16-17.IX.2013 – Jaljal La-Dhorpatan.

Chwilę przed szóstą budzi mnie Phul, chmur brak, można podziwiać widoki. Z kubkiem gorącej kawy siadam na ławce i obserwuję słońce powoli wynurzające się zza Annapurny i grę swiateł na ścianie Dhaulagiri.

Po śniadaniu Phul siodła mi konia i przez kolejne pół godziny szaleje między górną a dolną przełęczą Jaljal La na małym, krępym, silnym koniku. Resztki umiejętności jeździeckich zostały mi z czasów nastoletniości – czasem nawet wchodzimy w lekki galop, co w tym trudnym, kamienistym terenie jest sporym wyzwaniem i dla mnie i dla konia. Byłoby straszliwym faux pas, gdybym połamał mu nogi!

Poranna jazda nastraja mnie niezwykle optymistycznie, idzie mi się wyjątkowo dobrze, nawet zaczynam podejrzewać, że organizm dostosował się do ciężaru na plecach, ale nie, po 3-4 godzinach, zaczynam mieć dosyć. Bolą mnie plecy, staw biodrowy, kolano – ewidentnie przesadzam z tym ciężarem. Zaczyna mi chodzić po głowie myśl, że może kupię konia i część treku pokonam w siodle. Niestety, trzeba na sprawy patrzeć realnie – może i utrzymuję się w siodle, ale o kupowaniu i obsłudze koni mam pojęcie co najwyżej mgliste.

Po paru godzinach docieram do pierwszej wioski na płaskowyżu Dhorpatan, Gurjaghat. Robi wyjątkowo przytłaczające wrażenie, brudna, skrajnie prymitywna, pełna pijanych, mimo tego, że to środek dnia, pasterzy. To chyba jeden z tych pierwszych sygnałów, że moje postrzeganie Nepalu w stricte pastelowych barwach dobiega definitywnego końca.

Dalej nie jest lepiej, kolejne wioski, tylko dają świadectwo coraz dalej posuniętej degeneracji. Wyjątkiem jest Chhentung, gdzie zatrzymuję się na potwornie słodką herbate i bananowe biskwity (z paczki, rzecz jasna).

Ostatecznie, mocno wyczerpany, docieram do pierwszych domów Dhorpatanu, czyli głównej miejscowości płaskowyżu. Moim celem jest tzw. Hunting Reserve Office – Dhorpatan jest w dużym stopniu nastawiony na myśliwych. Zanim tam dotrę, przez jakieś pół godziny przedzieram się przez luźne zabudowania. Wokół pełno brudnych dzieci, łajna i śmieci. Połowa domów zamknięta jest na głucho. Atmosfera taka, że tylko się powiesić albo upić. Lokalsi masowo wybierają tę drugą opcję.

W biurze rezerwatu nastoletnie półgłówki, praktycznie ani słowa po angielsku. Płacę entry fee i zaczynam rozglądać się za spaniem. Jest oficjalne pole namiotowe i “hotel”. Hotel składa się z jednej, mocno depresyjnej izby bez okna. Zbiera się na deszcz, więc odpuszczam namiot, który pewnie zostałby przy najbliższej okazji okradziony, i lokuję się w ciemnej izbie.

Na kolację dal bhaat… Nie wiem gdzie podział się mój dotychczasowy entuzjazm do tej potrawy, ale już po czterech dniach treku na widok ryżu, kartofli, soczewicy i górskiego szpinaku, dostaję lekkich mdłości.

Temperatura spada, lekko kaszlę, więc po kolacji proszę gospodynię o kubek ciepłej rakshi na rozgrzewkę. Na kubki tu nie sprzedają – dostaję mały dzbanek. W smaku wydaje się dosyć słaba, ale po drugim kubku wiem już, że słaba nie jest.

Mimo, że na drugim kubku się kończy i mimo litrów wody wypitych w ciągu nocy, rano budzę się mocno zatruty. Nawet nie skacowany, co struty lewym fuzlem. Na pewno nie wpływa to najlepiej na moje ogólne samopoczucie, mocno pognębione przez genius loci Dhorpatanu. Jeśli oni to piją codziennie, to stan w jakim jest okolica, nie powinien budzić zdziwienia.

Po śniadaniu robię pranie i idę zadzwonić do rodziny. Reszta dnia upływa spokojnie, zbieram siły przed jutrzejszym wyjściem w góry.