcie mojego fotela i rozdzierająco piszczy. Załoga chyba oswojona jest z takim zachowaniem, bo nie zwraca na towarzystwo uwagi.
Obok mnie siedzi drobny chłopak o hinduskiej urodzie. Zagaduje mnie, a ja, straciwszy nadzieje na sen, wdaję się w rozmowę. Rozmowa okazuje się być bardzo ciekawa, a Sailendra – bo tak nazywa się mój nowy kolega – jest typowym przedstawicielem nepalskiej emigracji zarobkowej do krajów arabskich.
Sailendra ma 26 lat i pochodzi spod Pokhary, jest jednym z dwójki rodzeństwa. Jego siostra wyszła za mąż i, zgodnie z lokalnym obyczajem, wyprowadziła się do domu męża. Ojciec nie żyje, więc jako jedyny mężczyzna w domu, Sailendra musi zatroszczyć się o swoją matkę. 6 lat temu wyjechał do pracy w Katarze, pracuje jako sprzedawca w supermarkecie z elektronikąw Dosze. Zarabia nieźle, jak na nepalskie warunki (średnie roczne zarobki w Nepalu to równowartość ok. 650 USD), bo ok. 600 USD miesięcznie.
Z tego, co zrozumiałem, firma daje mu 2 miesiące płatnego urlopu raz na 3 lata. Wraca wtedy do Nepalu i mieszka z matką. Poza tym mają codzienny kontakt telefoniczny. Na codzień pracuje 10h, od 0800 do 1300 i od 1700, z długą przerwą w środku dnia, kiedy to katarskie upały stają się nie do zniesienia. Jako pracownik supermarketu jest traktowany w miarę dobrze, szczególnie w porównaniu z pracownikami fizycznymi, czy służbą domową. Nie może jednak liczyć na porządną opiekę lekarską.
Z dosyć rozbudowanej dalszej rodziny Sailendry, wiele osób mieszka w Europie. Do niedawna pracowali w Niemieckich hotelach, ale ostatnio przenieśli się do Hiszpanii, gdzie mają bardziej atrakcyjną pracę w tamtejszych kurortach.
Mój nowy nepalski kolega jest wishnaitą, ale lata spędzone w świecie arabskim pozostawiły zabawne naleciałości w jego mowie potocznej – co chwila na przykład wtrąca “inshallah” pod koniec zdań, które mowią o jego planach. Na przykład: “za trzy lata się ożenię, inshallah”.
Ożenek to, do czego zdążyłem przywyknąć podczas podróży po Azji, ważny temat naszej rozmowy. W przypadku Sailendry, ilość warunków jakie muszą być spełnione, żeby mogło dojść do małżeństwa jest przytłaczająca: zgodność klasy, kasty, poziomu majętności, religii, do tego zgoda rodziców po obu stronach… Temat kasty mnie intryguje, więc staram się podrążyć temat, ale dostaję wymijającą odpowiedź. Ja z kolei zostaje zapytany, czy u nas zdarzają się tzw. “arranged marriages”…
W pewnym momencie rozmowę przerywa wrzask i łomot zza naszych foteli, w powietrzu zaczyna unosić się zapach rozlanej whisky. To wesołe towarzystwo z kolejnego rzędu urządziło sobie małą bójkę. Korzystam z okazji i pytam, dlaczego oni się tak zachowują, w końcu to dosyć nietypowe dla Nepalczyków, a szczególnie nepalskich kobiet. Mój towarzysz nie pochwala, ale i nie jest za bardzo krytyczny. Tłumaczy, ża drobna dziewczyna, która jest spiritus movens tej pijackiej rozpierduchy, pracuje jako służąca w katarskim domu. Reżim i poniżenia, jakie znosiła, dobiegły końca i musi jakoś odreagować. Sporo czytałem o tym, jak arabskie rodziny traktują najemnych pracowników z biedniejszych krajów i mam tylko nadzieję, że dziewczyna nie przeżyła żadnej poważniejszej traumy.
Wkrótce potem lądujemy, Sailendra zostawia mi swój numer, mam nadzieję, że będzie okazja spotkać się jeszcze podczas mojego pobytu w Nepalu.
Załatwiam wizę i z duszą na ramieniu ustawiam się przy karuzeli z bagażem. Po paru minutach w oddali majaczy się coś dużego i niebieskiego. To mój plecak, szczelnie zakutany w pokrowiec przeciwlotniskowy. Na pierwszy rzut oka wygląda na nienaruszony.
Targi z taksówkarzami i po chwili jadę dom swojego GH w Boudha. Na mój widok gospodyni daje mi tylko klucz i mówi “you bring passport later, now you must relax”. Prawie 30h bez snu zrobiło swoje. Mimo prysznica i kolacji łapię doła i na chwilę tracę wiaręw całe przedsięwzięcie. Nie ma jednak takiego doła, na który nie pomoże ćwiartka whisky i 12h s1nu.
Aha, zawartość plecaka również dotarła nienaruszona. Moje obawy o stan zapasów na parę tygodni treku okazały się nieuzasadnione.
