Przez jetlag i ogólne rozbicie udaję mi się naprawdę zasnąć dopiero po bardzo wczesnym śniadaniu. Wstaję ok. południa i dużym nakładem siły woli pokonuję zniechęcenie, a wręcz może nawet monsunową deprechę i ruszam obejrzeć Starą Dakę.
Na początek targi rykszarzami, stałym – i niesamowicie malowniczym – elementem Daki. Nieco ze mnie zdzierają, ale już nawet nie mam sumienia targować się, wiedząc ile zarabiają dziennie. Co więcej, większość z nich nie ma nawet rykszy na własność, tylko pracują dla właścicieli flot rykszowych, którym oddają większość dziennego zarobku.
Po raz kolejny zderzam się z ruchem ulicznym w Dace, który jest chyba samodzielnym organizmem, rozproszoną inteligencją – lewiatanem i zdecydowanie obcą inteligencją. Na ulicach mieszają się ryksze, CNG (tuk-tuki), samochody, ciężarówki, motocykle, autobusy, rowery, a nawet – w okolicach Starej Daki – powozy ciągnięte przez kuce (tzw. tomtom, wykorzystywane w celach stricte turystycznych). Pasy ruchu są dosyć umowne, nie raz oficjalnie jest ich aż 4-5. Każda wolna szczelina w między pojazdami zostaje natychmiast zajęta przez przesiębiorczego rykszarza, albo wciskające się wszędzie CNG. Wszyscy trąbią, dzwonią, wołają, krzyczą, co jest jedynie słabym wypełnieniem basowego tła silników. Smród spalin chwilami jest nie do opisania, miejscami można znaleźć się dokładnie na wprost rury wydechowej jednej z gigantycznych ciężarówek. To wszystko jest męczące, wyczerpujące psychicznie, ale zarazem ma w sobie element mocno stymulujący, energetyzujący. Może to adrenalina, a może udzielają się zazwyczaj bardzo pozytywne nastroje ludzi, którzy muszą w tym choasie pracować dzień w dzień, przez całe życie.
Ruch, jak się wydaje, żyje własnym życiem. Wartki nurt pojazdów nagle bez powodu gwałtownie zwalnia, żeby na wiele minut zatrzymać się, albo posuwać się do przodu w ślimaczym tempie. Potem, za kilkaset metrów i kilkanaście minut później, okaże się, że to policjant machnięciem drewnianej pałki zatrzymał jeden strumień metalu, gumy oraz ciał i uruchomił inny, analogiczny. Niezależnie od tych prób regulowania, co i raz tworzą się mniejsze lub większe zatory. Ryksze szczepiają się kołami, CNG zderzają się ze sobą (zwykle niegroźnie), samochody i ciężarówki, mijając się o millimetry, zmieniają pasy. To wszystko razy kilka milionów, w każdej sekundzie.
Daka z przyległościami może liczyć już nawet 26 milionów ludzi. Jedyne, z czym kojarzy mi się ten żywioł, to Teheran. Ale tam jest o połowę mniej ludzi, 5 linii metra i powszechna sygnalizacja na przejściach dla pieszych i skrzyżowaniach.
Pierwszy przystanek w Starej Dace to Fort Lalbagh. Rykszarz się gubi, jedzie za daleko, potem wraca i z pomocą lokalnego policjanta trafia do celu. Fort jest różowy, z niezbyt kuszącymi ogrodami i sporą populacją parek, które w cieniu nielicznych drzew szukają minimum intymności.
Nie jestem pod specjalnym wrażeniem (szczególnie, że podróż trwała ponad godzinę) i idę zgubić się uliczkach Starej Daki. To akurat jest bardzo ekscytujące, także dlatego, że jestem jedynym turystą w okolicy. Życie wre, pełno tu małych sklepików, straganów i warsztatów, wąskich uliczek z resztkami mogulskich budynków, zakamarków, zdominowanych przez jedną profesję (trafiłem na przykład na ulicę drwali). Wciąga mnie ta atmosfera, podobna trochę do atmosfery starych miast w Damaszku i Aleppo, robię nieco zdjęć, potem schodzę nad rzekę – Burigangę.
Nabrzeże jest równie hałaśliwe i żywe jak ulice Daki, tylko tu dochodzi dodatkowa zmienna – setki łodzi, statków, promów, barek, które tworzą własny chaotyczny ekosystem. Wzdłuż rzeki magazyny, pełno tragarzy. Lokalni wioślarze zachęcają mnie do wycieczki po rzece, ale słońce jeszcze wysoko, a chciałbym zrobić tu zdjęcia o zachodzie.
W rykszy do hotelu wysyłam SMSa do agenta, który ma mi zorgnizować turę po Sundarbanach – Mahmuda. Chcę dograć szczegóły, ale zamiast tego zostaję zaproszony na urodziny jego syna, jeszcze dziś wieczór. Mój człowiek odbierze Cię z hotelu punkt piąta – pisze Mahmud. Biorę sobie do serca punkt piątą i w lekkim ferowrze udaję mi się kupić jakieś czekoladki, wziąć prysznic i być na czas w pełnej gotowości. Ostatecznie wyruszymy o 1900, żeby kolejną godzinę spędzić w korkach. Docieram na miejsce cokolwiek zaczadzony.
Impreza to typowa domówka, do tego z focusem na dzieci. Oczywiście, jak na państwo w większości muzułmańskie, bez kropli alkoholu. Mało kto mówi po angielsku, ale ci nieliczni robią to nieźle i tylko dzięki nim nie umieram z nudów. Zjadam talerz lokalnego jedzenia, próbuję włączyć się w żarty lokalsów, którzy wykorzystują moją nieznajomość bengalskiego do różnych, niewybrednych jak sądzę, żartów ze mnie, ale najwyraźniej wolą mnie jako bierną atrakcję turystyczną, a nie partnera do zabawy.
W takiej sytuacji żegnam się po jakiejś godzinie i idę polować na CNG. Noc, nie wiem nawet w jakiej części Daki jestem, ale wszystko idzie w miarę gładko. Kolejne 1.5h w trafficu i jestm w hotelu. Łykam kupiony wcześniej specyfik na sen i jetlag, przez kolejne dwie godziny tripuję jak na niezłym kwasie, po czym zapadam w niebyt. Nawet uda mi się wyspać. Better living through chemistry.
