#1.

Pierwsze godziny po przybyciu na wyspę były lekkim szokiem. Czułem się tak, jakby ktoś umieścił mnie w komorze do deprywacji sensorycznej. Bangladesz generalnie da się sprowadzić do jednego – przeładowania wrażeniami. Nie wnikam już, czy są to wrażenia pozytywne, czy negatywne, ale że praktycznie nie ustają. Nawet w lepszych hotelach, zza grubych szyb, dobiega ciągły pomruk silników, klaksony, dzwonki ryksz, wołanie muezzina, cały ten nieustający rwetes bengalskich miast (i miasteczek). Nie daje się od tego uciec, a poza enklawą hotelu to jest już zmasowany atak nie tylko dźwiękowy, ale też wizualny i zapachowy, do którego też często dochodzą próby nawiązania kontaktu ze strony ciekawskich tubylców. Co samo w sobie jest jak najbardziej godne pochwały, ale kiedy dwudziesta osoba tego samego dnia pyta mnie jak mam na imię i z jakiego kraju jestem, a następnie chce sobie zrobić ze mną selfie, mam przecież prawo mieć nieco dosyć. Na swoją obronę powiem tylko, że znosiłem te awanse dzielnie i ani razu nie pogoniłem żadnego ciekawego świata lokalsa.

Byłem w drodze całą noc, niewiele spałem, spodziewałem się więc, że zaraz po wejściu do łóżka zapadnę w niebyt. Nic z tego, czułem się jak z fantomowym organem – brakowało czegoś niemal fizycznie. Cały ten harmider, który mi towarzyszył przez ostatni miesiąc, wprowadzał mózg w stan nieustannego pobudzenia, cały czas było coś do podświadomej analizy, jakieś procesy toczyły się w tle. I teraz, nagle, wszystko ucichło, szczera pustka w głowie. Szumi ocean, szumią palmy, zakląska gekon, zawoła jakiś ptak, ale – buddowie! – to jest jak ambientowe soundscape’y po kilku tygodniach słuchania Merzbow.

Po paru godzinach snu jest lepiej, głowa się adaptuje. Tajskie jedzenie również wydaje się być przeciwieństwem ciężkich bengalskich paratha (cienkich placków smażonych na oleju), czy ociekających tłuszczem rybnych i kurczakowych curry. Zupa kokosowa z trawą cytrynową i rybą skutecznie mnie knockoutuje smakowo. To jedzenie wydaje się być kalorycznie bezgrzeszne, lekkie jak piórko. Szybko przekonam się, że to tylko złudzenie i mimo swojej lekkości i subtelności swoją wartość ma.

W wiejskim sklepie nieopodal też dzień dziecka – tajskie snacki mają postać marynowanych w aromatycznym oleju, nadzianych na patyczek suszonych rybek albo owoców morza. Właściwie to trudno jednoznacznie stwiedzić co to, ale smakuje znakomicie. Do wzięcia również ananasy, wędzone/suszone ryby na kiju i różne słodycze, które znam z Birmy – bananowe babeczki, piernikowe półksiężyce z sezamem i coś, co przypomina miniaturowe kajzerki, ale z czekoladowym nadzieniem. Bengalskie mishti na razie górą, ale nie byłem jeszcze w tajskiej cukierni z prawdziwego zdarzenia.

Pod wieczór jestem świadkiem pierwszego chyba w życiu pływu. Na Bałtyku pływy są minimalne, na Sri Lance nie zaobserwowałem. Tutaj woda cofa się o kilkadziesiąt metrów dwukrotnie w cyklu 12-godzinnym (o ile dobrze zrozumiałem elaborat jednego z tubylców). Skały, które rano były pod wodą, popołudniem stoją w suchym piasku. Linia wody, która rano była o dziesięć metrów od werandy, cofa się głęboko w ocean. Wysepki, między którymi rano pływały łodzie, teraz można osiągnąć relatywnie suchą stopą. Pociągająca jest ta dynamika i cykliczność. W dużym mieście cykliczność natury widać głównie dzięki porom roku, bo cykl nocny i dzienny poniekąd spowszedniał. Tutaj cykl odpływów i przypływów na swój sposób przypomina o krótszej amplitudzie naturalnej cykliczności.