01.X.2014 – Chittagong.

Chittagong jest jak młode tego samego gatunku co Daka, gatunku miejski moloch w kraju rozwijającym się. Jabłko padło niedaleko od jabłoni, jednak szybko zaczęło gnić. I tak mamy miasto brudniejsze, hałaśliwsze, znacznie bardziej zanieczyszczone, biedniejsze i generalnie odpychające. W przeciwieństwie do Daki, mogą tu jeździć także tuktuki benzynowe, co dodatkowo pogarsza sprawę. Pod koniec dnia od tutejszego powietrza szczypią mnie oczy, boli gardło i głowa.

Aby odreagować nieco podróż, jadę na rondo G.E.C., gdzie mieści się Well Food, sieć food malli, wzorowanych na amerykańskich. Na śniadanie samosy z naprawdę rewelacyjną kawą z ekspresu. I ciasto czekoladowe. Pięć godzin snu i wczorajsza podróż nieco bledną po takiej terapii.

Przystanek w Chittagong jest nie do uniknięcia przy podróży na południowy-wschód Bangladeszu, nad Zalew Kaptai, do Bandarban i Chittagong Hill Tracts oraz dalej na południe, do plażowego Cox’s Bazar i na wyspę St. Martin’s. Trzeba tu też uzyskać pozwolenie na podróż w rejonie Bandarban. Wieloletnie tarcia i partyzancka wojna partyzancka między bengalczykami, a ludami z grupy Adivasi, doprowadziły do powszechnej obecności armii w rejonie i drobiazgowej kontroli przyjezdnych, w szczególności cudzoziemców. Konieczne jest uzyskanie pozwolenia w biurze kierownictwa dystryktu. Jeszcze kilka lat temu trekking tutaj wymagał eskorty uzbrojonego żołnierza.

W samym Chittagong jest to traktowane jako nuda formalność. Po odrobinie błądzenia w potężnym, pobrytyjskim budynku z czerwonej cegły, gdzie mieszczą się sądy i inne urzędy, trafiam na właściwe biuro. Znudzony do granic depresji urzędnik daje mi do wypełnienia formularz, sprawdza paszport, przystawia parę pieczątek i puszcza wolno. W interiorze ten permit będzie traktowany znacznie bardziej poważnie.

Popołudniem wybieram się do słynnych Ship Breaking Yards, miejsc gdzie wycofane z użytku statki są rozbierane na części pierwsze. Temat zresztą dobrze sfotografowany przez T. Gudzowatego kilka lat temu. Naiwnie myślę, że jak powiem kierowcy CNG ‘ship cutter’, to on mnie zawiezie do stoczni, ja zrobię zdjęcia i dzień zakończy się oszałamiającym sukcesem. Nic bardziej błędnego. Stoczni jest multum, trzeba znać ich nazwy i położenie. Po długich rozmowach, CNG zawozi mnie dp najbliższej, położonej dwa-trzy kilometry za rogatkami miasta i tam porzuca pod bramą.

Trochę jestem wystraszony, wokół tłumy portowych robotników, wszyscy przyglądają mi się z podejrzliwą ciekawością, brama stoczni zamknięta na głucho. Po chwili wynurza się brodacz w mundurze i dobrym angielskim wyjaśnia, że tu akurat żadnych statków nie rozbierają, trzeba pojechać kawałek dalej, ale skoro już tu jestem, to opowie mi o całym procesie.

I tak, kiedy statek jest gotów do ostatniej drogi, lokalne firmy startują w przetargach, każda na inną część albo system statku – wyposażenie kabin, elektrykę, silniki, środki ratunkowe i tak dalej, aż po sam kadłub. Wzdłuż drogi do Chittgong, kilkanaście kilometrów przed miastem, można zauwa żyć serię warsztatów pełnych, na przykład, agregatów generujących elektryczność, beczek po smarach, czy niewielkich stawów pełnych pomarańczowyh szalup. Po wygranym przetargu zaczyna się demontaż. Wizualnie, najciekawsze jest rozbieranie samego kadłuba.

Po tym wykładzie wracam do głównej drogi i po konsultacjach z lokalsami z przydrożnej garkuchni, łapię CNG do kolejnych stoczni. Tutaj nieco lepiej, stoczni chyba z pięć i do pierwszej mnie nawet wpuszczają. Wyciągam aparat, przypinam do pasa pokrowce z obiektywami i ruszam na polowanie. Niestety sielanka nie potrwa długo. Po chwili pojawia się supervisor i mnie wygania. Do kolejnych dwóch stoczni mnie nie wpuszczają, jedna wygląda na zamkniętą, a w ostatniej zostaje nawet zaproszony do portierni, podczas gdy mój trudny przypadek jest eskalowany. Niestety eskalacja nie przynosi oczekiwanych skutkòw. Rozczarowany wracam do miasta, ale planuję wrócić za kilka dni – od strony rzeki albo z zaprzyjaźnionym ze stoczniowcami tubylcem.

Paolo Bacialogalupi napisał całkiem niezłą książkę – “Ship Breakers” – lekkie sci-fi, którego akcja toczy się głęboko  XXI wieku właśnie w środowisku ship cutterów. Literatura na pewno nie wybitna, ale miejscami bardzo ciekawa – szczególnie aspekt społeczny.