27.IX.2014 – Daka, Saderghat.

Dzisiaj czwarty dzień od przylotu, o moim plecaku wieści brak. Pogodzony już z wersją light swojego wyposażenia, większość dnia poświęcam na uzupełnianiu rozmaitych braków sprzętowych. Mam dwa dosyć potrzebne urządzenia, tablet (do pisania i wszystkiego innego, szczerze mówiąc) i aparat, które wymagają dedykowanych ładowarek.

Wizyta u lokalnego dilera Canona nie nastraja pozytywnie. Oryginalna ładowarka kosztować będzie ok. 100 USD. Na szczęście niedaleko, na Stadionie Narodowym w Dace, funkcjonuje giełda elektroniczna. Bardzo ciekawe miejsce – w typowym dla rozwijającego się kraju brudzie i bałaganie, setki sklepików najnowocześniejszą elektroniką. Oryginalną i podrabianą. Pod sklepami stragany z drobnymi rzeczami – ładowarki, baterie, kable, przejściówki, sprzęt elektryczny i stoiska z paan (betelem). Klimat, szczególnie pod wieczór, kiedy zasmogowana Daka uracza swoje 26 milionow mieszkańców niezwykle nastrojowymi zachodami słońca, niebywały. Atmosfera jak z Blade Runnera. A tematycznie jak warszawska giełda komputerowa na Grzybowskiej w latach 90-tych.

Pierwszy sukces – mam ładowarkę do swojego Canona, za ułamek ceny tej oryginalnej. Z tabletem idzie znacznie gorzej, ten model nie był sprzedawany w Bangladeszu. Jadę nawet do komputerowego supermarketu w innej części miasta (akurat trwa jakiś event Microsoftu), ale i tam – mimo trzech pięter i setek stoisk – niczego nie znajduję. Przyjdzie mi pisać relacje na papierze, jak kilka lat temu. Perspektywa późniejszego ich przepisywania lekko mnie mierzi – do dziś mam kilka relacji z pierwszego wyjazdu do Nepalu w 2010, które wciąż czekają na transkrypcję.

Wracam z tych poszukiwań i mam akurat tyle czas, żeby dotrzeć nad rzekę – Burigangę – i wynająć łódź na krótką rzeczną turę o zachodzie słońca – jedną z ciekawszych atrakcji Daki. Rykszarz wyjątkowo powoli przebika się do portu – Saderghat – i ostatecznie zostaje mi jedynie ok. 25 minut dobrego światła.

Za to atmosfera jest niepowtarzalna. Na rzece setki małych drewnianych łodzi, takich jak ta, w której siedzę – z niską burtą, płaskim pokładem i sternikiem/wioślarzem na rufie. Przy terminalach promowych cumują ogromne, trzypoziomowe promy, które często zobaczyć można na zdjęciach z Daki. Środkiem rzeki suną koszmarnie przeładowane barki z piaskiem, nieraz tylko kilka centymetrów wychodzące ponad linię wody. Te barki to prawdziwy ewenement – za pierwszym razem, widząc taką jednostkę z mostu, byłem przekonany, że zatonęła w dosyć płytkiej wodzie, dopiero po chwili dostrzegłem leniwy ruch. Obok barek, łodzi promów, kutrów, różnych statków transportowych i przemysłowych, czasem przemknie Rocket – szybki i dosyć luksusowy statek pasażerski. Jego pojawienie się wzbudza na rzece powszechny entuzjazm.

Wioślarz cierpliwie wiosłuje w gorę i w dół rzeki, podczas gdy mnie nie opuszcza fotograficzna gorączka. Co i raz zmieniam obiektywy ścigając się z zachodzącym słońcem. Jest tu wszystko to, co lubię – rzeczny żywioł, atmosfera, odpowiednie światło, egzotyka i dużo ruchu. Pozostaje pytanie, czy ten ferwor przełoży się na jakość zdjęć.

W drodze powrotnej zahaczam o stację kolejową Kamalapur, kupuję na jutro bilet do Mymensingh. Bilety w wyższych klasach wyprzedane, więc z pewną obawą zgadzam się na tzw. shuvon, czyli tutejszą drugą klasę. Biorąc pod uwagę, że bilet kosztuje 110 tk, czyli niecałe 1,5 USD, nie obiecuję sobie zbyt wiele.