24.IX.2014 – WAW-DXB-DAC.

Na Bangladesz ostrzyłem sobie zęby już od jakiegoś czasu. Pierwsze podejście zrobiłem w zeszłym roku, ale bez powodzenia. Jako że w tym roku projekty ułożyły się tak, że wczesną jesienią miałem do dyspozycji kilka miesięcy do zagospodarowania, nie zastanawiałem się specjalnie dokąd jechać.

Po raz kolejny nie kupowałem biletu powrotnego – z jednej strony, żeby nie mieć poczucia ograniczonego czasu podróży, a z drugiej, żeby w razie problemów, zniechęcenia, czy znudzenia móc ewakuować się wcześniej.

Lot Emirates przez Dubaj, potem przesiadka do Biman Bangladesh. W Warszawie nadaję bagaż do samej Daki, ale boarding pass dostaję jedynie na pierwszą część lotu. Systemu Biman nie są zintegrowane z resztą świata. Co ciekawe lot z Dubaju do Dhaki ma postój techniczny w Chittagong – mieście, które już nieodwołalnie będzie mi się kojarzyć z Marylą Rodowicz. A to dlatego, że jedna z moich przyjaciółek upierała się, że ów demon kultury masowej, a nawet biesiadnej, śpiewał o tym mieście piosenkę. I na nic było tłumaczenie, że duszące się w smogu portowe miasto w jednym z najbiedniejszych państw świata raczej nie będzie stanowić inspiracji dla MR. Podejrzewam, że chodziło o utwór “Sing sing”.

W samolocie do DXB tłumy bardzo hałaśliwych, pijanych, nieco agresywnych rodaków. Wygląda na to, że wycieczka do Dubaju to teraz małomiasteczkowy symbol statusu, burak chic. Wrzaski, potem niekończące się awantury, na koniec łzawe godzenie się i obietnice braterstwa pod koniec czasu. Dawno nie czułem się tak zażenowany. Po wyjściu z samolotu towarzystwo ustawiło się w kolejkę po selfie z tablicą “Welcome in Dubai” w tle.

Samo lotnisko wielkie, ale niezbyt przjazne i, mam wrażnie, niezbyt dobrze zorganizowane. Nie ma, tak jak w Dosze, wyciszonych rejonów do spania, przez co tłumy ludzi koczują na podłogach. Do tego osobne tablice odlotów dla EA i pozostałych linii, co wprowadza pewną konfuzję, szczególnie w środku nocy (a może zwyczajnie byłem zmęczony).

Przy próbie uzyskania boarding pass na lot do Daki, dowiaduję się, że Biman nie wpuści mnie na pokład, ponieważ nie mam biletu powrotnego. Jak rozumiem Bangladesz obawia się najazdu nielegalnych emigrantów z UE. Nie daję się zbyć i zaczynają się dyskusje z kolejnymi supervisorami i kolejne, coraz łagodniejsze warunki. Najpierw wystarczy, że będę marynarzem (Are you seaman?, pytają) – nie jestem. Potem wystarczy, że będę miał 2000 USD w gotówce (mam 1200). Ostatecznie staje na tym, że 1200 USD wystarczy, ale mam je przeliczyć na oczach pani od boarding passów. Co też czynię trzęsącymi się rękoma. Głupio byłoby zakończyć podróż zanim de facto się zaczęła.

Lekko rozchwiany psychicznie zostawiam trasfer desk z kartą pokładową w ręku. Na pokład dostaję się bez problemów, chociaż atmosfera jak przed lotem do Lukli – towarzystwo się pcha, wchodzi na plecy, wciska do kolejki… Samolot Biman z całą pewnością pamięta czasy bengalskiej wojny o niepodległość ad. 1971. Toalety jak w wagonach II klasy PKP z początku lat 90-tych, albo gorzej.

W Chittagong planowany postój, wymiana pasażerów, inspekcje celne i inne. Startujemy bez opóźnień i 30 minut później jestem w Dace. Bez problemów dostaję wizę, VOA – Visa On Arrival – działa i ma się dobrze. Kosztuje tylko ponad 2x więcej niż wynikałoby to ze stron lokalnego Ministerstwa Imigracji (56 USD zamiast 21). Za to mam priorytetową kolejkę do kontroli paszportowej, razem z załogami samolotów, CD i innymi VIPami. Mała pieczątka i oficjalnie jestem w Bangladeszu.

Na karuzelach bagażowych setki paczek, pieczołowie obwiązanych sznurkiem jak baleron, wszystkie z dużymi (bardzo dużymi) etykietami z informacją do kogo należą… Znaczna część PKB tego kraju musi przylatywać tym samolotem. Niestety mój plecak się nie pojawia. Zmęczony, na jet lagu, do tego bez bagażu – i znając realia subkontyentu, bez większych szans na jego odzyskanie – czuję się naprawdę parszywie. Zgłaszam zgubę przy specjalnym okienku, dostaję jakiś wydruk, ale wszystko to sprawia wrażenie taniej farsy. Najcenniejsze rzeczy miałem przy sobie, ale zostaję bez ubrań, kosmetyków, apteczki, drobnego sprzętu turystycznego, ładowarek i kabli.

Na zewnątrz mijam taksówkarskie sępy i staram się złapać CNG (taki tuk-tuk, tylko na gaz ziemny, do tego zakratowany – jak się później dowiem, żeby unikać przeładowania tuk-tuka ludźmi), ale bariera językowa i słaba znajomość Daki krzyżują mi plany. Do tego zaczyna padać, a niebo wygląda wręcz piekielnie groźnie.

Wracam do sępów i po chwili jedziemy – to moje pierwsze zetknięcie z ruchem ulicznym w Dace i nie będę ukrywał, że jestem pod wrażeniem, a nawet nieco onieśmielony. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. W Dacę spędzę kilka dni, będę sporo się przemieszczał, więc na większy elaborat na ten temat przyjdzie czas później.

Zaczyna padać, potem lać, potem kończy się skala – w gazetach kolejnego dnia pisać będą o “torrential downpur”. Wody jest tyle, że cały ruch zamiera na dobre kilkanaście minut. Ruch. W Dace. Zamiera. Brak mi porównania, ale to nie zdarza się często. Przez strumienie wody nie widać samochodów stojących kilka metrów dalej, po ulicach płyną kilkunastocentymetrowej głębokości strumienie, samochody miejscami zanurzone są po zderzaki.

Podróż trwa jakieś 2 godziny. Nie zrobiłem rezerwacji, ale w hotelu – Pacific w dzielnicy Motijeel – miejsc na szczęście nie brakuje. Nie mam ochoty w taką pogodę i w takim stanie ducha włóczyć się po nieznanym mieście (megamieście) i szukać wolnego łóżka. Dostaję pokój mały, ale przytulny, do tego z dzikim wiatrakiem – i oknem, co wcale nie jest regułą.

Kiedy wieczorem idę do pobliskiego sklepu po wodę i podstawowe kosmetyki. brodzę w wodzie do połowy łydki, czasem po kolana. Wygląda ma to, że Bangladesz przywitał mnie deszczem stulecia.

Noc niespokojna, co chwilę budzę się w panice nie bardzo wiedząc gdzie jestem, mocno mnie obciążyły psychicznie te podróżne perturbacje.

3 thoughts on “24.IX.2014 – WAW-DXB-DAC.

  1. miro Post author

    Bagaż odnalazł się po 5 dniach, mogę więc oficjalnie odwiesić wszelkie psy zawieszone na Subkontynencie. ;-)

  2. Pingback: Podróż. | Yak Kharka

  3. Pingback: Georgetown – Khanom. | Yak Kharka

Comments are closed.