Mymensingh jako takie – mam tu na myśli tzw. Stare Mymnsingh, analogicznie do Starej Daki, choć one wizualnie nie mają w sobie za wiele z zabytku – nie różni się zasadniczo od Starej Daki. Może jest troche bardziej czyste, kolorowe, wizualnie bogatsze. Poza tym taka sama plątanina małych uliczek ze sklepikami i straganami, gwar, zmasowany atak na zmysły.
Natomiast ze względu na wielkość (jest ok. 50 razy mniejsze od Daki) nie ma tu poczucia tego megamiejskiego rozlania, przez co wrażenia są o wiele wyraźniejsze. Daje to możliwość całkowitej imersji w inną kulturę, praktycznie bez znajomych elementów – czy to na płaszczyźnie języka, czy wizualnej albo obyczajowej.
Poranek mało aktywny, włóczę się nieco nad Brahmaputrą, która tutaj zupełnie nie sprawia wrażenia wielkiej rzeki. Powiedzmy to wprost: Brahmaputra, której sama nazwa wywołuje u mnie lekki dreszcz podniecenia i nostalgii za południowoazjatycką egzotyką, lekko rozczarowuje.
Nad samym brzegiem ulokowała się biedniejsza część miasta – chwiejne domy z blachy falistej, trzciny i co tam akurat było pod ręką. Nie za dobrze czułbym się robiąc tu zdjęcia. Trafiam jednak na fascynujące miejsce – warsztat, gdzie z gliny wzmacnianej trzciną, lepione są idole hinduskich bóstw na nadchodzące celebracje Durga Puja. Od razu przypomina mi się scena z książki “Shantaram”, gdzie w takiej właśnie, olbrzymiej, figurze, z mumbajskiego slumsu przemycany był tresowany niedźwiedź.
Są tu dziesiątki figur w różnych stadiach zaawansowania, rzeźbiarze, malarze, stolarze. Nikt nie zwraca na mnie uwagi, więc robię swoje. W zapamiętaniu udaje mi się pokrowcem od obiektywu, który mam przy pasie, utrącić końcówkę trąby świeżo ulepionego Ganeshy. Zamieram i mentalnie przygotowuje się na awanturę i gruby baksheesh, ale zauważalnej reakcji brak, mimo że moja transgresja została dostrzeżona. Albo jest to drobna sprawa, albo onieśnielam ich jako cudzoziemiec, albo towarzystwo jest z kasty, która cudzoziemców uważa za niedotykalnych i traktuje ich jak powietrze.
Kiedy z aparatem na szyi wracam nad rzekę, okazje do zdjęć pojawiają się same – tłumy dzieci, które wprost wychodzą ze skóry, żeby zostać sfotografowane. Trafia się nawet uczynny Bengalczyk, który ustawia mi ich w grupę. Dorośli są nieco mniej chętni, kilku odmawia, ale trafia mi się charakterny chai wallah, który nie robi problemów.
Kieruję się w stronę bazaru, który widziałem podczas wcześniejszego spaceru, kiedy zaczepia mnie lokalny fryzjer. Daję się skusić i przez ponad godzinę jestem poddawany zabiegom golenia głowy (strasznie nierówno) i twarzy, strzyżenia brody i wreszcie masażowi, który polega na bolesnym szczypaniu skóry i próbach wyłamania rąk ze stawów. Dostaję też propozycję wybielenia skóry na twarzy oraz ufarbowania brody. Odmawiam. Całe to spa kosztuje 150 taka, uwzględniając herbatę.
Czując się pięknie i młodo docieram na wspomniany wcześniej bazarek. Tu fotograficzna orgia, towarzystwo wdzięczy się i pozuje, wzajemnie się nakręcając i zachęcając. Młodziutki, niebywale rozciągnięty chłopak, wykonuje dla mnie kilka sztuczek. Atmosfera robi się wręcz radośnie cyrkowa.
Po krótkiej przerwie jadę do lokalnego Rajbari – Mustagacha. Rajbari miało być w ruinie, a nie jest. Cała frontowa część jest odrestaurowana, głębiej też toczą się różne prace. Indiana Jones we mnie jest delikatnie rozczarowany, ale staram się skupić na części zrujnowanej.
Całość jest wielka – pałac, skarbiec, biblioteka, domy zamindarów, słoniarnia na 100 słoni (dzisiaj parking wojskowych ciężarówek), sala balowa z obrotową sceną, cukiernia, pomieszczenia dla służby, więzienie. W czasach pełnej świetności musiało to być niezwykłe miejsce.
Wielu Radżów było osobami o znacznym wykształceniu i dużym wyrafinowaniu estetycznym. Podział Indii i późniejsze, stopniowe, ograniczanie ich praw i przywilejów, doprowadziło ich do powolnego upadku. Nie wiem jak wyglądała historia tego akurat Radży (lokalny przewodnik-samozwaniec mówi, że Radża w 1947 uciekł do Kalkuty, ale to mogą być czcze wymysły), natomiast kilka fascynujących przypadków opisuje V.S. Naipaul w książce “India, a Million Mutinies Now” – dostępna w polskim tłumaczeniu w wydawnictwie czarnym.
Później trochę spacerów po nocnym Mymensingh i kolacja w lokalnej garkuchni. Zaczynam przekonywać się do jedzenia rękoma. Znaczy się ręką. Prawą.
