21-22.X.2014 – Dhaka.

Po kiepsko przespanej nocy na Tipu 7 i niespodziewanej pobudce przed 0600 niespecjalnie mam ochotę na cokolwiek poza spaniem. Jakimś niezrozumiałym wysiłkiem woli robię jeszcze eksperyment hotelowy, próbuję zatrzymać się w hotelu Ramna – różowym potworze nieopodal stadionu hokejowego w dzielnicy Motijeel. Opryskliwy właściciel stwierdza “no room” co, biorąc pod uwagę rozmiar miejsca, jest mało prawdopodobne, najpewniej jest to kolejne miejsce, które nie przyjmuje cudzoziemców. Zresztą miałem z nimi dziwne przejścia jeszcze przed wyjazdem – kiedy na tydzień przed wylotem chciałem telefonicznie zarezerwować pokój, powiedzieli żeby dzwonić dzień przed przyjazdem. Dzień przed przyjazdem stwierdzili, że mam zadzwonić po wylądowaniu. Natomiast ja już wtedy nie miałem do nich cierpliwości i pojechałem – w deszczu stulecia – do bardzo gościnnego hotelu Pacific, któremu naprawdę niewiele można zarzucić.

Z Ramny do Pacificu krótki spacer, nawet miły o 0700 rano, kiedy Dhaka jeszcze nie rozgrzała się do białości – tak literalnie, jak aktywnością mieszkańców i ruchem ulicznym. Lobby Pacyfiku jak dawno niewidziany dom. Tutaj zacząłem swoją podróż i zakończenie jej w tym samym miejscu ma charakter symboliczny. Dostaję uroczy pokój na 10 piętrze. Z widokiem – chciałbym napisać, że na Dhakę – na podwórko-studnię domu obok, gdzie rano starszy człowiek uczy musztry kilku młodych Bengalczyków. Ciekawy widok – po odgłosach sądziłem, że zobaczę scenę jak z Karate Kida (i zaraz popędzę uczyć się podstaw bengalskich sztuk walki), ale nie. Wysokie podnoszenie kolan, w lewo zwrot, w prawo zwrot, salutowanie.

Pod wieczór i paru godzinach snu wraca mi ochota na face to face z molochem. Co prawda słońca już nie ma, więc eksploracje fotograficzne nie wchodzą w grę, ale obyczajowe jak najbardziej. Wybieram się do bangladeskiego baru! Sprzedaż alkoholu w Bangladeszu jest zakazana, poza tym ciąży na nim spore odium społeczne i religijne. Jedyne wyjątki od tego zakazu to bary w dobrych hotelach, specjalne kluby, nieliczne hurtownie i kilka spelun, które najpewniej działają gdzieś na styku prawa i półświatka. Do takiej speluny właśnie się wybieram. Po wyjściu z hotelu zaczepia mnie rykszarz, jeden z tych, co mówią znośną angielszczyzną. Kiedy mówię, że chcę do baru, natychmiast znajduję się w innym świecie – rykszarz uśmiecha się porozumiewawczo, po czym wylicza mi całą gamę rozmaitych opcji i miejsc, łącznie z dostawami alkoholu do hotelu. Wszystko to jest takie very hush hush, czuję się jakbym rozmawiał z dilerem. Ruszam nawet z nim w drogę, ale z każdym kolejnym obrotem pedałów nakręca się coraz bardziej, ewidentnie mając ochotę wciągnąć mnie w jakiś mniej lub bardziej szemrany dil. Wkurza mnie to w końcu i w jakimś korku go zostawiam, dając 10 taka na otarcie łez.

Google maps bezbłędnie doprowadza mnie na miejsce, kilometr dalej. Klimat jak z czasów prohibicji – wąska, ciemna, nieoznaczona klatka schodowa, na której stoi trzech umundurowanych strażników. Wszyscy mi salutują. Na górze spore, praktycznie zupełnie ciemne pomieszczenie z bardzo głośno rozkręconym telewizorem i kilkoma punktowymi, diodowymi światłami. Sporo foteli i niskich stolików. Klimat jak w klubie dla swingersów albo gejowskiej saunie – przez chwilę nawet boję się, że źle trafiłem. Szybko zajmuje się mną jeden z kelnerów, których jest tutaj kilkunastu, o tej porze chyba nawet więcej niż gości. Dostaję swój fotel i małą puszkę lokalnego piwa Hunter za 150 taka. Cena naprawdę wysoka, jak na Bangladesh – za taką kwotę miliony osób muszą przeżyć tu dzień.

Poza mną sami faceci, nawet nie jestem pewien, czy kobiety są tu wpuszczane. Większość siedzi, jara szlugi i gapi się w telefony. Atmosfera ciężka od dymu połączona z jazgotem telewizora mocno przypomina smród i hałas ulic Daki w okresach rush hour. Tyle że uliczna energia jest tutaj zastąpiona przez przygnębienie i namacalne poczucie beznadziei. Nie zagrzewam miejsca zbyt długo. Pod koniec dosiada się do mojego stolika dwóch tubylców, którzy przynieśli ze sobą bimber w plastikowej butelce i robią drinki rozcieńczając go piwem. Kelnerzy nie mają nic przeciwko, widać tutaj tak można.

Wracając wpadam do cukierni po większą porcję mishti, muszę czymś zrównoważyć to barowe doświadczenie.

Kolejny dzień również nie przynosi wielu ekscytujących wydarzeń. Włóczę się trochę po okolicy, piję herbatę na pobliskim skwerku i nawiązuję w ten sposób kontakty z lokalsami. Każdy, obowiązkowo, zostawia mi wizytówkę, robią to nawet niektórzy rykszarze. Nieopodal, zaraz obok wejścia na stadion, znajduję garkuchnię z rewelacyjnymi sheeshkebabami. Aromatyczne, pikantne, podawane z wielką, gorącą pitą. Właściwie to do dziś za nimi tęsknię.

Polubiłem wieczorne spacery po Dhace. Nieco po zmroku wzdłuż ulic rozstawiają się stragany z jedzeniem. Zapachy są niesamowite, za zupełnie minimalne pieniądze można zjeść samosy, małe ciasteczka z fasoli, rozmaite kawałki kurczaka w pikantnych panierkach, ziemniaczano-warzywne kulki, szaszłyki, sheeshkebaby, obrane pomelo z pieprzem, krojone ananasy z cynamonem i masę innych. Do tego wszystko tętni życiem, a w lekkim kamuflażu można nawet zlać się z tłumem.

Jeszcze w rajshahi kupiłem sobie salwar kameez, tutaj nazywane panjabi i pajama. Nie kupowałem spodni, tylko górę – długą, sięgającą połowy udaz haftowaną koszulę z kołnierzem stójką i kilkoma guzikami pod szyją. Lokalsi powszechnie zakładają to do dżinsów, a nawet spodni 3/4. I kiedy pierwszy raz ubrałem się w swój nowy nabytek i wyszedłem na ulicę, stałem się przezroczysty. Nagle przestałem być w centrum uwagi, jako jedyny cudzoziemiec w promieniu 50 kilomterów. W ciągu dnia nie działało to tak mocno, ale po zmroku, kiedy nie było widać mojej białej skóry – praktycznie bezbłędnie.

Ponieważ panjabi, które kupiłem w Rajshahi nie było najlepszej jakości, wybrałem się do jednego z lokalnych supermarketów ubraniowych po wersje bardziej odświętne. Szybko zauważył mnie jakiś hiperaktywny sprzedawca (ponoć projektant) i zaczęło się przymierzanie. Z zasady lubię kupować ubrania, ale te pięknie haftowane panjabi całkowicie mnie zauroczyły. Ostatcznie, po chyba półgodzinnej sesji, wyszedłem ze sklepu z czterema sztukami, a miałem ochotę na jeszcze kilka. Nosiłem je później w Tajlandii i wzbudzały powszechny podziw, ciekaw jestem jak przyjmą się w Warszawie.