Rano autobus do Thanchi. Chcę stąd dopłynąć do Ramakiri, zobaczyć wodospady Naphakum, a potem ruszyć przez wzgórza do Rumy albo z powrotem do Thanchi. Zaplanowałem całe pięć dni na tę okolicę i mam ochotę je dobrze wykorzystać. Moja ochota jednak, jak się okaże, a rzeczywistość, to dwie, całkowicie odrębne, kwestie.
Już w hotelu w Bandarbanie – stolicy tego upazilla (coś jak gmina, mniejsze od dystryktu), musiałem zostawić trzy kopie głównej strony paszportu, wizy i pozwolenia, które dostałem w Chittagong. Na wszelki wypadek zrobiłem tych kopii wiele, jak się okaże słusznie. Podczas podróży do Thanchi zostaję trzykrotnie zatrzymany na policyjnych i wojskowych punktach kontrolnych, gdzie zostawiam kopię pozwolenia oraz wpisuję swoje dane do wielkich ksiąg.
Ostatecznie, po 4h, docieram na miejsce. Tutaj sytuacja się komplikuje, przede wszystkim muszę wynająć przewodnika. Pmaga mi poznany w autobusie chłopak z plemienia Tripura (spędził trzy lata w seminarium, kształcąc się na księdza i potrafi się relatywnie dobrze porozumieć po angielsku), szybko znajdujemy chętnego tubylca. Potem wizyta u thana, lokalnego odpowiednika wójta, czy może sołtysa, ale też szefa policji, aby uzyskać kolejne pozwolenie. Mój Tripura coś kombinuje, więc proszę o dokładne wyliczenie kosztów całej operacji. Okazuje się, że poza przewodnikiem mam zapłacić także jemu, wynająć łódź od jego kuzyna, opłacić samego kuzyna i jego pomocnika a także zapewnić im wszystkim posiłki i mieszkanie. Lekko wściekły wychodzę od wójta niemal trzaskając drzwiami (niemal, bo drzwi nie ma).
Szczęśliwie na rynku w Thanchi zaczepia mnie grupa, jak się później okaże z Daki, która przyjechała tym samym autobusem, co ja. Dwie dziewczyny, piękne zresztą, chłopak i ich przewodnik. Wszyscy posługują się biegłą angielszczyzną i po krótkiej dyskusji decydujemy się ruszyć dalej razem. Kolejna wizyta u thana, liczne pieczęcie na kolejnych formularzach i po chwili mamy błogosławieństwo.
Pozostaje posterunek wojskowy zaraz obok przystani łodzi. Tutaj długie rozmowy i tłumaczenia, zostaję niemalże przesłuchany. Ostatecznie okazuje się, że cudzoziemcy muszą mieć eskortę policji. Powrót do thana, który chętnie by mi kogoś przydzielił, ale jutro zaczyna się Eid ul Adha, trwa jeszcze Durga Puja, więc policjanci na urlopach i nie ma kogo mi dać, musiałbym parę dni poczekać. Daję więc spokój, spróbuję w innych miejscscach. Żałuję tylko, że zmarnowałem tyle czasu towarzystwu z Daki. Dzień się kończy i najpewniej dotrą do Ramakiri dopiero jutro.
Zresztą, prawdę powiedziawszy, na chłodno nawet cieszę się z takiego obrotu sprawy. Biorąc pod uwagę mój samotniczy styl podróżowania, wędrówki po pagórkach nie dość, że z przewodnikiem, to jeszcze z policjantem, byłyby bardziej męczarnią niż przyjemnością.
Wieczorem spacer po Thanchi. Strasznie zapyziałe to miasto, spowolnione, bez energii i inicjatywy. Ludzie zrezygnowani, marazmatyczni, jakby z warstwą waty w głowach. Nie wiem, czy to kwestia klimatu, czy faktu, że okolica jest od wielu lat poniekąd pod okupacją i ludzie na co dzień muszą zderzać się z biurokratyczno-wojskowym systemem, który miałem okazję poznać dzisiaj.
W wielu miejscach można zauważyć plakaty: dłonie skute kajdanami, których łańcuch układa się w słowa militarization. Faktycznie, ilość jednostek wojska, posterunków, koszar, punktów kontrolnych w tej okolicy jest gigantyczna. Burzliwą historię ludów Adivasi opisałem wcześniej, ale bezpośrednie zetknięcie się z sytuacją mocno zmienia perspektywę.
