Wyjazd z wyspy nie jest prosty. Pomijając już kwestie logistyczne, całkowicie uspkojony, rozleniwiający tryb życia szybko wchodzi w krew i trzeba mocniejszego impulsu, żeby się zeń wyrwać. Takim impulsem w moim przypadku jest wizyta w Bangkoku. Rozumiem, że Bangkok może kojarzyć się bardzo turystycznie (nie bez powodu), ale od czasu kiedy kilka lat temu przeczytałem “A Fortuneteller Told Me” Tiziano Terzaniego, mam głęboko zakorzenioną potrzebę odwiedzenia tego miasta, a nawet zamieszkania w nim na jakiś czas. Zresztą miasto przewija się w ksiązkach innych reporterów piszących o Indochinach – Normana Lewisa, czy Johna Swaina. I tak ten miejski magnes wyciąga mnie z wyspiarskiego honey trap. O Bangkoku napiszę więcej w innej notatce, bo to duży temat.
Jeepa, który wiezie mnie na przystań, dzielę z Niemcem, który postawił tu dom i spędza na miejscu pół roku – te pół roku, kiedy w naszej cześci świata jest zwykle zimno i nieprzyjaźnie. Jak sam mówi – na stary kontynent wraca tylko, żeby zarobić pieniądze – “you can’t make money here” – skraży się, lekko rozżalony. Nie ukrywam, że taka konfiguracja bardzo mi odpowiada. Budowa domu na odludnej wyspie to nie jest oszałamiająco droga inwestycja, jedynie polskie firmy muszą dojrzeć do powszechniejszego akceptowania pracy zdalnej.
Przelot z Krabi bez przygód. Lotnisko w BKK opustoszałe. Pociąg, który wiezie mnie z lotniska do centrum, niemalże zatapia potężny deszcz. Przypomina mi się pierwszy dzień w Dhace, kiedy wymęczony podróżą, zdołowany i bez bagażu, wlokłem się zdezolowana taksówką przez ulice Molocha podtapianego monsunowa ulewą. Z perspektywy półtora miesiąca to nawet dobre wspomnienie, wspomnienie nadające ton całej podróży, wtedy jednak zupełnie nie było mi do śmiechu.
Do hotelu docieram bez problemów – na miejscu wiem już, że wybrałem aż za dobrze. Ciężko mi będzie ruszyć się z tych apartamentów z widokiem na metropolię.
