19-22.IX.2013 – Bobang-Pokhara-Kathmandu.

Wyruszając wczesnym rankiem z Bobang, jestem przekonany, że popołudniem, no, najpóźniej wieczorem, będę w Pokharze. Nawet rozważam złapanie popołudniowego autobusu do Kathmandu, jeśli dotrę na miejsce odpowiednio wcześnie i nie za bardzo zmęczony.

Optymizm, jak się wkrótce okaże, nieco mnie ponosi, wszak to końcówka monsunu w dosyć odległej części Nepalu. Gdy po 1.5h docieram w okolice Galdun, okolicznej wysuniętej stacji jeepów, okazuje się, że jeep się zepsuł i dzisiaj nie przyjedzie. To oznacza kolejne 1.5h drogi do Bhortibang – 1.5h, jak mówią lokalsi, z mojej mapy wynika, że to co namniej tyle, co z Dhropatanu do Bobang, czyli ze cztery godziny żwawego spaceru. Nie mam jednak innej opcji.

Po godzinie i 20 minutach okazuje się, że zła sława map tego rejonu jest całkowicie uzasadniona. Bhortibang to spore i żywe miasteczko, ze sporą stacją jeepów na głównym placu. Okazuje się też, że o jeepie do Pokhary można co najwyżej pomarzyć. Przesiadać się trzeba czterokrotnie. Najpierw w wiosce, której nazwy już nie pamiętam, potem w Karbang, następnie w Hotii, wreszcie w Baglung. Ponoć są bezpośrednie jeepy z Hotii do Pokhary, ale wyraz twarzy młodych chłopaków, którzy obsługują stację jeepów, wskazuje, że sami nie do końca wierzą w istnienie takiego połączenia. Co nie zmienia faktu, że są bardzo przyjaźni i pomocni.

Na jeepa trzeba trochę poczekać, zostaję więc zaproszony do domu jednego z nich, który chce mnie przedstawić swojemu ojcu (choć podejrzewam, że bardziej chodzi mu o siostrę, ewidentnie na wydaniu). Ojciec, na oko nie starszy niż 45 lat, przez 8 lat pracował dla jednego z NGOsów, po czym odebrał odprawę i przeszedł na emeryturę. Mówi niezła angielszczyzną, więc spędzamy ponad pól godziny na rozmowach. Pod koniec rozmowa schodzi na temat mojej pracy, mówię, że pracuję w IT, już jakieś 12 lat. To wywołuje powszechną konstrnację, “to ile Ty masz lat?!”, pytają. Odpowiadam i, tradycyjnie już, wywołuję powszechne niedowierzanie. Towarzystwo celowało w 20-25. Rozmowa potem schodzi na małżeństwo, wyjaśniam więc swoją filozofię życiową. Mój rozmówca się tylko uśmiecha, “you have a very good life”, mówi. Nie narzekam, zazwyczaj.

Po tym przyjemnym epizodzie, coś dla równowagi – do jeepa przychodzi lokalny pijak i za cholerę nie chce się ode mnie odczepić. Błaga, chce łapać za buty, nie wiem nawet, czy chce pieniędzy, czy chce się zaprzyjaźnić, ale nie trafia do niego proste “nie” i “idź sobie”. W końcu wściekły idę do gości od biletów wyjaśnić całą sprawę. Są zszokowani, robi się straszna awantura, pijak zostaje publicznie zestrofowany i pogoniony precz. Ja z kolei dostaję honorowe miejsce w szoferce… Po raz pierwszy w niemal półrocznej karierze nepalskiej spotkała mnie taka sytuacja.

Ok. 1230 wyruszamy i gdzieś ok. 1400 docieramy do pierwszej przesiadki. Trzeba wysiąść, zabrać bagaże i przejść przez most linowy. Po drugiej stronie czekają już kolejne jeepy. Tu pojawia się problem, bo do oczekującego jeepa mieści się 7 osób, a na miejscu jest tylko 5. Po pół godzinie proponuję podzielić koszt całego jeepa między 5 osób i ruszać. Popiera mnie pewien brzuchaty, bardzo wesoły i hałaśliwy Nepalczyk. Zaczyna się półgodzinna dyskusja, część pasażerów nie chce zapłacić więcej niż zwykle i żadne argumenty na nich nie działają. Muszę raz po raz mentalnie przywoływać się do porządku – kilkaset rupii, które dla mnie jest wydatkiem niezauważalnym, tutaj może stanowić kwotę, za którą ktoś musi przeżyć kilka dni. Ostatecznie staje na tym, że ja, mój nowy brzuchaty kolega (który chce, żeby mówić na niego Mike) i jego żona zapłacimy nieco więcej, a reszta pojedzie za normalną stawkę.

Ok. 1630 docieramy do Karbang, gdzie sytuacja się powtarza. Tym razem nie udaje się osiągnąć kompromisu, co więcej Mike’owi kończy się kasa i nie może już sobie pozwalać na magnackie gesty. Dopiero ok. 1900 zbiera się wystarczająco dużo osób, żeby ruszyć dalej.

Do Hatii docieramy nocą. Jeden z tubylców prowadzi nas skrótami i błotnistymi ścieżkami do centrum miasta. Tu, pod nieco przerażającym hotelem, po raz kolejny zaczynają się targi i negocjacje. W środku grupa pijanych, wytatuowanych i bardzo hałaśliwych młodych chłopaków urządza regularną bibe. Wyglądają trochę jak żołnierze Yakuza. Znudzony targami idę z nimi pogadać, okazuje się, że to kierowcy jeepów w ten sposób odreagowują dzień jazdy po bezdrożach. Bardzo kiepsko mówią po angielsku, więc nie udaje mi się wyciągnąć od nich żadnych szczegółów codziennego życia na drodze.

Targi przeciągają się, więc tracę nadzieję i decyduję się zostać tu na noc. Dostaję nawet bardzo czysty i, jak na lokalne warunki, przytulny, pokój. Chwilę potem okazuje się, że jeep do Baglung jednak pojedzie. Oddaję klucz, ładuję się do środka i po chwili ruszamy.

Podróż trwa ponad cztery godziny, droga prowadzi totalnymi bezdrożami, do tego zaczyna padać deszcz. Do Baglung docieram już nawet nie tyle wyczerpany, co znieczulony, zobojętniały, spiący na jawie. Wysiadam z jeepa i razem z całą grupą idę do hotelu. Na miejscu konsternacja, wszyscy patrzą to na mnie, to na właściciela hotelu, to na siebie. Buddowie, co tym razem, zastanawiam się? Okazuje się, że miejsce do spania jest tylko w dormitorium. Nie, myślę sobie, po całym dniu w kurzu, brudzie, upale, ściśnięty jak sardynka w jeepach, mam jeszcze spać na wspólnej sali? Nie ma mowy. Biorę plecak i idę w wymarłe Baglung. Chwilę potem dogania mnie kierowca jeepa – “Dai, dai!” (“bracie, bracie”), woła. “Hajur?” (“co jest?”), pytam. “Rupees!”, odpowiada. No fakt, z tego wszystkiego zapomniałem zapłacić.

Jest 0130, miasto jest jak zamrożone, żadnych dźwięków, żadnego ruchu. Krążę tak trochę, ale nie udaję mi się trafić do żadnego przybytku świadczącego usługi noclegowe. Szczęśliwie trafiam na patrol policji i pytam o hotel. Naradzaja się chwilę, po czym pytają, czy jakiś tam Palace będzie wporządku? Może być nawet Pałac Kultury, myślę sobie i ochoczo daję się prowadzić. Szczęście mnie nie opuszcza, bo na kolejnym rogu trafiamy na grupę Hindusów. Jeden z nich, koszmarnie pijany, jest nauczycielem angielskiego, więc wyjaśniam swoją dramatyczną sytuację. “No problem”, mówi. Jego kuzyn prowadzi hotel, właśnie idą tam spać.

Jeden z policjantów eskortuje mnie pod same drzwi hotelu, gdzie mu wylewnie dziękuję. Wnętrze jest tak brudne, że boję się czegokolwiek dotknąć – tak muszą wyglądać najtańsze backpackerskie przybytki w Delhi, czy Kalkucie. Ale dostaję swój pokój. Pokój, który tak mocno pachnie środkiem na owady, że po kilku minutach jestem na lekkim haju. Wolę jednak nie ryzykować i z łóżka zdejmuję wszystko poza ramą. Na niej rozkładam swoją matę i śpiwór. Tak zabezpieczony idę spać. Koszmary męczą mnie tylko przez pierwszy kwadrans.

Kolejnego dnia rano znajduję stację jeepów najbliżej hotelu i kupuję bilet do Pokhary. Znów trzeba poczekać aż zbierze się komplet pasażerów. Kierowca otwiera mi samochód, mogę więc czekać we względnym komforcie. Ruszamy już po 1.5h i po kolejnych dwóch jesteśmy w Pokharze. Jest już za późno na autobus do Kathmandu, po krótkich poszukiwaniach znajduję więc miejsce do spania za rozsądną jak na Pokharę cenę 400 rupii.

Popołudniem idę rozpytać o loty do Dolpo – skoro nie udało mi się tam dojść, to może tam dolecę? Ale nie, lotnisko pod Dunai jest nieczynne, mogę co najwyżej wyczarterować helikopter, co jest rozwiązaniem tyle kuszącym, co finansowo nierealnym. Kupuję więc bilet do Kathmandu, tam będę decydował, co dalej…