06.IX.2013 – Kathmandu.

Po wczorajszej, wyczerpującej nieco, podróży, spię do poludnia. Budzę się mocno zregenerowany psychicznie i fizycznie – już nie mam ochoty rzucać wszystkiego w cholerę i wracać do domu. Postanawiam też zdecydowanie zwolnić tempo w porównaniu z poprzednimi wyjazdami, mam przed sobą pół roku (a jeśli zechcę, to i więcej) w drodze i naprawdę, ale to naprawdę, nie muszę się nigdzie spieszyć. Poza tym osoba wyciszona zdecydowanie lepiej nawiązuje kontakty w tej części świata, nadmierne emocje i nakręcenie nie są dobrze widziane.

Śniadanie wypada mi na obiad, więc po grzybowym curry z ryżem idę na małe zakupy. Po doświadczeniach birmańskich, gdzie zamieniłem typowo trekkigowy ubiór na lokalne longyi i klapki, przywiozłem ze sobą minimum ubrań miejskich, z założeniem, że większość kupię na miejscu. Obuwie jest tu nieco mniej wyrafinowane niż w Birmie, więc ze skórzanych klapków muszę z żalem zrezygnować i zadowolić się plastikowym wyrobem skóropodobnym. Nie brak natomiast lekkich, uroczych, piżamowatych spodni w stylu indyjskim, których kupuję dwie pary. Chyba zaczynam mieć lekko hippisowski look. Próbuję też płóciennych koszul, ale wyglądam w nich jak Janko Muzykant po lobotomii.

Następnie czeka mnie zakup nowej karty SIM, bo ta, którą kupiłem dwa lata temu, straciła ważność. Z zakupem karty SIM w Nepalu wiąże się mniej więcej tyle formalności, co z otwarciem banku w Polsce. Otóż wymagane jest ksero strony tytułowej paszportu, ksero wizy, zdjęcie, oraz wypełnienie długiego formularza, który należy wielokrotnie podpisać i odcisnąć na nim lewy i prawy kciuk, uprzednio umoczywszy je w atramencie. Niezbadane są ścieżki biurokracji…

Na tym kończę część formalną dnia, potem szwędam się po okolicy, robię zdjęcia, wpadam do jednej ze swoich ulubionych knajp na zupę wodorostowo-jajeczną i kurczaka w orzeszkach ziemnych z papryczkami. Boudha wydaje się rozwijać, jest więcej knajp, nowe sklepy i absolutne masy stołów z lampkami maślanymi. Te ostatnie robią niezwykłe wrażenie po zmroku. Po drodze trafiam na dwóch ulicznych muzyków, którzy – bardzo pozytywnie – zaskakują mnie poziomem swojego grania. Wrzucam do czapki (de facto nie ma czapki, jest plastikowa płachta, rozpostarta na chodniku) 50 rupii i pytam, pokazując na mikrofon, czy mogę nagrać. Panowie muzycy godzą się bez wahania. W ten sposób powstaje moje pierwsze nagranie terenowe, jeśli nie liczyć koncertów w PardonToTu. Później będę żałował, że nagrałem tylko kilka minut.

One thought on “06.IX.2013 – Kathmandu.

  1. Pingback: Dźwiękowe krajobrazy i wspomnienia. | Yak Kharka

Leave a Reply