Do Hikkaduwy z Colombo najlepiej dostać się pociągiem, ze stacji Fort. Z niechęcią rozstaję się z klimatyzowanym pokojem i po odświeżająco rześkiej podróży tuktukiem, docieram do postkolonialnego budynku dworca. Jako mieszkaniec bardziej rozwiniętej części świata mogę pozwolić sobie na lekkie rozpasanie i za 160 rupii pojechać drugą klasą. Pierwszej na tej trasie nie ma.
Upał koszmarny, dworzec nagrzany jak piec, tłumy ludzi. Część z nich obowiązkowo musi się dowiedzieć skąd jestem, na jak długo i tak dalej. Pociąg spóźnia się, dworzec rozgrzewa coraz bardziej, tłum faluje rozemocjonowany. W pewnym momencie zaczepia mnie tutejszy i z pytającym gestem pokazuje trzy palce? Zakładam, że chodzi o klasę pociągu i pokazuję dwa palce. Lokals zaaferowany prowadzi mnie na inną cześć peronu i tam, wyraźnie zadowolony z siebie, zostawia. W chwilę później podjeżdża pociąg i zaczyna się wolna amerykanka. Wysiadający pasażerowie co prawda zostają wypuszczeni, ale potem działa prawo dżungli. Trochę to przypomina opisy indyjskich pociągów, które – jak na razie – znam jedynie z książek. Walczę jak tygrys, tu łokciem tam kolanem i nieco pobijany dostaję się do środka, gdzie cudem znajduję wolne miejsce. Wagon bez przedziałów, do sufitu przykręcone kilka wiatraków, które nawet działają. Kilka chwil później przez przedział przechodzi, zdradzająca objawy PTSD, grupka turystów, którzy wsiedli do wagonu 3 klasy i musieli przebić się przez cały pociąg w poszukiwaniu miejsc.
Sama podróż o wiele mnie traumatyczna. Obok mnie młody Lankijczyk – Sidadh. Pochodzi z Anuradhapury, jednej ze starożytnych stolic Lanki, pracuje tam jako kierowca, ale studiuje w szkole morskiej w Galle. Oczywiście zostawia mi wizytówkę zaprzyjaźnionego hotelu. Przy okazji opowiada mi nieco więcej o medin poya i narzeka na upolitycznionych mnichów ze świątyni Gangaramaya, którą wczoraj odwiedziłem.
Hikaduwa, jako jeden z głównych celów nadmorskich aktywności (i ich braku, bo leżenie na plaży to główne zajęcie tłumnie przybywających tu cudzoziemców), mocno skomercjalizowana. Wzdłuż głównej, i jedynej ulicy, sklepy z pamiątkami, hotele i pensjonaty. Zupełnie jak Lukla, tyle, że z oceanem w tle. Wygląda to mało zachęcająco. Za to od strony plaży sprawa prezentuje się zupełnie inaczej – szeroka plaża, palmy, werandy, drewniane leżaki pod palmowymi liśćmi i, co najważniejsze, niezbyt dużo ludzi. Atmosfera jest bardzo leniwa, widzę że łatwo byłoby tu popaść w totalną gnuśność i przez parę tygodni nie ruszać się z miejsca.
Plaża praktycznie wolna od wędrownych handlarzy, a Ci którzy się trafiają, są całkiem malowniczy. Mamy więc panie sprzedające batiki, które rozwijają swój towar na wietrze, jak żagiel i powoli suną po plaży szukając chętnych. Jest wesoły pan sprzedający flagi Sri Lanki, który bezustannie nimi wymachuje, entuzjastycznie krzycząc ‘Lanka, lanka!’. Pewien starzec sprzedaje liście aloesu, na boku dorabiając masażem stóp. W ten właśnie sposób nawiązał ze mną znajomość – usiadł obok i bez słowa powitania (ani zachęty) zaczął masować mi prawą stopę.
Pokój mam w Hansasurf, kultowym surferskim GH. Pierwsze pytanie jakie zadaje mi owner to ‘do you smoke marihuana?’. Kręcę głową – od kiedy wylądowałem na Sri Lance nie mam ochoty na jakiekolwiek używki. Może to kwestia tropikalnego klimatu, a może faktu, że mam ostatnio dosyć Polski i polactwa i każda chwila spędzona z dala od najjaśniejszej RP działa terapeutycznie.
Planuję nauczyć się pływać na desce i zaczynam rozglądać się za instruktorem. Mój człowiek od marihuany zna kogoś, mam przyjść po godzinie. A po godzinie za kolejne ‘2 minutes’. Nie traktuję tego literalnie i wracam do swoich spraw, instruktor znajduje się po dwóch godzinach. Ocean jednak dzisiaj nie sprzyja nauce i mamy zacząć kolejnego dnia rano.
Po zmroku Hansasurf pokazuje swoją imprezową twarz – średnio mi się to podoba i przy najbliższej okazji postanawiam przenieść się gdzieś, gdzie będzie ciszej i spokojniej. Rano mój niedoszły instruktor znów nie jest zadowolony z warunków, więc nie myśląc wiele, pakuję plecak i ruszam plażą na południe.
Po kilku próbach znajduję miejsce optymalne w relacji cena/jakość – Rita’s Guesthouse. Obok jest szkoła surfingu Reef’s End – goście również nie chcą szkolić na miejscu, ale proponują plażę zaraz za Galle, gdzie fale są łatwiejsze do ogarnięcia. Pakujemy deskę na tuk-tuka i ruszamy w drogę.
Zapłaciłem za trzy godziny lekcji, po dwóch jestem już w stanie samodzielnie pływać w sprzyjających warunkach. Myślę, że doświadczenia windsurfingowe i wspinaczkowe (obydwa sporty wymagają dużej koordynacji i dobrej kontroli równowagi) bardzo pomogły. Co prawda same początki są ciężkie i zaczynam mieć wątpliwości, czy to na pewno jest sport dla mnie, ale gdzieś za szóstym razem wstaję i utrzymuję się na desce w pionie, a potem już regularnie dopływam na fali do brzegu. Brakuje jeszcze skrętów, ale i to zaczyna przychodzić gdzieś pod koniec drugiej godziny.
Następnego dnia zostaje awansowany na twardą deskę – poprzedniego dnia pływałem na tzw. softboardzie (desce oklejonej miękką pianką) i mimo lekkiej gorączki robię dalsze postępy. To jednak dopiero początek drogi, deska, na której pływam ma ponad 2.5 metra długości i wyporność jak niewielki tankowiec. Prawdziwa zabawa zaczyna się z deskami o metr krótszymi, z wypornością ok. 30 kg.
Gorączka utrzymuje się kolejnego poranka, ale entuzjazm jest silniejszy niż rozsądek. Wypożyczam deskę na pół dnia i atakuję trudniejsze fale w Hikkaduwie. Ty razem idzie znacznie gorzej, wystarczą nieco cięższe warunki, żeby moje świeżo nabyte skillsy przestały wystarczać.
Dziś też odbywa się poya, cykliczne święto w buddyźmie theravada. Umawiam się z jednym z instruktorów na wspólną wizytę w stupie pod wieczór.
W dzień po poja postanawiam nieco odpocząć. Organizm jednak nie łapie aluzji i popołudniem mam 39 stopni gorączki. Zastanawiam się, czy to czasem nie malaria i pytam obsługę o lekarza. Ujawnia się lekki duch Lanki – młody chłopak z obsługi kładzie mi dwa palce na czole i mówi ‘is OK, you don’t feel very hot’. Moja irytacja musi być bardzo wyraźna, bo w chwilę potem, bez dalszych zachęt, biegnie na zaplecze dowiadywać się o lekarzy.
Dr. Kamal, do którego trafiam po krótkim błądzeniu tuktukiem, od razu wyklucza malarię, bo ta tutaj nie występuje. Co prawda jest ryzyko dengi i zostaję skierowany na badania krwi, ale zobaczywszy w jakim stanie jest laboratorium, uciekam. Denga mija sama z siebie, a przy pobieraniu krwi można złapać o wiele gorsze rzeczy. Dostaję zestaw leków, które później skrupulatnie wyszukuję w google. Nic nie powinno mnie zabić ani okaleczyć. De facto zbliżony zestaw mam w swojej apteczce, ale najbardziej zależało mi na wykluczeniu malarii. Wszystko wskazuje na zapalenie gardła, czy oskrzeli, które zaczęło się na samym początku wyjazdu. Klimatyzacja to zło.
Kolejny dzień zamiast na desce spędzam na rekuperacji.
