Podróż do Pokhary, podobnie jak większość autobusowych podróży w tej części świata, wymaga dosyć wczesnego rozpoczęcia dnia. Podróże lokalnymi autobusami mają w sobie pewien masochistyczny urok, który jednak po kilku podróżach całkowicie zanika, pozostaje sam aspekt masochistyczny, już bez uroku. Decyduję się więc na turystyczny autokar Greenline, koszmarnie drogi, jak na lokalne warunki, i prawdę mówiąc, nie wart swojej ceny. Ma natomiast dwie ważne zalety, można kupić bilet z dowolnym wyprzedzeniem, a terminal położony jest w ścisłym centrum.
Podróż trwa prawie 8h, autobus ma przerośniętą amoryzację, bo na dowolnym wyboju podskakuje w sposób zupełnie nieadekwatny do jego wielkości, do tego trafiłem chyba na najgorętszy dzień w roku, upał nie daje wytchnienia. Do Pokhary docieram więc nieco zużyty i podróż do Beni zostawiam na następny dzień.
Na dworcu w Pokharze jak sępy kłębią sie hotelarze. Po krótkich, acz intensywnych megocjacjwch załatwiam sobie packwge deal – transport do Lakeside i nocleg. GH betonowy, ciężki i bez charakteru. Sama Pokhara, jak można się było spodziewać, nie zmieniła się specjalnie przez ostatnie 3 lata. Charakterem przypomina Zakopane. Drogo, sztucznie i komercyjnie.
Kolejnego dnia rano możliwie wcześnie jadę na dworzec Baglung, skąd odjeżdżają autobusy do Beni. Na miejscu jest też kilka taksówek, działających tak, jak irańskie savari – czekają na komplet pasażerów, po czym wiozą ich w określone miejsce, szybciej i w większym komforcie niż autobus. Jedyna wada takiego rozwiązania, to że na komplet pasażerów trzeba nieraz czekać i pół dnia. Przy okazji dowiaduję się, że błotne osuwisko zasypało drogę do Darbang i podróż tamże odbywa się dwuetapowo z przesiadką w Babiyachour. Mam nadzieję dostać się tam jeszcze dzisiaj. Mam też nadzieję, że w międzyczasie nie powstał dalszy odcinek drogi na północ, zamieniając pieszą ścieżkę, w zakurzoną drogę dla jeepów i lokalnych, pancernych autobusów. Podobny proces ma miejsce po Annapurną i z każdym rokiem trek ten skraca sie o kilka kilometrow.
Taksówka wypełnia się dosyć powoli i po mniej więcej godzinie dogaduję się ze starszym Nepalczykiem, że podzielimy koszta między nas dwóch. Na część drogi dołącza też kobieta z dzieckiem, która wysiądzie gdzieś pod Baglung.
Podróż bardzo urozmaicona, bo kierowca nieźle mówimpo angielsku. Podobnie ja wspomniany wcześniej Sailendra, spędził kilka lat życia na Półwyspie Arabskim. Bardzo narzeka na nepalskich polityków, wszechobecną korupcję i wysokie podatki. Pytam go wybory, które odbędą się w połowie listopada, odpowiada, że nie zamierza głosować, że nigdy nie głosował, i że wszyscy politycy to jedna i ta sama banda, niezależnie od od opcji.
W Beni powtarza się opcja z Pokhary. A jako że autobusy są koszmarnie zatłoczone, znowu dzielę taksówkę z kilkoma osobami. I ładunkiem parudniowych kurczaczków. I nieszczelną bańką ropy naftowej. Kurczaki poćwierkują, opary ropy dławią, słońce praży, a nowy kierowca wtajemnicza mnie w temat nepalskich girlfriends. Okazuje się, że nie taki ten kraj święty, jak niektórzy próbują go malować.
W Babiyachour faktycznie potężne osuwisko. Przemykam po nim chyłkiem, pilnując, źeby plecak mnie czasem gdzieś nie pociągnął. Po drugiej stronie czeka kilka autobusów i samotna taksówka, która w momencie osunięcia się ziemi została odcięta od reszty świata. Autobus znowu koszmarnie zapchany, więc starym, sprawdzonym sposobem ładuję się na dach. Po pół godzinie jestem w Darbang. Na samym początku wioski posterunek policji, młody policjant straszliwie biedzi się z moim paszportem, ostatecznien wspólnymi siłami udaje nam się wypełnić grubą księgę, której zapisywani sąwszyscy cudzoziemcy. Po chwili z zaplecza wychodzi sam policmajster, który weryfikuje wpis do księgi i zadaje mi kilka pomocniczych pytań. Poleca także hotel i zapewnia, że rząd Nepalu bierze za mnie odpowiedzialność.
Wybieram inny hotel, niż ten polecany przez policję. Prowadzi go rodzina Sikhów. Przybytek jest wyjątkowo mało przytulny, ale akceptowalnie karmią. Zabawne sątargi o pokój, cena wyjściowa to kosmiczne 500 rupii. Ostatecznie staje na 100. Po kolacji spacer po mieście. Bank, sporo sklepów, a nawet dwa miejsca z internetem. Wysyłam więc ostatnie maile z cywilizacji.
Noc pełna wrażeń, najpierw próbują atakować mnie pluskwy, przed którymi chroni mnie wkładka do śpiwora. Sama jednak świadomość, że one dzielą ze mną łóżko, działa deprymująco. Pompuję matę i uciekam na podłoge. Tu atak przypuszczają komary. W środku nocy mam dosyć i urządzam regularne polowanie. Po tej masakrze wreszcie mogę spać spokojnie.
