Dochodzę do wniosku, że wizualnie bengalskie miasta nie różnią się tak bardzo od polskich. Niekoniecznie mam tu na myśli te najbardziej reprezentacyjne polskie miasta, czy może najbardziej reprezentacyjne dzielnice, ale jeśli wziąć taki Raszyn, Marki, czy ostatni odcinek zakopianki, to mamy dobrą aproksymację wizualnego chaosu, jaki tu widać na każdym kroku. Jasne, jest brudniej, wizualny chaos jest o wiele mocniejszy, dochodzą także szalone plątaniny kabli, czasem otwarte rynsztoki, jednak pewne schematy się powtarzają.
Przede wszystkim tysiące szyldów i szyldzików, każdy w innym stylu, kolorystyce i wielkości. Początkowa bilbordoza – zaraza trafiła i tutaj, coraz częściej natknąć się można na wielkie bilbordy, a nawet znane z Warszwy siatki zakrywające spore części budynków. Koniecznie pasteloza, tylko tutaj często w wydaniu głębszym – szkarłaty, purpury, burgundy – ciężkie kolory, mające kojarzyć się z przepychem rajbari. Syndrom “wanny z kolumnadą” też się pojawia w postaci nieudolnych prób unowocześnienia architektury British raj. Generalnie warto przed wizytą w Bangladeszu przeczytać “Wannę z kolumadą” Filipa Springera. Daje do myślenia – nie na temat bólu oczu, jaki może wywołać bangladeska ulica, oni tutaj są poniekąd usprawiedliwieni, ale na temat stanu wizualnego polskiej przestrzeni publicznej.
No właśnie. Tutejsze miasta już mi spowszedniały. Wjeżdżając do kolejnego mam taką cichą nadzieję, że może raz będzie inaczej, że teraz urbanistyczna perła wreszcie, ale nie, to się nie dzieje. Bogra i Rajshahi odstają od innych miast pod względem czystości, naprawdę robią wrażenie relatywnie zadbanych (co tutaj oznacza brak stert śmieci na każdym kroku). Rajshahi ma też coś w rodzaju nadrzecznej promenady, gdzie pod wieczór gromadzą się tłumy mieszkańców, stają dziesiątki straganów z jedzeniem i wypożyczalnie plastikowych krzeseł, które można rozstawić na piasku, by obserwować zachód słońca. Są też łodzie, które za 20 taka robią 15-minutową turę po rzece. W Rajshahi jest też kilka zachowanych budynków w stylu British raj i sporo nie zachowanych, których ostatnie fragmenty próbują się przebić przez narośla przybudówek, nabudówek, blachy falistej i bezkompromisowo DIY-owej budowlanki w stylu trzecioświatowej rozpierduchy.
Ale po kolei. W Bogrze zaraz obok hotelu mam jedną z lepszych w mieście garkuchni, która poza ryżem z dal i sabji podaje także kebaby i biryani z barana. To ostatnie musi chyba zawierać heroinę, bo nie sposób się od niego oderwać. Na ulicy, przy której stoi hotel, jest też cały szereg cukierni (w typowy dla środkowej i południowej Azji, rozmaite sklepy i punkty usługowe otwierają się stadnie, na jednej ulicy, czy w jednej dzielnicy), które serwują rozmaite mishti, bengalskie słodycze. Moje ulubione to smażone w głębokim tłuszczu jajowate pączki nasączone gęstym, słodkim syropem. Wolę nawet nie myśleć ile mają kalorii.
Pierwszy poranek po przybyciu do Bogry deszczowy i chmurny. Odkładam więc wizytę w rzecznych społecznościach (char) na Jamunie na rzecz odwiedzin w Paharpurze. Są tam ruiny buddyjskiej stupy z VIII wieku, która następnie wpadła w ręce dżinnistów (ang. jain, William Dalrymple ciekawie pisze o nich w “Nine lives”), by wreszcie zostać przejęta przez Hindusów. Historia fascynująca, ale ze stupy i otaczających ją świątyń zostało niewiele. Zdjęcia w sieci nie są zachęcające – okazuje się, że dobrze oddają rzeczywistość. Miejsce jest nudne i bardzo na siłę. Natomiast podróż tam przez mokry Bangladesh, a następnie dwukilometrowy spacer przez okoliczne wioski w pewnym stopniu rekompensują te rozczarowania.
Ostatnie kilka dni musiało być bardzo deszczowe – czego specjalnie nie odczułem w górzystej części kraju – bo wzdłuż wielu dróg pojawiły się tymczasowe jeziora, praktycznie każde wzgłębienie w ziemi jest pełne wody. Typowy obraz to słupy wysokiego napięcia stojące w tych jeziorach i całkiem skomplikowane bambusowe rusztowania, które lokalni rybacy wykorzystują do wyławiania z wody ławic małych rybek. Te są następnie suszone albo marynowane w oliwie z cebulą i podawane jako dodatek do ryżu.
Kolejnego dnia przenoszę się do Rajshahi. Na miejscu nie mogę zdecydować się na żaden hotel – albo za głośny, albo za drogi, a te które mi nawet odpowiadają, nie mają miejsc. Ostatecznie kończę w norze za 300 taka, bo nie mam ochoty dalej szukać. Przy wieczornym ryżu z rybą poznaje Polasha, dumnego mieszkańca Rajshahi, którego zostawiła żona, co nadaje mu nietypowy dla Bangladeszu depresyjny sznyt. Rozmawiamy trochę, zostaję nawet zaproszony na oglądanie jego domu – nocne przejście przez plątaninę okolicznych uliczek z obcym facetem mniej więcej dwa razy większym ode mnie nieco mnie niepokoi, ale docieram do celu bezpiecznie. Na miejscu poznaję siostrę gospodarza i jego rybki, po drodze zaś kilku sąsiadów. Potem idziemy na spacer i zostaję dogłębnie wypytany o kwestie obyczajowe w Polsce. Fakt, że pary u nas żyją razem i mają dzieci bez ślubu, budzi zdumienie graniczące z szokiem.
Moja nora, co nietypowe dla tutejszych hoteli, została wyposażona w moskitierę. Dziurawą co prawda, ale i tak skutecznie ograniczającą ataki rozmaitych insektów – po raz pierwszy od wielu dni mogę nie smarować się rozmaitymi cuchnącymi specyfikami, które odstraszają komary. Rano wsiadam w autobus i jadę do Puthii, która słynie z ruin pałacu i rajbari oraz wielu świątyń. W świątyni Shivy spotykam pana Bishwanę, archeologa i opiekuna świątyń, który z nazwiska został wymieniony w moim przewodniku. Kiedy już potwierdzimy sobie, że mam ten właściwy przewodnik i że wiem, co tam o nim napisano, zostaję potraktowany jako hnorowy gość i posadzony w samej świątyni podczas porannej ceremonii, która odbywa się wokół dużego fallicznego symbolu (lingam) z czarnego bazaltu. Są kadzidła, kwiaty, czantowanie, pokłony, polewanie wodą. Na koniec dostaję kawałek cukru ofiarowanego Shivie, który niezwłocznie zjadam. Fakt, że w ofierze zostawiam aż 100 taka spotyka się z dużą aprobatą.
Potem następuje długa tura po różnych świątyniach, z których najpiękniejsza jest trójkopułowa świątynia Govindy – ta położona obok świątyń Gopali i Aniki. Większość z nich ma terakotowe mozajki, które przedstawiają różne sceny z Ramayany i Mahabharaty. Kiedy zdradzam się nieopatrznie , że jest mi znana historia uprowadzenia żony Ramy na Lankę oraz że znam mantrę Ramy ram nam satya hai (imię Ramy prawdą jest), mój przewodnik jest pod takim wrażeniem, że kuca i dotyka rękoma moich stóp, co tutaj jest oznaką dużego szacunku. Abstrahując, mantra ram nam satya hai należy do moich ulubionych i stosuję ją wymiennie z om mani padme hum.
Oprócz świątyń i ruin wokół pełno dziewcząt i kobiet Hindu, które chętnie dają sobie robić zdjęcia, z czego skwapliwie korzystam. A kiedy wczesnopopołudniowe słońce doprowadzi do tego, że Ganesha zacznie mi się mylić z Hanumanem, wracam do Rajshahi.
Kolejny poranek zaczyna się bardzo stresogennie. Oto zaplanowałem sobie długie śniadanie z prawdziwą kawą w Cafe Ambassador, szczycie kawiarnianego wyrafinowania w Rajshahi, a potem wycieczkę do Natore, gdzie chcę zobaczyć lokalne Rajbari. Kiedy przechodzę obok recepcji swojej nory, dowiaduję się, że wymeldować się mam do 0900. W Rajshahi jakiś konwent, czy inne targi, wszystkie hotele wybukowane, ja nie zrobiłem rezerwacji odpowiednio wcześnie. Nic to, Natore i tak leży po drodze do Kushtii, gdzie jadę na Lalon Utsab, więc szybko pakuję plecak o zmieniam miasta, porzuciwszy marzenia o prawdziwej kawie…
Zmiana zdecydowanie na lepsze, w Natore nie mieszkam już w norze, a wizyta w lokalnym rajbari owocuje kilkoma udanymi zdjęciami. Chyba zaczynam też czuć pewne zmęczenie Bangladeszem, bo łażenie po ruinach pałaców dawnych rajów wywołuje ledwie letnie uczucia. Może muzyka baulów nieco mnie rozrusza. A jeśli nie, to czas zacząć myśleć o kolejnym etapie podróży.





