Pierwsza rzecz jaką robię o poranku w Srimangal to wypożyczenie roweru. Niedaleko stacji kolejowej mieści się sklep z częściami do rowerów – choć patrząc po asortymencie jest to bardziej sklep z częściami do ryksz – gdzie przy okazji można wypożyczyć rower. Mój jest ewidentnie chińskiej produkcji, czerwony, zaklejony naklejkami w smocze wzory i bez wątpienia wykonany w tej samej technologii co chińskie czołgi. Jest cieżki, rozpędza się powoli, za to potem ciężko go zatrzymać, bowiem ma ledwie działające hamulce w stylu V-brake. Do tego groźnie wyglądające rogi przy kierownicy i cudownie brzmiący dzwonek o mocy niewielkiego megafonu. Poruszanie się nim w bangladeskim ruchu drogowym, nawet w tak małym mieście jak Srimangal, wśród ryksz, CNG, autobusów, pancernych ciężarówek i nielicznych samochodów, to przeżycie z gatunku mocnych. Na koniec dnia muszę zrobić podwójny zazen, żeby wrócić do równowagi ducha.
Dosyć szybko trafiam na pierwsze pola, robię trochę zdjęć herbacianym krzewom. Jest to, jeśli dobrze pamiętam, moje pierwsze zetknięcie z tą rośliną w postaci nieprzetworzonej. Robi wrażenie bardzo mocnej, spodziewałem się znacznie delikatniejszych liści, bardziej filigranowej budowy. Z drugiej strony – taki nieprzycinany krzew może po jakimś czasie wyrosnąć w niewielkie drzewo, więc ma prawo mieć solidną strukturę. Przy bramie wjazdowej na plantację Finlay Tea, dopada mnie rozgorączkowany strażnik i wręcza kartkę po angielsku, że to private property i bez specjalnego zezwolenia nie mam tu czego szukać. Nieco spokojniej jest na plantacji BTRI (Bangladesh Tea Research Institute), gdzie strażników brak. I są lokalne kobiety zbierające herbatę. Niektóre nie chcą pozować, inne robią to chętnie, jeszcze inne chcą, ale za baksheesh. Robię trochę zdjęć, ale jestem umiarkowanie zadowolony z efektów. Słońce już się rozkręciło, światło jest za mocne.
Gdy wrócę pod koniec dnia, na plantacjach BRTI są już supervisorzy. Każdy z nich ma drewnianą pałkę, w części pomalowaną na czerwono. Zastanawiam się, czy te pałki to tylko symbole pewnej władzy, czy też co leniwsze zbieraczki są nimi lane od czasu do czasu… Supervisorzy wyganiają mnie z pola i nawet obietnica baksheesh ich nie zmiękcza, takie mają takie polecenia od menedżmentu i boją się o pracę. Może zbyt częste fotografowanie zbieraczek liści obniża wydajność z hektara. Nie mam ochoty się z nimi wykłócać ani targować i wracam do hotelu jedynie z kilkoma nowymi zdjęciami. Zapewne trzeba się umówić na specjalną herbacianą turę.
Wrażenie z wczorajszego wieczoru pozostaje, nie jest to miasto zbyt przyjazne przyjezdnym. Co jest zaskakujące, bo niedaleki Sylhet, stolica tej prowincji, słynie z emigracji do UK. Wiele bengalskich restauracji w UK prowadzonych jest przez emigrantów stąd waśnie. Kilka miesięcy temu, podczas projektowych wyjazdów do Reading, poznałem nawet Bengalczyka z Sylhet prowadzącego tam niewielką restaurację – Chronicles. Co prawda był to lokal z kuchnią śródziemnomorską i europejską.
Następnego dnia zostawiam Srimangal i jadę na zachód. Autobus do Daki, CNG przez pół miasta na dworzec Gobtali, kolejny autobus do Bogry. Przejazd przez Dakę praktycznie bez stania w korkach! Miasto jak po epidemii. Po drodze do Bogry mijamy setki autobusów jadących do Daki – wypakowane po brzegi, często z dachami pełnymi ludzi, powoli wlokące się w coraz dłuższych korkach. To część 30 niemal milionów mieszkańców stolicy wraca do domu po wizytach na Durga Puja i Eid. Jadąc do Chittagong dwa tygodnie temu byłem częścią tego eksodusu – w odwrotnym kierunku.
Do Bogry docieram po zmroku. Mój hotel – Akbaria (Akbaria Grand Hotel, jak dumnie głosi szyld) – i położona obok niego garkuchnia mają atmosferę bardziej środkowo-wschodnią niż bengalską. Kojarzą mi się z tanim hotelem w Damaszku, w którym zatrzymałem się wiosną 2011 i z damasceńskimi kebabowniami. Nie wiem dokładnie z czego wynika to skojarzenie, mimo wielu prób nie jestem go w stanie opisać, ale przez chwilę czuję się jak w innej części świata.


