Wychodząc rano z hotelu nie miałem do końca pewności gdzie skończę dzisiejszy dzień. Wiedziałem, że odpuszczę sobie podróż do Birisiri, gdzie lokalną atrakcją są glinianki, wyglądające jak wysokogórskie stawy. Dwa dni to stanowczo za dużo na glinianki.
Zgodnie z planem miałem jechać do Chittagong, ale znaczna odległość i, w większości przypadków, konieczność przejazdu przez Dakę, skutecznie mnie zniechęcały do tego planu. Kombinowałem, żeby dojechać do Comilli na wschodniej granicy z Indiami, a potem pociągiem do Chittagong. Albo w drugą stronę, do Rajshahi i Bogry. Dałem się jednak ponieść nurtowi wydarzeń, rykszarzowi powiedziałem ‘bus stop’ i wymieniłem kilka nazw miejscowości. Zawiózł mnie na dworzec z autobusami do Daki, mimo że o tym mieście nie wspominałem. Ten dworzec był po prostu najdalej, ergo rikshaw-wallah najwięcej zarobił.
Pogodzony z kolejną wizytą u molocha, wydobywam od pasażerów informacje o połączeniach do Chittagong. Okazuje się, że to, co mam w przewodniku jest nie do końca akutalne. Mam w Dace złapać CNG na dworzec Fokirapul (łatwo zapamiętać, jak foka i Shakira), skąd odjeżdżać będą bardzo komfortowe autokary do ulubionego miasta Maryli R.
Cztery godziny łykania kurzu i znowu Daka. Szybki transfer CNG i po chwili mam bilet do Chittagong. Odjazd za 40 minut, więc opijam ulicznego chai-wallach ze słodkiej herbaty. Cukrowy haj nieco łagodzi wizję kolejnych 6h w autobusie (naiwnie wierzyłem, że to faktycznie będzie to 6, może 7, godzin).
Autobus rusza o 1600, na miejscu jesteśmy o 0330. Po drodze ciągłe korki, ruch wahadłowy, ślimacze pełznięcie na przemian z okresami totalnie szaleńczej jazdy. Nigdzie.jeszcze nie spotkałem się z tak ryzykowną jazdą… Wyprzedzanie zwykle polegało na dojechaniu na pełnej prędkości do zbliżającego się z przeciwka autobusu, albo ciężarówki, w każdym razie czegoś dużego, ciężkiego i bardzo metalowego, by w ostatniej chwili z szaleńczym trąbieniem i błyskaniem świateł, uciec w przerwę między samochodami jadącymi w tym samym kierunku, co my. Uciec w przerwę – inshallah.
I tak co minutę, dwie, by w końcu znowu utknąć w korku. Czuję się jakbym na zmianę wciągał spid i łykał Xamax.
To wszystko w nieprzebranych chmurach pyłu. Przez te kilkanaście godzin nałykałem się tyle pyłu, co górnik fedrujący na przodku przez lat czterdzieści.
Mam dosyć, jestem brudny, lepki i zmęczony, nie bardzo mogę spać, więc wchodzę w jakiś taki półmaniakalny stan wesołego zobojętnienia. Na szczęście mam dobrego współpasażera – Luke’a z narodu Chakma, pierwotnych mieszkańców wzgorz przy granicy z Birmą i Indiami. Luke nieźle mówi po angielsku, więc przez sporą część drogi konwersujemy. Chakma (i ogólnie ludy Adivasi, do których należą także Chakma) mają fascynującą historię. Napiszę o nich więcej przy okazji notki o Zalewie Kaptai.
Chwila wytchnienia jedynie około północy, kiedy to zatrzymujemy się w przydrożnym zajeździe. Słodka herbata i porcja lokalnych spejcałów cukierniczych stawiają mnie nieco na nogi.
Autobus szczęśliwie dojeżdża do centrum Chittagong, dwa kroki od hotelu, który sobie upatrzyłem w przewodniku. Hotel zamknięty na głucho, dopiero po interwencji grupy lokalsów, których, jak na tą porę jest na ulicach sporo, zostaję wpuszczony do środka. Co z tego, skoro nie ma miejsc. Łapię CNG na Station Road, zagłębie tanich hoteli. Tutaj udaje się za pierwszym razem, choć początkowo nie mam pewności, czy to nie jest hotel na godziny. Nie wybrzydzam jednak, jestem gotów spać nawet w rynsztoku.
