Brak rzeczy – po pierwszym szoku – nie przeszkadza mi tak bardzo, jak mogłem się spodziewać. Owszem, jest to kłopotliwe, szczególnie brak ładowarki do aparatu – jeśli nie będę w stanie robić tu zdjęć, to znaczna część wrażeń z podróży przepadnie. Nie od razu, ale pamięć – w szczególności moja – jest zawodna. Do tego dochodzi natłok podróży w ostatnich latach. Kraje, wrażenia i emocje mają tendencję do zlewania się w nieco mglisty kalejdoskop.
To minimalne wyposażenie z jakim zostałem na swój sposób uwalnia, daje pewną – nie tylko literalną – lekkość.
W tejże lekkości postanowiłem wybrać się do Sonargaon (dosł. złotego miasta), dawnej stolicy Bengalu, w różnych okresach. Dziś nie zostało z niej praktycznie nic, ale na ruinach jednej dawnych dzielnic Złotego Miasta, na przełomie XIX i XX wieku powstało miasteczko z posiadłościami lokalnych laryfundystów, zamindarów – Painam Nagar.
Dojazd na miejsce autobusem, w huraganie pyłu i kakofonii silników, klaksonów i wrzasków. Potem kilka minut w rykszy i jestem na miejscu.
W Painam Nagar zamindarowie zbudowali szereg pałacyków, willi i nadrzecznych posiadłości. Czasy były kolonialne, więc dominowały wpływy kultury brytyjskiej. W czasach swojej świetności musiało to być niezykle piękne miejsce, położone na zadrzewionym, dosyć wąskim półwyspie tak, że starczyło miejsca na dwie linie domów i biegnącą środkiem ulicę. Nie należy jednak popadać zbytnie rozczulenie – zamindarowie bardzo mocno eksploatowali tutejszych chłopów, o ile pamiętam funkcjonował odpowiednik polskiej pańszczyzny, do tego większość z nich należała do kasty Braminów, a do czego prowadzi kastowość w skrajnym wydaniu pisać nie muszę.
Po podziale Indii na właściwe Indie i Pakistan (zachodni oraz wschodni, czyli dzisiejszy Bangladesz), duża część latyfundystów porzuciła swoje posiadłości i przeniosła się do Kalkuty. Nieraz wiązało się to ze znaczną utratą statusu, tak materialnego, jak społecznego. Resztę wykurzyły antyhinduskie zamieszki w 1964 roku. W ten sposób powstało coś na kształt widmowego miasta, które z roku na rok popada w coraz większą ruinę.
Opuszczone miasta zawsze mnie fascynowały, nie mogę oprzeć się nastrojowi nostalgii, tajemnicy, utraty. Tutaj czekało mnie lekkie rozczarowanie. Jak same budynki faktycznie opustoszałe, tak wokół nich spotkać można wielu mieszkańców okolicznych wsi, którzy koczują po dziczejących ogrodach, pasą w nich krowy, zbierają dzikie owoce i koszą trawę dla zwierząt. Na placu w środku miasta lokalna młodzież gra w piłkę. Niektóre budynki wydają się być pod opieką – prawdopodobnie dawnych właścicieli lub ich potomków – większość wejść jest zamurowana albo zastawiona nagimi cegłami bez zaprawy, okna i niektóre drzwi pozamykane są na kłódki.
To, co można dostrzec przez szpary, niesamowicie działa na wyobraźnię, daje na ułamek sekundy poczuć kolonialny klimat Subkontynentu początku XX w. Jest to ulotne, jakby zobaczyć zjawę, czy kontury czegoś we mgle. Niszczejące sale balowe, kolumnady, antresole, sztukaterie, ścienne malowidła, detale w kamieniu i drewnie… Szczególnie urzeka mnie jeden budynek i za wszelką cenę (znaczy się, za rozsądny baksheesh) postanawiam się dostać do środka. Samozwańczy przewodnik, który mi towarzyszy – o nim za chwilę – zdecydowanie odmawia. Ale pojawia się lekko grubawy, na oko 10-letni chłopak, który aż wychodzi ze skóry, żeby pokazać mi sekretne przejście. Cofamy się o dwa domy, wchodzimy do środka przez okno na parterze, od ogrodu, potem po kruszejących schodach na piętro, dalej przez dach budynku obok i przez dziurę w ścianie do właściwego budynku. Sala balowa, do której wchodzimy nie jest duża, ale zbudowana z dużym wyczuciem. Szczególnie ujmują mnie sztukaterie – głowy długowłosych dziewcząt, biało-niebieska mozaika na podłodze i antresola z kolumnadą na piętrze, skąd obserwować można było tańce.
Od samego początku odwiedzin w Painam Nagar, towarzyszy mi “przewodnik”. Brzuchaty, w starym lungyi i zniszczonym, niebieskim polo, nie odstępuje mnie na krok. Potrzeba samotności emanuje ze mnie jak ektoplazma z medium, tłumaczę mu kilkukrotnie, że chcę być sam – z mocno przetrzebionym uśmiechem kiwa głową, po czym odchodzi na kilka kroków, żeby po chwili wrócić ze swoją prezentacją: ‘dis – river, dat – house, hier – bathroom’. Sprawia wrażenie, że nic nie jest w stanie go ode mnie odciągnąć. W końcu znajduję sposób – baksheesh, 100 taka.
Zostawiam migawki z minionej epoki. Siwy rykszarz z poważnym problemem ortodontycznym wiezie mnie do innej lokalnej atrakcji – malutkiego, XVI wiecznego meczeciku, Goaldi. Uroczy, miniaturowy wręcz, czerwono-ceglasty, otoczony bambusowym gajem.
Na koniec lokalny skansen w dawnym Rajbari. Nawet nie ma o czym pisać, Rajbari w trakcie unowocześniającego restaurowania (to zwykle oznacza kafelki, aluminiowe balustrady i pleksiglasy). Muzeum jak z koszmaru wycieczki szkolnej. Tereny ładne, stawy, sporo zieleni. Atmosferę psują nieco plastikowe bengalskie tygrysy naturalnej wielkości i masa straganów z dramatycznie tandetnymi pamiątkami.
