Autobus z Rangamati do Bandarbanu jedzie ok. 4h. Nic w tej podróży specjalnie nie zapadło mi w pamięć, może poza tym, że z braku miejsc siedziałem na pudle obok kierowcy i przy każdej zmianie biegów dostawałem po żebrach tym nieszczęsnym drążkiem. W jednej z lokalnych wiosek o mały włos nie przejechaliśmy starego człowieka z długim kosturem. Tłum zebrał się wokół autobusu i zaczął lekko wrzeć – natychmiast przypomniały mi się sceny indyjskich ulicznych samosądów po wypadkach drogowych opisane w “Shantaram”. Jednak starzec z kosturem wyszedł ze starcia z autobusem cało, a tłum dał się udobruchać tłumaczeniom kierowcy, że musiał gwałtownie skręcić, żeby uniknąć zderzenia z tuk-tukiem.
Bandarban jak większość niewielkich miast w rejonie, nie wyróżnia się niczym specjalnym, może poza położeniem wśród wzgórz. Na jednym z nich stoi bardzo piękna stupa w stylu birmańskim – Dhatu Jadi. Widoki z góry niepowtarzalne.
Dziś już po raz kolejny zostałem przez tubylca zapytany, czy pochodzę z Indii albo Pakistanu. Buddowie! Mimo tutejszego słońca skórę mam biała, a czasem wręcz, kiedy słońce pooperuje zbyt mocno, w kolorze świnkoróżowym. Jak to się może kojarzyć z indyjskimi brązami, czy środkowowschodnimi odcieniami oliwkowego – nie wiem. Pewnie chodzi o brodę.
Nocuję w hotelu Phurbani. Podstawowy, ale przytulny, do tego dramatycznie wręcz tani – 300 taka ( jakieś 4 USD) za jedynkę. Mój dzienny budżet zaczyna oscylować między 10-15 USD, mimo że specjalnie nie oszczędzam. Czasem nie przekraczam nawet 10 USD.
