19.IX.2013 – Phagune Phedi-Bobang.

Po śniadaniu z suchego musli z mlekiem w proszku i wody, zostawiam pasterzom wszystkie zapasy, które mogę odtworzyć w Kathmandu (czyli zupy, musli, orzechy i batony – zabieram tylko liofy i trochę suszonych owoców), feralne kartusze i ruszam w dół. Z plecakiem lżejszym o prawie 10 kg czuję się jak na planecie o niskim przyciąganiu. Chcę dzisiaj dotrzeć do Bobang, jakieś 6h stąd, skąd ponoć odjeżdżają dżipy do Baglung, sporego miasta w dol. Kali Gandaki, na drodze do Pokhary.

Po 1.5h jestem w Dhorpatanie, pół godziny później przekraczam most w wiosce Nuri. Chwilę przed mostem jestem świadkiem jakiejś – jak podejrzewam hinduistycznej – ceremonii. Na kamiennym ołtarzu świeżo ubity baran i butelki rakshi. Wokół podniecony tłum, wszyscy mocno wstawieni, mocno, ale i nieco agresywnie radośnie. Na ziemi świeżo ubita kura z odcięym łbem, który również został umieszczony na ołtarzu. Zatrzymuję się na chwilę, krąg rozbawionych starych tybetanek (co one tuaj robią, zastanawiam się – może to jednak ceremonia animistyczna, albo b’on), które jak nakręcone lalki zaczynają na zmianę mówić mi Namaste. Chcę wyciągnąć aparat i zrobić parę zdjęć, ale starszy mężczyzna łapie mnie za łokieć i odprowadza na bok. Jakoś nie mam ochoty z nim dyskutować.

Za mostem małe bhatti. Zatrzymuję się na chwilę, kupuję sobie coś zimnego i słodkiego do picia, zamawiam też herbatę. Siadam, po chwili ściśle otacza mnie wianuszek mężczyzn w różnym wieku. Wszyscy pijani, wszyscy się na mnie gapią – rozumiem, że cudzoziemiec tutaj to rzadkość, ale z czymś takim nie miałem jeszcze do czynienia w Nepalu. Goście stoją jak sparaliżowani, niektórzy z otwartymi ustami i chłoną mój każdy gest. Próbuję rozmawiać, wyciągam mapę, ale trudno mi się przebić – oni chyba nie znają nawet nepalskiego. Wytrzymuję 10 minut tego koszmaru, po czym wściekły ruszam dalej, nie czekając nawet na herbatę.

Paręset metrów dalej ceremonia analogiczna do tej, której byłem świadkiem na drugim brzegu rzeki. Tym razem jednak inna faza – głowa barana jest podrzucana wysoko do góry, po czym żywo dyskutowane jest jak daleko poleciała i w jakiej pozycji spadła na ziemię. Zaczepia mnie jakiś pijany lokals i prosi o lekarstwo na chorą nogę. Gość ewidentnie ma zaawansowane Polio, mogę mu pomóc tak samo jak martwy baran na ołtarzu obok.

Mijam wioskę, wchodzę na niewielka przełączkę i zostawiam Dhorpatan za sobą. Po kolejnych czterech godzinach żmudnego zejścia po zakurzonej drodze docieram do Bobang. Jest to kolejna bardzo uboga wioska, słońce chowa się za grań, atmosfera beznadziei jest dojmująca. Przy malutkim sklepie z lekami zaczepia mnie – lekko pijany – młody facet. Jak się okazuje, lokalny aptekarz. Mówi nieco po angielsku, więc rozmawiamy chwilę. Dżipów w Bobang brak, trzeba iść kolejne dwie godziny w okolice wioski Galdun. Ale dzisiaj i tak już nie zdążę, stwierdza mój rozmowca, który przedstawia się jako Jack. Pytam o spanie i Jack idzie rozpytać. Po paru minutach wraca, ma dla mnie pokój w “no star hotel”, za co przeprasza. Uspakajam – tłumaczę, że w Nepalu jestem nie pierwszy raz i nie mam dużych wymagań. Jack mimo wyglądu i ubioru drobnego kryminalisty i oparów rakshi, jakie się nad nim unoszą, jest autentycznie pomocny.

Dostaję pokój na poddaszu, w każdym wolnym miejscu wiszą suszące się kolby kukurydzy, całość nawet urocza. Jack długo tłumaczy gospodarzowi, czym ten ma mnie karmić i poić. Przez chwilę nawet mam nadzieję, że udało mi przekazać im sekretny przepis na smażone warzywa z ryżem… Nadzieja pryśnie za kilka godzin, kiedy dostanę bardzo podstawowy dal bhaat.

Potem prysznic – Jack prowadzi mnie do wielkiej rury w środku wioski, gdzie, ukradkiem obserwowany przez połowę populacji Bobang, rozbieram się do majtek i urządzam ablucje. Z rury wylewa się chyba ze 20l lodowatej wody na sekundę, czuję się jak pod pomniejszym wodospadem. Po całym w słońcu i kurzu mam ochotę zostać tam na zawsze.

Po prysznicu dzień definitywnie się kończy. Kolacja bez niespodzianek, pomijając fakt, że gapi się na mnie pół wioski, doświadczenie podobnie irytujące, jak wcześniejsze. Na wprost mnie siada młoda i hałaśliwa Nepalka, która docieka dlaczego nie jem ręką, jak normalny człowiek, tylko używam łyżki. Następnie wioska ogląda moją czołówkę i z nabożnym skupieniem obserwuje jak filtruję wodę.

Po jakże wyczerpującej pracy przy podnoszeniu poziomu cywilizacyjnego Nepalczyków nie pozostaje mi nic innego, jak pójść spać w kukurydzianym pokoju.

2 thoughts on “19.IX.2013 – Phagune Phedi-Bobang.

  1. Tomek

    Co z tą młodą i hałaśliwą Nepalką? Straszny suspens. Jakbyś wstawił wielokropek, to wiedziałbym, że otwierasz wrota dla czytelniczej fatazji… a tu zwykły chochlik i to w takim momencie! ;-)

Comments are closed.