Transfer z Natore do Kushtii wyjątkowo bezproblemowy. Rondo, przy którym zatrzymują się autobusy mam trzy minuty spacerem od hotelu (Hotel nazywa się VIP, żeby nie było wątpliwości, że to wyjątkowego wyrafinowania establishment). Na miejscu już stoi autobus i nawet dostaję 10 taka zniżki na bilet z racji faktu, że jestem cudzoziemcem. Po dwóch godzinach Kushtia. Mój rykszarz, co wygląda jak hinduski święty, ale śmierdzi jak warszawski menel, ma spore problemy ze znalezieniem guesthouse’u, w którym mam mieszkać. Ze trzy razy pyta od drogę, aż w końcu odmawia współpracy przed hotelem, którego nazwa jest daleką aproksymacją nazwy docelowego – Rose View zamiast Rojonigondha. Wskazówki telefoniczne od prowadzącego GH tylko go rozwścieczają, więc płacę i zmieniam rykszarza na bardziej cywilizowany model. Tym razem docieramy na miejsce zaledwie po jednym pytaniu o drogę.
Guesthouse w willi w niewielkim ogrodzie z bambusową wiatą do chill outu. Bardzo cichy, chłodny, ze sporymi pokojami i architekturą, która kojarzy się z postkolonialnym budownictwem lat 60-tych (plus nieco obowiązkowych DIYowych zmian w stylu trzecioświatowa rozpierducha). Na murze otaczającym ogród malunki w stylu wczesnodziecięcym, więc może wcześniej była tu szkoła, albo sierociniec.
Ogarnąwszy się nieco łapię rykszę do Lalon Shah Mazar, świątyni Lalona Shaha na przemieściach Kushtii. Oprócz świątyni jest tu niewielkie muzeum, sala dla pielgrzymów (która teraz zapewnia może ze 2% potrzebnych miejsc do spania), audytorium i Wielki, Wielki Jarmark. Nawet nie zdążę wysiąść z rykszy, kiedy pod swoje skrzydła weźmie mnie Khaibar, baul z Dhaki, ubrany w nieco przybrudzone białe szaty. Khaibar jest bardzo opiekuńczy, a zarazem nieingerujący, trzyma się z boku, ale cały czas pilnuje, żeby przypadkiem nie stała mi się jakaś krzywda, czy nawet drobna nieprzyjemność. Na wstępie opieprza rykszarza, że tak dużo pieniędzy wziął ode mnie. Potem pokazuje mi świątynię, muzeum, innych bauli i prowadzi na koncert do audytorium.
Kilka słów o Lalonie. Powiadają, że żył 113 lat, a wziął się z wody. Na pewno jest jednym z najbardziej znanych bengalskich poetów i muzyków tworzących w tradycji baulów (o baulach za chwilę). Był trochę jak wczesny Gandhi, w swojej poezji szerzył idee sekularyzacji, równości, wyjścia poza kastowość i nierówności społeczne, a także religijne. Podkreślał widzenie świata wychodzące poza realizm materialistyczny, co jest charakterystyczne dla buddyzmu. Zresztą czerpał z wielu religii, ale żadnej z nich nie uznawał za dominującą i ten religijny egalitaryzm to kolejny ważny element jego twórczości. Stworzył tysiące utworów, których większość zaginęła, przekazywana jedynie werbalnie, jako że znaczna część ich adresatów była niepiśmienna. Utwory te wykonywane są zwykle przy akompaniamencie instrumentów typu ektara, czy bęben duggi, prostych instrumentów, które można zbudować w domowych warunkach. Pod Kushtią założył instytut swojego imienia, który działa do dzisiaj, promując ludowych muzyków i poetów. Dwa razy do roku – w kwietniu i październiku – są tu organizowane festiwale na jego cześć.
Na festiwale ściągają właściwi baulowie oraz sympatycy i ciekawscy z całego Bangladeszu i okolic. Część zatrzymuje się w Kushtii, ale wielu mieszka na terenie świątyni albo pod dachem audytorium, gdzie rozkładają sobie plastikowe płachty, na których następnie przez kilka dni mieszkają. Wielu z nich poświęca ten czas na aktywne odejście od realizmu materialistycznego, paląc tony gandzi i spędzając dni w stanie delikatnego letargu. Całego tego rozpasania pilnuje policja, nic sobie nie robiąc z tych wszystkich dragów konsumowanych dookoła. Część z uczestników jest autentycznymi ascetami, noszącymi na ciele ciężkie łańcuchy albo metalowe obręcze na rękach, część sprawia wrażenie starych, shipisiałych intelektualistów, jeszcze inni najwyraźniej przyjechali po to, żeby od rana do wieczora jarać gandzię. Do tego jest cała masa fanów i obserwatorów, którzy tłumnie odwiedzają zbudowany wokół świątyni potężny jarmark, który poraża nie tylko rozmiarem, ale przede wszystkim oszałamiającą ilością kiczu. Ludzi są tysiące, tłumy nieprzebrane, to wszystko rozwibrowane energią, ale praktycznie wyłącznie pozytywną.
Element jarmarczny ma charakter wręcz średniowieczny w bezpośredniej okolicy świątyni, gdzie można natknąć się na żebraków, często potwornie okaleczonych. Beznodzy i bezręcy, trędowaci, dotknięci słoniowatością i koszmarnym wodogłowiem, leżą i prezentują swoje deformacje, albo wykonują proste sztuczki. Gawiedź obserwuje z zainteresowaniem i robi zdjęcia telefonami. Dwa kroki dalej, w ogrodach przyświątynnych, koczują setki pielgrzymów, z których część, pod wieczór, urządza nieformalne koncerty. Niektóre oparte wyłącznie na instrumentach perkusyjnych, inne z towarzyszeniem harmonii, fletu, czasem też śpiewu. Niektóre mało porywające, inne wciągające swoją transowością i surową emocją. Wszystkie bardzo kolorowe, bardzo szczere i autentyczne.
Kiedy w kolejnych dniach zacznę się pojawiać na terenach festiwalowych sam, bez opiekuna, będę trochę czuł się jak Ci kalecy żebracy – tylu zszokowanych i zdziwionych spojrzeń nie udało mi się przyciągnąć chyba nigdy. Niektórzy robią sobie ze mną zdjęcia, inni robią zdjęcia wyłącznie mi. Ale myślę, że to uczciwa wymiana, w końcu ja bez oporów fotografuję każdego tubylca, który wpadnie mi w oko.
Po tym jak zostaje zaprowadzony do audytorium, cały suspens siada. Przez dwie godziny nic się nie dzieje, potem jest blok oficjalny z lokalnymi politykami, którzy wygłaszają mniej lub bardziej płomienne mowy. Zwykle jednak mniej płomienne, wydają się być koszmarnie nudne, mimo że nie znam bengalskiego. Nawet rozważam wysępienie od baulów kilku machów gandzi, żeby się znieczulić, ale po dwóch godzinach męka dobiega końca. Zaczyna się część muzyczna, dosyć nierówna, jako że kilkunastu różnych wykonawców gra po jednym kawałku. Ten schemat będzie powtwrzał się codziennie. Najpierw część oficjalna, przemówienia i wykłady, potem występy. Znacznie ciekawsze są te bardziej amatorskie grupy występujące ad hoc obok świątyni.
Jeszcze co do baulów – sekta istnieje od ok. tysiąca lat i najpewniej wywodzi się z mistycyzmu islamskiego, sufickiego. Z czasem zaczęła inkorporować elementy filozofii innych religii, zawsze jednak stawiając na specyficzny agnostycyzm, bezpośrednie doświadczenie absolutu, skupienie na tu i teraz. Baulowie mają też szereg tajemnych rytuałów erotycznych i mistycznych, przekazywanych uczniowi przez jego guru. Ładnie pisze o baulach William Dalrymple, chyba mój ulubiony pisarz, jeśli chodzi o Subkontynent i okolice:
Throughout their 500-year history, the Bauls of Bengal have refused to conform to the conventions of caste-conscious Bengali society. Subversive and seductive, wild and abandoned, they have preserved a series of esoteric spiritual teachings on breathing techniques, sex, asceticism, philosophy and mystical devotion. They have also amassed a treasury of beautifully melancholic and often enigmatic teaching songs which help map out their path to inner vision.
For the Bauls believe that God is found not in a stone or bronze idol, or in the heavens, or even in the afterlife, but in the present moment, in the body of the man or woman who seeks the truth; all that is required is that you give up your possessions, take up the life of the road, find a guru and adhere to the path of love. Each man is alone, they believe, and must find his own way. Drawing elements from Sufism, Tantra, Shakta, Sahajiya, Vaishnavism and Buddhism, they revere deities such as Krishna or Kali, and visit temples, mosques and wayside shrines – but only as helpful symbols and signposts along a road to Enlightenment, never as an end in themselves.
Their goal is to discover the divine inner knowledge: the ‘Unknown Bird’, ‘The Golden Man’ or the ‘Man of the Heart’ – Moner Manush – an ideal that they believe lives within the body of every man, but may take a lifetime to discover. As such they reject the authority of the Brahmins and the usefulness of religious rituals, while some – though not all – Bauls come close to a form of atheism, denying the existence of any transcendental deity, and seeking instead ultimate truth in this present physical world, in every human body and every human heart. Man is the final measure for the Bauls.
W Kushtii spędzam dwa dni trzy noce, z czego sporą część na terenach festiwalowych. Pod koniec mam już nieco dosyć – ciągły wir ludzi, słońce, hałas, muzyka, zapachy jedzenia i kali, żebracy, kalecy, muzyka… Jest moment, w którym przekracza się jakąś linię i całe to wrzenie staje się nie do zniesienia. Zostawiam więc wrzenie i kolejnego dnia ruszam dalej na południe. Czuję, że to już ostatnie dni w Bangladeszu – wizja kilku tygodni na cichej (!) i niemal bezludnej (!!) wyspie na południu Tajlandi wywołuje już nie tylko lekką, radosną antycypację, co niemal nerwicowe zniecierpliwienie.




